Panika na rynkach finansowych trwa. Tym razem uwaga inwestorów skupiła się na franku szwajcarskim. Po trzech dniach walki z rynkiem o utrzymanie kursu w ryzach, Szwajcarski Bank Narodowy (SNB) dał za wygraną. Kurs franka — ku zmartwieniu polskich kredytobiorców — eksplodował. Grecki kryzys coraz wyraźniej dociera do portfeli Polaków.
Od poniedziałku do wczorajszego południa kurs franka do euro był płaski jak stół, mimo że unijna waluta traciła w tym czasie na wartości w zastraszającym tempie. Dla dilerów walutowych było jasne — SNB w trosce o konkurencyjność szwajcarskiej gospodarki interweniuje na rynku walutowym, żeby frank nie umacniał się tak szybko jak dolar.
W pewnym momencie jednak kurs franka wystrzelił. W ciągu czterech godzin cena euro spadła o 3 centy, co na kursie EUR/CHF jest prawdziwym trzęsieniem ziemi.
Zerwanie się franka ze smyczy SNB od razu przełożyło się na kurs złotego do szwajcarskiej waluty. Wczoraj przed 16.00 za franka płacono 2,94 zł, czyli przez kilka godzin cena podskoczyła o 10 gr. Wieczorem przecena znów przyspieszyła. Za szwajcarską walutę trzeba było płacić nawet 2,99 zł.
Takiej zmienności nie było nawet po upadku banku Lehman Brothers. Od początku maja złoty osłabił się o ponad 25 gr. Rata kredytobiorców zadłużonych we frankach wzrosła przez trzy dni o co najmniej 8 proc. I nikt nie wie, co będzie dalej.
— Wszelkie prognozy walutowe są dziś obarczone dużą dozą niepewności. Większość analityków zakłada jednak scenariusz negatywny. Nic pozytywnego na razie nie można powiedzieć poza tym, że prędzej czy później ta nerwowość musi się skończyć. Im szybciej, tym lepiej — mówi Marek Nienałtowski.
Więcej w piątkowym "Pulsie Biznesu"