SYLWETKA Kim jest człowiek, któremu zamarzyło się zjednoczenie Ślązaków? O Janie Czogale bywa głośno mniej więcej co 13 lat.
Kiedyś menedżer, biznesmen, pułkownik wojska polskiego z rodziny o patriotycznych korzeniach, sygnatariusz lipcowych, pierwszych porozumień strajkowych w PRL. 70-letni Jan Czogała mieszka dziś po połowie w Zurychu i po połowie w rodzinnych Katowicach. Zakłada Związek Ślązaków. Zamierza wznosić szkołę śląskich elit.
— Śląsk potrzebuje zmian i wsparcia. Wykorzystam wszystkie znajomości, by pomóc mojej ojczyźnie — zapewnia Czogała.
Senator Kazimierz Kutz, „jedynka” na katowickiej liście PO w nadchodzących wyborach, uważa, że Czogała to właściwy człowiek na właściwym miejscu.
— Jego życiorys, apolityczność i doświadczenie biznesowe z pewnością pomogą zdobyć fundusze na tę inicjatywę, a także na wiele innych potrzebnych Śląskowi — mówi Kutz.
Kim jest człowiek, któremu w emerytalnym wieku zamarzyło się zjednoczenie Ślązaków, niezależnie od ich obecnego miejsca zamieszkania? Człowiek, który pokazuje herb Liechtensteinu i zaznacza, że większość jego elementów jest śląskich? Jan Czogała — najpierw było o nim głośno w 1980 r., potem w 1993 r. Minęło 13 lat i znów się o nim mówi.
Wątek rodzinny
Jego ojciec — też Jan Czogała — działał w przedwojennych strukturach paramilitarnego Polskiego Towarzystwa Gimnastycznego Sokół. Należał też do Polskiego Związku Zachodniego, organizacji patriotycznej założonej w 1921 r. przez działaczy Komitetu Obrony Górnego Śląska dla obrony polskich praw narodowych i walki z przejawami separatyzmu na Górnym Śląsku i Pomorzu.
— Dwóch braci mojego ojca walczyło w powstaniach śląskich, mimo że jeden z nich miał żonę Austriaczkę. Wskutek tych powstań nasza rodzina się podzieliła. Po niemieckiej stronie — w Bytomiu — mieszkali Czogallowie, po polskiej — w Katowicach — my — Czogałowie — opowiada Jan Czogała.
Kiedy wybuchła II wojna światowa, Czogała senior musiał uciekać z rodzinnych Katowic do Zielonki pod Warszawą, bo hitlerowcy uważali go za element szczególnie niebezpieczny. Kuzyni walczyli w tym czasie w Wehrmachcie. Okupację polscy Czogałowie przeczekali w Stalowej Woli.
— Do dziś mam przed oczami Niemca, który z całej siły uderza malutkim dzieckiem o ścianę — wspomina Jan Czogała.
Po wyzwoleniu Katowic Czogałowie wrócili na Górny Śląsk. Szybko popadli w tarapaty. Rosjanie nie przepadali za Ślązakami. Czogała ojciec trafił do obozu koncentracyjnego dla Ślązaków i Niemców w Świętochłowicach-Zgodzie.
— Nie wywieźli go na Syberię tylko dlatego, że udowodnił swoją aktywność w PZZ i w Sokole — opowiada Czogała, któremu problemy taty przyszło podzielić kilka lat później.
W latach 50. musiał dojeżdżać do liceum w Mikołowie z kadrą o lekko antykomunistycznym nastawieniu, bo w Katowicach dzieci Ślązaków nie przyjmowali. Na studia też nie mógł iść, gdzie chciał.
— Odmówiono mi w Szkole Wyższej Handlu Zagranicznego w Warszawie. Koniec końców, pozostał mi wybór: albo wojsko i WAT, albo nic — opowiada Czogała.
Studia trwały pięć lat. Czogała ukończył z wyróżnieniem wydział lotniczy na początku lat 60. Został asystentem w Katedrze Aerodynamiki.
— Niestety, po trzech czy czterech miesiącach dostałem rozkaz przydziału do jednostki liniowej. Rozpocząłem pracę niedaleko Spały. W rok później trafiłem do szkoły oficerskiej, stamtąd do dowództwa Wojsk Lotniczych w Poznaniu — wspomina Czogała.
O dowództwie w Poznaniu mówi: herbatka, kawka, inspekcja, kontrola. Szybko poprosił o przeniesienie — najlepiej z powrotem na WAT. Niestety, tam nie potrzebowali ludzi, młodego oficera wysłali do zakładu w Świdniku, do komórki zwanej kontrolą wojskową.
Wątek biznesowy
11 lipca 1980 r. Jan Czogała, jako dyrektor WSK Świdnik, podpisał pierwsze w PRL porozumienie między strajkującymi a władzą komunistyczną.
W Świdniku strajkowało wówczas kilka tysięcy osób. Zawierucha zaczęła się rano — 8 lipca. Na wieść o drastycznych podwyżkach cen żywności o godz. 8.30 pracę przerwali pracownicy wydziału obróbki mechanicznej WSK. Po kilku godzinach strajk objął większość załogi Wytwórni Sprzętu Komunikacyjnego.
Mieczysław Majewski, obecny dyrektor w WSK Świdnik, dobrze pamięta tamte wydarzenia. Na początku 1980 r. zaczynał pracę w zakładzie jako jeden z tak zwanych młodych wilków — początkujących inżynierów, którzy prowadzili na Lubelszczyźnie wzmożone badania nad nowymi technologiami lotniczymi, m.in. dumą Świdnika, helikopterem Sokół.
— Załoga do dziś ma do dyrektora Czogały wielki sentyment. I niech to wystarczy za komentarz. Ostatnio pan Jan był u nas z sentymentalną wizytą. Oprowadzałem go po zakładzie — mówi dyrektor Majewski.
Czogale z tamtych lat pozostało kilka zdjęć. Z Wałęsą, z księdzem, który był gwarantem porozumień z załogą. Zostało mu też późniejsze pismo ze zwolnieniem z pracy za „nieudolne wprowadzanie uchwały o stanie wojennym”.
— O spodziewanym strajku dowiedziałem się od prof. Joachima Kądziela z KUL. Także Ślązaka. Wiedzieliśmy o działającej w zakładzie opozycji. Kiedy jednak wszystko się zaczęło — choć z klasą, bo od „Roty” i „Boże, coś Polskę” — trochę się bałem. Myślałem, że gniew załogi skupi się na mnie. Tym bardziej że do Świdnika leciały już doborowe jednostki interwencyjne z poleceniem zdławienia strajku. Osobiście interweniowałem u premiera Babiucha, żeby zatrzymać je w Dęblinie, co się udało — wspomina strajk Czogała.
Potem przyszedł stan wojenny, okupacja Świdnika, szturm wojska, aresztowania, naciski, podsłuchy, ogony i uwolnienie dzięki koneksjom.
— Zamierzchłe i skomplikowane ciężkie czasy. Z jednej strony — że sprzyjam załodze — krzyczał na mnie marszałek Kulikow, ówczesny szef paktu warszawskiego. Od wiceministra obrony słyszałem zaś, że jestem dobrym menedżerem, ale słabym politykiem. Za mojej dyrekcji Świdnik potroił liczbę rocznie produkowanych helikopterów. Tworzyliśmy też akademię lotniczą w Libii, mieliśmy podpisane umowy z GM na dostawę silników, współpracowaliśmy z Airbusem — opowiada Czogała.
Po wydarzeniach z początku lat 80. Jan Czogała wypłynął ponownie w 1993 r. Gdy miał 57 lat — trafił znienacka (mówi, że niesłusznie) do pierwszej trzydziestki najbogatszych Polaków na liście „Wprost” za rok 1993. Pod koniec lat 80., wspierany przez kapitał szwajcarski, a także byłego premiera Liechtensteimu, założył w Lublinie Agrohansę — przedsiębiorstwo, potem holding działający w branży rolno-spożywczej. W 1993 r. obrót zarządzanych przez niego spółek przekroczył bilion starych złotych. W ramach pomocy ONZ i przy wsparciu szwajcarskiej odnogi Agrohansy Czogała dostarczał wtedy polską żywność do Rosji.
— Po zwolnieniu ze Świdnika odmówiono mi paszportu. W państwowym zakładzie nie miałem szans do 1989 r. Dzięki kontaktom na Zachodzie prowadziłem interesy różnych firm. Varty, GM, a potem Szwajcarów. Za komuny pieniądze na utrzymanie dostawałem m.in. przez Kościół — opowiada Czogała.
W połowie lat 90. znów został sprowadzony na ziemię. Wszystko zaczęło się, gdy wystąpił do Ministerstwa Finansów z propozycją przejęcia części polskiego zadłużenia wobec zachodnich banków, w zamian za równowartość w postaci państwowych zakładów branży rolno-spożywczej. Oferta pozostała bez echa — rządził wówczas premier Jan Olszewski. Do Agrohansy trafiły następnie zastępy kontrolerów skarbowych. 17 z tamtych spraw (lata 1993-98) Czogała już ze skarbówką wygrał. Niektóre wciąż się toczą, choć przestał być prezesem Agrohansy kilka tygodni temu.
— Zatriumfowała polska zawiść. Wciąż prześladował mnie „towarzysz Szmaciak”. Członkowie byłego aparatu partyjnego opanowali na początku lat 90. kluczowe stanowiska w urzędach fiskalnych. Miałem do nich awersję. Nie potrafili zrozumieć, na czym polega nasz skomplikowany holding. Inna sprawa, że także nowe postsolidarnościowe elity miały swoje za uszami, co nie ułatwiało interesów — opowiada Czogała.
Ówczesny prezes Agrohansy, szukając wsparcia banków dla swojego pomysłu przejęcia za dług międzynarodowy polskich zakładów, natknął się w Zurychu na Janusza Iwanowskiego Pineiro (bohatera afery FOZZ, który w 1992 r. z obawy przed aresztowaniem wyjechał do Wenezueli). Doradzał jednemu z zachodnich banków w sprawie Agrohansy. Pineiro opowiedział Czogale, jak nosił Adamowi Glapińskiemu pieniądze, które trafiały do Porozumienia Centrum. Glapiński powtarzał później, że wiązanie jego partii i osoby z FOZZ to prowokacja płk. Jana Lesiaka (tego z szafą).
— Nie wiem. Nie wypowiadam się. W tym kraju nikt nie chce uczyć się na błędach. Znów do władzy dorwali się ci sami ludzie — Czogała ucina dalsze pytania o Pineiro.
Pokazuje jednak pismo, które potwierdza, że go poznał.
— Teraz już mnie to interesuje. Pomagam Szwajcarom, ale niezobowiązująco. Oni się z Polski wycofują. Nie zawojowali tego rynku, bo tu wciąż panują barbarzyńskie reguły. A ani oni, ani ja nie dajemy łapówek. Co zostało z Agrohansy? Może coś zostanie, zależy od operatywności załogi, która jest teraz głównym udziałowcem zakładów — wyjaśnia Czogała.
Wątek ideowy
Jan Czogała wraca na Śląsk — do Katowic, skąd pochodzi. I znów interesują się nim media.
— Mam dość tego, że w Polsce mówią o nas Niemcy, a w Niemczech — Polacy. Mam dość tego pokręconego kraju. Jestem Ślązakiem, a że bliższy mi Goethe niż Mickiewicz, to tylko kwestia mentalności. Dlatego zdecydowałem się założyć związek. To taka moja ostatnia ważna inicjatywa. Głównie dla młodych, by jak ja nie musieli się wstydzić i cierpieć za to, kim są — mówi.
Do związku może należeć każdy, kto czuje się Ślązakiem. Nie ma znaczenia, jakiego jest wyznania, narodowości i do jakiej partii należy.
— Wszystko jest nieważne. Liczy się tylko pierwsze kryterium. Członkowie związku muszą chcieć pomagać regionowi, starać się odbudować jego tożsamość, gospodarkę i kulturę. W tym celu zakładamy też fundację i powiernictwo śląskie. To będzie grupa inicjująca wszystkie działania — zapowiada Jan Czogała.
Dodaje, że jego związek jest zarejestrowany w Liechtensteinie (obejmuje swym działaniem Austrię i Szwajcarię) oraz w Katowicach, działa też w USA.
— Organizujemy się też w Niemczech. Teraz się zbieramy i liczymy. Myślę, że będzie nas ze 300 tysięcy. Potem zaczniemy realnie działać — dodaje Czogała.
Inicjatywie Czogały kibicują dotychczasowi najwięksi apologeci śląskiej niezależności: senator i reżyser Kazimierz Kutz oraz Jerzy Gorzelik, lider Ruchu Autonomii Śląska. Związek ma jednoczyć Ślązaków, a nie dzielić. Swoich list nie będzie wystawiał w żadnych wyborach. Ma być grupą wsparcia społeczeństwa obywatelskiego i samorządności reginalnej.
— Panuje dobry klimat dla takiej inicjatywy. Jesteśmy w zdecentralizowanej UE, w której regiony mogą być silne. Polska Kaczuchów lekceważy zaś Śląsk i traktuje go jak kolonię, kierując uwagę tam, gdzie PiS ma swój elektorat. Ślązacy muszą więc działać we własnej organizacji i porządkować swój świat bez partii politycznych. Dbać o swoje sprawy sami — przekonuje Kazimierz Kutz.
— Szkoła śląskich elit, którą proponuje Czogała, to świetna sprawa. Za komuny Ślązacy byli wyrobnikami, a dyrektorów i innych szefów przywożono w teczce. Czas, byśmy dbali o własną inteligencję — uważa Jerzy Gorzelik.
Czy zebranym do kupy Ślązakom pod przewodnictwem Jana Czogały uda się postawić region na nogi? Na pewno odezwą się pseudokibice, którzy menedżerowi-separatyście będą życzyli rychłej porażki.
— A g… to kogokolwiek obchodzi, co my sobie na Śląsku robimy, każdy ma swój burdel — podsumowuje w swoim stylu Kazimierz Kutz.
Skoro tak, to może o rezultatach działania śląskiego związku dowiemy się za 13 lat. Po zakończeniu kolejnego cyklu Czogały. n
