Jacek Zalewski typuje sukcesy i porażki miesiąca

opublikowano: 27-06-2019, 22:00

W górę

Teresa Czerwińska

Szefowa resortu finansów była jedynym ministrem objętym rekonstrukcją rządu nie z powodu uzyskania mandatu do Parlamentu Europejskiego. O odejściu postanowiła już dawno, ale odczekała, by ułatwić premierowi Mateuszowi Morawieckiemu wizerunkowe przykrycie jej dymisji. Teresa Czerwińska nie mogła już wytrzymać traktowania kasy państwa przez tzw. dobrą zmianę. Nie godziła się na rolę dostarczyciela wsadu do kolejnych kiełbas wyborczych, produkowanych tzw. piątkami przez prezesa Jarosława Kaczyńskiego. Po awansowaniu jej w styczniu 2018 r. na ministra ambitnie wytyczyła sobie cel stopniowego równoważenia budżetu państwa. Okazała się jednak zbyt naiwna jak na finansowe potrzeby PiS na zaostrzającym się etapie walki o lepsze jutro. Zrezygnowała sama, zatem mogła wynegocjować aksamitne warunki. Kilka godzin po otrzymaniu 4 czerwca 2019 r. od prezydenta aktu odwołania ze stanowiska ministra odebrała z tych samych rąk powołanie do zarządu Narodowego Banku Polskiego. Przeniosła się zatem do gmachu po drugiej stronie warszawskiej ulicy Świętokrzyskiej. Na tej linii kształtuje się nowa świecka tradycja — w zarządzie banku zasiada już inny były minister finansów, Paweł Szałamacha.

Maciej Bando

Prezes Urzędu Regulacji Energetyki (URE) zakończył 3 czerwca pięcioletnią kadencję, opublikował podsumowujący ją raport „Dbamy o równowagę”, ale… nadal urzęduje, tyle że jako p.o. Po prostu Kancelarii Prezesa Rady Ministrów nie udało się przeprowadzić konkursu na jego następcę. Jeśli Maciej Bando planował dłuższy wypoczynek, to nic z tych rzeczy — regulatora rynku czeka pracowite lato. Prezes URE jest jednym z ostatnich szefów urzędów centralnych pochodzących z epoki PO-PSL. Tzw. dobra zmiana nie mogła ich sczyścić ze względu na ustawową ochronę długości kadencji. Maciej Bando wypowiadał się krytycznie na temat polityki Ministerstwa Energii, dlatego jego szef Krzysztof Tchórzewski (czytaj także pod nadtytułem „Porażka”) chce przeforsować zmiany ustawowe zmniejszające kompetencje prezesa URE na rzecz ministra.

W dół

Adrian Jachowicz

Anna Jachowicz

Nie są tak znani medialnie jak Marcin i Katarzyna Plichtowie, uznani już przez gdański sąd za winnych, lecz czekający na ogłoszenie wymiaru kary twórcy parabanku Amber Gold. Okoliczności działalności firmy Socket Resources (SR) nie tropi sejmowa komisja śledcza, bo też i skala przekrętu jest nieporównywalna — sądy udowodniły sprytnym małżonkom oszukanie 86 osób na kwotę 10,2 mln zł. Oboje otrzymali prawomocnie wyroki więzienia bez „zawiasów”: Adrian Jachowicz — 6,5 roku, Anna Jachowicz — 5,5 roku. Sąd apelacyjny każdemu i tak zdjął z odsiadki po 1,5 roku — po pierwszej instancji czekało ich odpowiednio 8 i 7 lat. Konsekwentne zróżnicowanie wymiaru kary o rok oba sądy uzasadniły wcześniejszą karalnością mężczyzny. Mechanizm wyłudzania pieniędzy w szczegółach różnił się od stosowanego przez Amber Gold, ale spółka Socket Resources również „robiła” w złocie i innych szlachetnych kruszcach. Zarejestrowana została w Szwajcarii, zaś w latach 2011-12 wyciągnęła od poszczególnych klientów kwoty od 30 tys. do aż 1,6 mln zł. Byli kuszeni atrakcyjnym produktem inwestycyjnym Perfect Trade, mającym gwarantować od 15 do 25 proc. zysku rocznie. Wpłaty miały być zabezpieczone specjalnymi złotymi monetami, a także m.in. posiadaniem przez SR udziałów w dwóch… kopalniach złota w afrykańskiej Gwinei. Faktyczny kapitał zakładowy firmy wynosił zaledwie 20 tys. CHF (około 76 tys. zł). Obrotne małżeństwo stosowało dobrze sprawdzony chwyt psychologiczny — na początku wypłacało inwestorom pewne premie w łącznej kwocie 1,5 mln zł wobec ściągnięcia od nich 11,7 mln zł. Ta bardzo ponura sprawa miała również wątek celebrycki. Marketing i PR firmy prowadziła elektronicznie niejaka Wiktoria Madowska, czyli naprawdę Anna Jachowicz. Trudno uniknąć wrażenia, że pseudonim nawiązywał do postaci Bernarda Madoffa, który w kategorii piramid finansowych ustanowił rekord świata. W 2009 r. za wyłudzenie łącznej kwoty 65 mld USD dostał 150 lat więzienia, z czego musi odsiedzieć co najmniej 85 proc.

Sukces

Trzy najlepsze dekady polskiego tysiąclecia

Obchody 30. rocznicy bezkrwawego obalenia PRL i tzw. realnego socjalizmu powinny jednoczyć zarówno społeczeństwo, jak też klasę polityczną. Niestety, absolutnie tak nie było — 4 czerwca wszyscy świętowali, ale każda strona sobie. Dla rządzącej tzw. dobrej zmiany bardzo niewygodna okazała się uchwalona kiedyś przez Sejm wieloznaczeniowa nazwa święta: Dzień Wolności i Praw Obywatelskich. Krótka uchwała zawierała kwintesencję tego, co naprawdę się wydarzyło: „4 czerwca 1989 r. siłę zastąpiła kartka wyborcza. Wynik tego głosowania zapoczątkował proces uwalniania się Europy od komunizmu”. Dwa lakoniczne, prawdziwe zdania w pełni uzasadniają traktowanie daty kontraktowych wyborów jako dnia powtórnego odzyskania przez Polskę niepodległości, chociaż w odróżnieniu od 11 listopada nie jest to święto ustawowe, oznaczone w kalendarzu czerwoną kartką. Dla celów bieżącej walki wyborczej wartość historycznego przełomu bywa rozmywana i kwestionowana najróżniejszymi metodami. Środowiska i media bliskie obecnej władzy w tym roku akcentowały i uznały niemal za zdradę nadziei Polaków awaryjne uzupełnienie 33 sejmowych mandatów po wycięciu 4 czerwca 1989 r. tzw. listy krajowej, na której umieszczono całą wierchuszkę PRL (poza Wojciechem Jaruzelskim, który od razu celował w urząd prezydenta). Każda metoda obrzydzania dorobku III RP okazuje się dobra, chociaż deprecjonuje to narodowe osiągnięcie zapisane w tytule. Postęp cywilizacyjny zestawiony z brakiem konfliktów wojennych (udział polskich żołnierzy w misjach zagranicznych to inny wątek) prowadzi do obiektywnego wniosku, że w 1053-letnich polskich dziejach — z których wyłączamy okresy braku własnej państwowości — tak spokojnych, pomyślnych trzech nieprzerwanych dekad nie było nigdy.

Porażka

Legislacyjne szkodnictwo na rynku energii

Od pół roku ustawa tzw. prądowa stała się podręcznikowym przykładem procederu zapisanego w tytule. Została przeforsowana przez PiS błyskawicznie 28 grudnia 2018 r. w trybie urągającym zasadom dobrej legislacji. Jej nadrzędnym celem stało się sztuczne zamrożenie w wyborczym 2019 r. cen energii elektrycznej dla gospodarstw domowych. Przepisy dotyczące podmiotów gospodarczych, zarówno obracających elektrycznością, jak też prądożerców, wykonują od pół roku chocholi taniec, którego nikt nie prowadzi. Wycinkowe i wzajemnie sprzeczne nowelizacje depczą sobie po piętach, brakuje rozporządzeń. Po miesiącach szamotaniny między krajowym rynkiem a Komisją Europejską rząd nagle zmienił front i przyznał, że od 1 lipca średnie i duże przedsiębiorstwa zapłacą jednak ceny rynkowe. Biznes oczekuje od decydentów politycznych i regulatorów przede wszystkim przewidywalności. Wszystko, co dzieje się na rynku energii elektrycznej, dyskwalifikuje ministra Krzysztofa Tchórzewskiego — nawet przy uwzględnieniu okoliczności, że jest tylko wykonawcą rozkazów najwyższego prezesa.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu