Hybrydowa ucieczka

opublikowano: 26-03-2020, 22:00

Kupno hybrydy jest jak… siedzenie w domu w czasach pandemii. Nic lepszego nie możesz teraz zrobić. Oczywiście jeśli ci zależy.

Od kilku tygodni mam wrażenie, że robię za statystę w filmie. Gatunek? Coś z pogranicza fantastyki naukowej i obrazu katastroficznego. Niby w nim gram, ale jak to statysta na ostateczny kształt produkcji mam wpływ marginalny. Ginę w tłumie, nie jestem aktorem, dykcja jak po sześciu głębszych na pusty żołądek. Moja rola sprowadza się do tego, abym był tam, gdzie każe kierownik planu, i robił dokładnie to, czego oczekuje. Wiecie. Ręką machał, skakał, siedział na tyłku lub krzyczał. I nawet jeśli machał będę wyjątkowo, siedział nad wyraz aktorsko, a krzyczał przez przedwojenne „gładkie ł”, to niewiele zmieni. Bo razem ze mną drze twarz tysiąc innych statystów, tysiąc razem ze mną siedzi na czterech literach czy macha. Swoim wypracowanym „graniem” niewiele tu zdziałam. Chyba że przestanę słuchać kierownika planu. Jak powie machaj, to pokażę tyłek, a jak krzyknie „siedź”, to z okrzykiem „niech żyje” rozpocznę ochocze podskakiwanie. Innymi słowy: jedyne, co mogę jako statysta zrobić po swojemu, to… spieprzyć produkcję. Ale jeśli jakimś cudem chciałbym być porządnym statystą, to jedyne, co muszę, to wykonywać polecenia mądrzejszych, znających zamysł i końcowy obraz osób.

Dotykowy litfing. Najlepszą zmianą, jaką inżynierowie Lexusa poczynili 
przy okazji litfingu RX’a, jest zastosowanie ekranu dotykowego i 
umożliwienie korzystania z CarPlaya i Android Auto.
Wyświetl galerię [1/7]

Dotykowy litfing. Najlepszą zmianą, jaką inżynierowie Lexusa poczynili przy okazji litfingu RX’a, jest zastosowanie ekranu dotykowego i umożliwienie korzystania z CarPlaya i Android Auto. Fot. Materiały prasowe

Co osiągnę? Film się uda, chociaż nie zaproszą mnie na premierę.

Wirusowy slalom

Po co ta filmowa wstawka? Z uwagi na wirusa. Szaleje taki po Europie. Zatruwa gospodarkę, zaraża ludzi. Wszystkich straszy. To właśnie zrodziło we mnie wrażenie statystowania w filmie o zagładzie: zamykanie szkół, sklepów i granic, doświadczenie ograniczenia swobód obywatelskich i odczuwanie paniki, która zdołała już ogarnąć cały glob. Panika być może jest przesadzona, lecz objęła cały świat. Nic dziwnego, że udzieliła się i mnie.

Podczas gdy światli na pierwszej linii frontu walczą z chorobą, szukają lekarstwa czy szczepionki, jedyne, czego wymaga się ode mnie, to… bym siedział na tyłku. W domu.

Wiem, że macie dość koronawirusowych historii, ale wracam do nich, bo mocno pokrzyżowały mi plany, które miałem co do tego tekstu. Miał być o współgraniu napędu hybrydowego z napędem na obie osie. Miałem zabrać Lexusa RX450h (model po faceliftingu) wysoko w góry (na dachu miały być narty), gdzie zima pamięta o zaspach i pokrytych śniegiem drogach — do Val Thorens, najwyżej położonego kurortu narciarskiego w Alpach. Normalnie na taką trasę (ponad 2 tys. km w jedną stronę) wybrałbym diesla z quattro albo xDrive’a. Chciałem jednak sprawdzić te hybrydowe 4x4 (tylna oś napędza silnik elektryczny o symbolicznej mocy). I tu powinien być szczegółowy opis, jak sobie radzi taki napęd na śniegu. Nie będzie. Z uwagi na panikę. Zaczęło się czwartego dnia pobytu. Informacje o kolejnych zarażonych w kolejnych krajach, przez które przyjdzie mi wracać. Podpowiadane przez wyobraźnię scenariusze zamykania granic (które się zresztą ziściły). Szybka decyzja. Wracam.

Najpierw z góry mocno zasypaną drogą (z przerwą na zejście lawiny), potem Szwajcaria, Austria, kawałek Niemiec, znowu Austria (z przerwą na nocleg), Słowacja (z przerwą na odebranie informacji od pracodawcy, że z uwagi na moje zagraniczne przebywanie przez dwa tygodnie mam pracować z domu). Do Polski wjeżdżam w okolicach Zakopanego. Po drodze słyszałem słowo „koronawirus” w wielu językach i odmianach. Niepokój narastał. Zamiast na tym, jak spisuje się na śniegach i błotach spalinowo-elektryczny napęd na obie osie, koncentrowałem się na slalomie, by ominąć potencjalnie niebezpieczne dla mojego zdrowia miejsca.

Zmiana na miarę sukcesu

Po powrocie do domu zacząłem się zastanawiać, jak poradził sobie Lexus — no właśnie, zupełnie normalnie. Na tyle, że ani razu nie zmusił mnie do zastanawiania się nad tym. Strome śliskie podjazdy, konieczność ominięcia zalegającego po lawinie śniegu, autostrady (mokre i suche), powiatowe, dziurawe drogi na Słowacji… Ani razu nie poczułem obawy, że realizowany przez niewielki motor elektryczny napęd na tył (dzięki któremu Lexus RX450h spełnia się jako auto z napędem na obie osie) mnie zawodzi. Po prostu nie czułem różnicy, czy jadę dieslem, benzyną czy czymkolwiek innym. Auto sprawdzało się doskonale. Znaczy normalnie. Zgoda, nie było ekstremalnych przygód (poza lawiną). Ot, wypad na narty. Wysoko w góry. Muszę jednak zaznaczyć, że zawsze lubiłem Lexusy. Za ultrawyciszone wnętrze i za najwygodniejsze na świecie fotele, które nawet moim doświadczonym przez kontuzje i wiek plecom pozwalają komfortowo pokonywać tysiące kilometrów.

Doskonałe maszyny w długie trasy. Nie są nacechowane sportowo (znaczy RX nie jest), są pieszczotliwie wygodne. Ale… mają wadę. Ogromną. To system tzw. inforozrywki. Każdy, kto próbował wybrać adres w nawigacji lub dokonać ustawień w systemie, wie, o czym mówię. O braku logiki, fatalnym sterowaniu i psiej krwi, która zalewa każdego, kto próbuje tych czynności. To niby niewiele. Ale mimo ogromnej miłości, jaką darzę Lexusy, to też powód, dla którego nie kupię tego auta. Tymczasem…Lexus najwyraźniej chce, bym kupił. Nowe auta tej marki (w tym RX450h po faceliftingu) pozwalają już korzystać z systemów CarPlay i Android Auto. Dawne smutki prysły, Google Maps umożliwia skuteczne omijanie „zarażonych” miejsc, a ekran dotykowy pozwala na niekorzystanie z zalewającego mnie psią krwią gładzika. Ot, zmiana na miarę sukcesu.

Ekopean

Było o wirusie i osobistej odpowiedzialności „statystów” za powstrzymanie pandemii. Musi być nieco o ekologii. Jako „petrolheadowi”, wielbicielowi dźwięku V8, zwolennikowi uwalniania wydechów daleko mi do namawiania was do rezygnacji z dźwięku, sposobu rozwijania mocy i innych atrakcji serwowanych nam przez paliwożerne monstra benzynowe. Ale spróbuję namówić do przesiadki z diesla do hybrydy. Serio, to nie boli. Serio, różnice niewielkie. I serio, troszkę przyczynicie się do zmniejszenia emisji (przynajmniej tej bieżącej).

Przesiadka, choć nie jest żadnym wyzwaniem, wymaga przyzwyczajenia, tak samo jak zaoferowana nam ostatnio praca zdalna. Ale różnice są niewielkie. Innymi słowy, bez zmieniania możesz coś zmienić. Jak wskazują dane UE, za niespełna 30 proc. europejskiej emisji dwutlenku węgla odpowiada transport, z czego aż 72 proc. przypada na transport drogowy. Dlatego będą nas zmuszać do przesiadek w auta na prąd. Na początek proponuję hybrydę. Mniej wyrzeczeń. Szczególnie w Polsce. Wiem, wiem. Jeszcze miesiąc temu przekonywałem, że po zachodniej Europie bez wyrzeczeń (znaczy z minimalnymi) da się elektrykiem. Ale przyszedł wirus. Bardzo mnie cieszyło, że RX450h tankuje przez siedem minut, a na jednym tankowaniu pokonuje 800 km. A to zdecydowanie lepsze rozwiązanie do uciekania. A na tę chwilę… w zasadzie jedyne słuszne. Oczywiście jeśli ci zależy.

I jeszcze jedno. To nie jest tak, że jazda hybrydą czy elektrykiem jest identyczna jak dieslem czy benzyną. Są różnice. Ale tak jak w przypadku dbania o środowisko czy w czasach zarazy: musimy przewartościować naszą bieżącą aktywność. Musimy nieco inaczej określić priorytety. To kiedyś było ważne, dziś — w obliczu zagrożenia — musi zejść na dalszy plan. Zmiany będą kosztowały (choćby zmianę przyzwyczajeń). To jak z segregowaniem śmieci. Nie wystarczy oczekiwać, że będą segregowane. Trzeba wygospodarować miejsce i czas, by robić to samemu. Każda zmiana kosztuje. Przesiadka na hybrydę niewiele. Pomyśl: śmigając po Europie w wygodnym fotelu luksusowego auta, możesz choćby symbolicznie dołożyć się do poprawiania klimatu, nie rezygnując w zasadzie z niczego. Ale póki co… #zostanwdomu.

MARCIN BOŁTRYK

Dziennikarz „Pulsu Biznesu”, od 20 lat specjalizuje się w motoryzacji.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Marcin Bołtryk

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu