Jabłka w Chinach to porażka

Nie udało się Appolonii, nie udaje też innym. Brakuje konsolidacji na wielu poziomach — mówi ekspert. Problemem są formalności — przekonuje producent.

Chiny miały być jabłkowym rajem, który pozwoli poszkodowanym przez rosyjskie embargo sadownikom sprzedać nadwyżki owoców. Rynek ten miał być również motorem do inwestycji w branży i jej przeobrażenia. Otwierano go z hukiem, ogłaszano pierwsze wysyłki i spodziewano się transportu rzędu 30-40 tys. ton rocznie.

HISTORIA:
Wyświetl galerię [1/2]

HISTORIA:

Pierwszej, historycznej, wysyłki polskich jabłek do Chin przyjechali w listopadzie 2016 r. osobiście dopilnować Sang Tianhua, zastępca general managera, i Zhi Gang Huang, prezes Chongqing Jinguoyuan Trading (w pierwszym rzędzie). Jabłka pochodziły z konsorcjum Appolonii, zarządzanej wówczas przez (w drugim rzędzie): Michała Lachowicza, Przemysława Błądka i Andrzeja Pajewskiego. Fot. Marek Wiśniewski

Rekordowy kontrakt

— W sezonie 2016/2017 eksport jabłek do Chin wyniósł nieco ponad 1 tys. ton, w kolejnym, czyli od lipca 2017 do czerwca 2018 r., było to 6,5 tony, czyli prawnie nic. Biorąc pod uwagę akcję promocyjną, która odbyła się w Chinach, i ogromne starania, które czyniono, żeby otworzyć ten rynek, to słaby wynik. Ten zeszłoroczny dodatkowo podkopało duże zapotrzebowanie na jabłka w UE i ich wysoka cena — mówi Mariusz Dziwulski, ekspert PKO Banku Polskiego.

W centrum uwagi była Appolonia, konsorcjum producentów, które chwaliło się w czerwcu 2016 r. podpisanym tuż po dopuszczeniu Polski na chiński rynek listem intencyjnym z firmą dystrybucyjną China Poland Trading Platform na dostawę jabłek do Państwa Środka. Mowa była o sprzedaży 40 tys. ton jabłek deserowych za 40-50 mln USD rocznie, czyli prawdopodobnie największym kontrakcie w historii polskiego sadownictwa. Później pojawiła się kolejna umowa z Chongqing Jinguoyuan Trading, firmą specjalizującą się w imporcie owoców, tu wolumeny i kwoty jednak nie padały.

Śladowe wolumeny

Michał Lachowicz, który firmował działania firmy w tamtym czasie, przestał być prezesem konsorcjum w połowie zeszłego roku. — Początkowy zapał przy wejściu na chiński rynek osłabł z czasem. Dystrybutor w codziennej walce o obrót skupił się na innych owocach, na których miał już stałych odbiorców. Potrzebna była większa presja na promocję i budowę dystrybucji, albo też może i większa cierpliwość importera, który za szybko chciał zaistnieć z tymi jabłkami na rynku — mówi Michał Lachowicz. Przemysław Błądek, członek zarządu Appolonii, tłumaczy, że eksport nie może funkcjonować, bo pojawiły się problemy formalne.

— W sezonie 2016/2017 wysłaliśmy do Chin około 700 ton, w zeszłym sezonie mieliśmy już natomiast związane ręce. Pojawił się problem natury formalnej — w Chinach zmieniła się instytucja, która podpisywała protokół otwierający rynek, a ten nie został aneksowany. W efekcie urzędnicy nie są w stanie wydać nam świadectw fitosanitarnych, niezbędnych do sprzedaży. Sprzedajmy więc coraz więcej do Wietnamu czy Bangladeszu, a Chiny stoją.

To problem do rozwiązania na poziomie rządowym, a nie pojedynczego producenta — twierdzi Przemysław Błądek. W Państwowej Inspekcji Ochrony Roślin i Nasiennictwa sprawa nie jest jednak znana. W tym roku na branżowych portalach pojawiają się ogłoszenia tamtejszych firm dystrybucyjnych z informacjami, że będą sprzedawać polskie jabłka. Na Freshplaza.com można przeczytać informacje od Shanghai Qinwei International Trade, które zapowiada, że planuje wprowadzić polskie owoce do swojej oferty. To ten sezon, według części ekspertów, powinien być przełomowy z powodu przymrozków, które nawiedziły Chiny — według różnych szacunków tamtejsze zbiory jabłek będą o ponad 30 proc. niższe, a to Chińczycy są gigantami w ich produkcji. Będą więc musieli zaopatrzyć się gdzieś w owoce deserowe i koncentrat jabłkowy, mniej też wyeksportują. Nawet więc jeśli to nie my sprzedamy im towar, to będziemy w stanie zająć trochę ich miejsca na światowych rynkach.

TRZY PYTANIA DO BARTOSZA ZIÓŁKA PREZESA AMBER GLOBAL CONSULTING

Bez konsolidacji nie będzie sukcesu

1. Szum wokół wejścia polskich jabłek do Chin ustał. Czy w ogóle je tam widać?

Nie, są tam egzotyką i pozostaną nią, dopóki branża się nie skonsoliduje na wielu poziomach. Polskie jabłka z niczym się w Chinach nie kojarzą, inaczej jest np. z australijskimi czy francuskimi.

2. Konsolidacja, czyli właściwie co?

Po pierwsze, 5-6 dużych grup producenckich musi się porozumieć i stworzyć jedną markę parasolową, jeden budżet marketingowy, zaplanować i zrealizować spójną komunikację i nastawić się, że te działania potrwają co najmniej dwa lata. Po drugie, konieczna jest konsolidacja zamówień.Świetnym przykładem jest tu Nowa Zelandia i kiwi – jest jedno kiwi, jedno centrum dystrybucyjne i logistyczne. My operacyjnie też bylibyśmy w stanie coś takiego zrobić, ale chyba nie jesteśmy, jako Polacy, gotowi na to mentalnie. A sens ma wysyłanie razem dużych wolumenów, czyli pociągów z 42 wagonami wypełnionymi jabłkami. Ostatnia rzecz to kwestia koordynacji zamówień po stronie Chin.

3. Na ile to realne?

Ten sezon, w którym Chińczycy mieli stracić 37 proc. z 42 mln ton, które normalnie produkują, może być do tego impulsem. Naprawdę będą potrzebować owoców, a my w Europie mamy w tym roku nadwyżki.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Michalina Szczepańska

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Wyniki spółek / Jabłka w Chinach to porażka