Diabelska alternatywa

Adam Sofuł
opublikowano: 2007-05-23 00:00

Gdy wybuchają strajki, rząd może przyjąć kilka scenariuszy postępowania — ulec żądaniom, złagodzić je nieco w czasie gorączkowych maratonów negocjacyjnych, zdecydować się na rozwiązanie siłowe (np. zwolnienia z pracy) lub przeczekać. Wydaje się, że rząd Jarosława Kaczyńskiego przyjął wobec lekarskiego strajku tę ostatnią taktykę. Z ust przedstawicieli rządu lekarze mogą usłyszeć wiele współczucia i wyrazów szacunku dla ich ciężkiej pracy, trochę obietnic na przyszłość i zero konkretów. Na pozór ta taktyka przynosi niezłe rezultaty — lekarze już nie chcą 11 mld zł na podwyżki, a jedynie miliarda. Może po paru dniach medycy jeszcze trochę spuszczą z tonu i protest uda się przeczekać. Sęk w tym, że nie da się przeczekać problemu finansowania służby zdrowia i z każdym miesiącem będzie on coraz trudniejszy do rozwiązania.

Rząd będzie myślał nad lekarskimi postulatami do piątku. Nawet gdy zgodzi się na dodatkowy miliard na podwyżki, to co najwyżej ugasi strajk na kilka miesięcy. Bo lekarze nadal będą zarabiać relatywnie mało, nie tylko wobec swoich kolegów z Europy Zachodniej, ale też wobec innych branż, by wspomnieć przywoływanego często w ostatnich dniach pomocnika murarza, który dla strajkujących lekarzy stał się nieoczekiwanie najważniejszym płacowym punktem odniesienia. Nie wiadomo też — przy całym szacunku dla lekarskiego trudu — co z owego miliarda zyskaliby pacjenci, bo lekarze byliby może odrobinę mniej sfrustrowani, troszkę mniej przemęczeni, ale zmiany jakościowej nie należy raczej oczekiwać. Tym bardziej że szef Narodowego Funduszu Zdrowia Andrzej Sośnierz wprawdzie nie twierdzi, że Fundusz ma dodatkowe środki, ale przypomina, że miały one zostać przeznaczone na finansowanie świadczeń medycznych, tzn. na to, by pod koniec roku szpitale nie zamykały swoich podwojów dla pacjentów, „bo się skończyły limity”. NFZ stoi więc przed alternatywą: dawać pieniądze na lekarzy czy na pacjentów.

Ten szatański wybór jest świadectwem paranoi, w jakiej od dziesięcioleci pogrąża się publiczna służba zdrowia. Tej sytuacji nie uzdrowią wystrajkowane podwyżki ani podwyżka składek na ubezpieczenie zdrowotne, dopóki w systemie ochrony zdrowia nie zaczną funkcjonować prawa rynku — może warto się przyjrzeć wszystkim, a nie tylko płacowym postulatom lekarzy, np. propozycji przekształcenia szpitali w spółki prawa handlowego czy częściowej prywatyzacji. Gdy tworzono kolejne wersje reformy służby zdrowia, zawsze powtarzano, że pieniądze powinny iść za pacjentem. Przez te wszystkie lata jakoś nie doszły, a przynajmniej nie wszystkie. Może trzeba im wytyczyć zupełnie nową drogę.

Adam Sofuł

Możesz zainteresować się również: