Katowice znowu enklawą ONZ

Jacek ZalewskiJacek Zalewski
opublikowano: 2022-06-27 20:00

Po blisko czterech latach Organizacja Narodów Zjednoczonych ponownie objęła na kilka dni zespół Międzynarodowego Centrum Kongresowego wraz z połączoną z nim halą Spodek przy rondzie w Katowicach.

Posłuchaj
Speaker icon
Zostań subskrybentem
i słuchaj tego oraz wielu innych artykułów w pb.pl
Subskrypcja

Przypomnę, że 2-14 grudnia 2018 r. odbył się tam ogromny event potrójny: 24. Konferencja Stron Ramowej Konwencji Narodów Zjednoczonych ws. Zmian Klimatu (COP24), 14. Spotkanie Stron Protokołu z Kioto (CMP14) oraz 1. Konferencja Sygnatariuszy Porozumienia Paryskiego (CMA1). Organizacyjnie wyszło wtedy bardzo dobrze (zwłaszcza w porównaniu z niektórymi innymi edycjami COP), dlatego ONZ zlokalizowała w sprawdzonym miejscu 11. Światowe Forum Miejskie (WUF11). Notabene poprzednia jego edycja zawiesiła organizacyjną poprzeczkę bardzo wysoko, ponieważ odbyła się w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, ale nie jak niemal wszystko w Dubaju, lecz w stołecznym Abu Zabi. Trwające w Katowicach 26-30 czerwca WUF11 jest eventem mniejszym od COP24, zarejestrowało się ponad 22 tys. uczestników ze 173 krajów, ale znaczna część bierze udział zdalnie, co w epoce przedpandemicznej było niewyobrażalne.

Otwarcie 11. Światowego Forum Miejskiego ONZ w Spodku i Międzynarodowym Centrum Kongresowym w Katowicach.
Arkadiusz Lawrywianiec / Forum

Od samego początku inicjatywy ONZ przesłaniem WUF jest tworzenie lepszej przyszłości miast. To zadanie równie szczytne, co realizacyjnie bardzo ulotne, albowiem WUF nie ma przecież żadnego przełożenia legislacyjnego, nawet na poziomie także mało wiążących rezolucji ONZ. Służy wymianie doświadczeń i wypracowywaniu rekomendacji, które później ewentualnie wcielane są w życie przez władze uczestniczących państw. Niedecyzyjność WUF ma jednak także dobrą stronę – uczestnicy mogą skoncentrować się na meritum debat, bez nerwowego oczekiwania, czy na zakończenie uda się jednomyślnie przyjąć rzutem na taśmę równie kompromisowy, co enigmatyczny dokument końcowy, czego doświadcza niemal każda edycja klimatycznego COP.

Jedna z debat WUF11 zatytułowana została pytaniem retorycznym – czy proces metropolizacji ma granice? Metropolia to pochodzące z greki określenie miasta stanowiącego centrum gospodarcze i kulturalne dla większego obszaru. Oczywiście nie każde miasto po przekroczeniu jakiejś granicznej liczby mieszkańców musi stać się metropolią, kryteria są znacznie szersze. Duże miasto w naturalny sposób otoczone jest mniejszymi jednostkami osadniczymi, z którymi wchodzi w naturalny sposób w różnorakie interakcje. Jednostki te wraz z miastem centralnym zaczynają tworzyć coraz bardziej powiązany wewnętrznie zespół i tak rodzą się obszary metropolitalne.

Odpowiedź na pytanie z tytułu panelu brzmi – niestety, często takie granice nie istnieją. Nie tylko geograficzne, lecz przede wszystkim ludnościowe. Teoretycznie da się przecież wyliczyć pojemność ludnościową konkretnego obszaru, po przekroczeniu której dany organizm miejski realnie traci zdolność zaspokajania bytowych potrzeb mieszkańców. Często bywa ona znacznie przekraczana, ponieważ miliony ludzi pozostają w przekonaniu, że w mieście – wszystko jedno jakim – po prostu żyje się lepiej. Choćby mieszkańcy faweli zawieszonych nad Rio de Janeiro oczywiście zdają sobie sprawę, że są nędzarzami, ale ich los i tak jest lepszy, niż gdyby wegetowali w jeszcze biedniejszych wioskach brazylijskiego interioru. Notabene obecnie w pierwszej dziesiątce najludniejszych miasta świata liczących co najmniej 20 mln mieszkańców (na czele wciąż Tokio) znajduje się Azja oraz pojedyncze molochy z innych kontynentów – Sao Paulo, Meksyk i Kair. W ścisłej światowej czołówce nie ma obecnie ani jednego miasta reprezentującego szeroko rozumiany Zachód…