Komputer będzie chlebem powszednim

Wojciech Surmacz
opublikowano: 2001-11-02 00:00

Jak dobrze pójdzie za kilka miesięcy na światowych giełdach akcje spółek informatycznych znowu skoczą w górę. Za mniej więcej 6 lat handel w Internecie stanie się powszechny. Za lat 15 porozmawiamy sobie z własnym garniturem o pogodzie, a okulary pomogą nam odnaleźć drogę w obcym mieście. Takie są, według dyrektora generalnego 3Com Poland, konsekwencje szalonego rozwoju w branży IT.

Co się stało z Internetem?

— Nic się nie stało. Działa coraz lepiej.

Coraz lepiej? To dlaczego nie ma już takiej fascynacji tym medium jak 2-3 lata temu?

— Oczywiście, że nie ma, bo z epoki huraoptymizmu przechodzimy do realnych zastosowań sieci. Ludzie przestali „ochować” i „achować” na temat tego, czego by to nie można zrobić za pomocą Internetu. W tej chwili sieć zaczyna być traktowana nie jako byt sam w sobie, ale jako instrument, który umożliwia wypracowanie konkretnych, mierzalnych korzyści finansowych i... tyle.

Kto wyniósł na tak wysokie piedestały branżę IT?

— Giełda.

I chyba ludzie, którzy tak naprawdę nie wiedzieli, co to jest.

— Dokładnie tak. To wzięło się z niewiedzy. Nie chcę nikogo obrażać, ale jak pan myśli, jak wygląda przeciętny inwestor na giełdzie Nasdaq? Nie pytam o wielkich inwestorów instytucjonalnych.

Wie Pan, nigdy nie byłem w Stanach, nie wiem.

— Przeciętny amerykański inwestor to często gospodyni, która siedzi w domu i inwestuje pieniądze, które zarabia mąż, albo próbuje nim sterować. Jej rozumowanie jest proste, jeżeli w telewizji mówią, że można zarobić na spółkach informatycznych, no to trzeba inwestować. Takie podejście tak rozbuchało na giełdzie apetyty, że ceny akcji firm informatycznych rosły w szalonym tempie. Rynek zweryfikował jednak ten wzrost bardzo boleśnie. Ale spodziewam się, że w ciągu najbliższych kilku miesięcy, do pół roku, akcje spółek IT na giełdach zaczną rosnąć z powrotem, tym razem bardzo stabilnie. Oczywiście jeżeli nie zmieni się drastycznie obecna sytuacja geopolityczna na świecie. Ten wzrost już nigdy nie będzie jednak tak szalony, bo ludzie już swoją lekcję odrobili.

Jaką lekcję?

— Dochodziliśmy do takich idiotyzmów, że firmy oprócz strat nie miały żadnego majątku własnego, bo wszystko znajdowało się w leasingu, a na giełdzie były warte dziesiątki milionów dolarów. Ludzie zaczęli to dostrzegać i pytać: chwileczkę, ile te wydmuszki tak naprawdę są warte?

A na polskiej giełdzie?

— Jest dokładnie tak samo. Jak Pan popatrzy na kursy akcji i kapitalizację niektórych firm, to się zaraz okazuje, że jedno z drugim nie ma nic wspólnego.

Ile stracili na Internecie huraoptymiści i kim oni są?

— Na pierwszy rzut oka straciły przede wszystkim firmy, które zainwestowały w rozbudowę różnego rodzaju portali służących do sprzedaży. Szacunki dotyczące handlu przez Internet były ogromne.

Przesadzone?

— Nie wiem, czy przesadzone. Były po prostu ogromne. W ślad za tym poszło mnóstwo inwestycji, nastawionych na jak najszybsze wygenerowanie wysokich obrotów. Ale przykra prawda jest taka, że ludzie zawsze z nieufnością podchodzą do rzeczy nowych. Dużą rolę w słabym rozwoju handlu elektronicznego miały m.in. wszystkie doniesienia, które mówiły, jak to można stracić ciężkie pieniądze płacąc w Internecie kartą kredytową.

A nie można?

— Można. Ale zawsze należy po prostu myśleć i odpowiednio dobierać kontrahenta. Zakupy w Internecie nie są obarczone większym ryzykiem niż zapłata kartą kredytową w restauracji. Przecież tzw. skimming nie jest zjawiskiem wyłącznie internetowym, tylko powszechnym. Jeżeli jakaś firma oferuje w sieci rewelacyjne ceny, ale jej nie znam, to po prostu nie zrobię zakupu. Natomiast jak coś kupuję w firmie, która jest znana i działa na tym rynku co najmniej od lat kilku, to nie mam żadnych oporów.

To co Pan kupuje w Internecie?

— Oj, proszę pana, różne rzeczy: książki, płyty, ostatnio zamawiałem kwiaty. Oczywiście nie mówię tutaj o transakcjach na duże pieniądze. Nie wydaję w Internecie jednostkowo kwot rzędu kilku tysięcy złotych.

Czyli boi się Pan?

— To nie jest lęk, tylko ja już jestem takim typem faceta, u którego proces kupowania drogich rzeczy jest dosyć długi. Nie podejmuję gorących decyzji. Ze swoim zamysłem noszę się 2-3 tygodnie, odwiedzam kilka sklepów, rozmawiam z ludźmi, lubię dotknąć towar i dopiero wtedy kupić. Oczywiście w Internecie jest to jeszcze pewien problem i na pewno dużo ludzi go odczuwa.

Myśli Pan, że kiedyś będziemy robili zakupy tylko w Internecie?

— Oczywiście. To się wydarzy prędzej niż się wszystkim wydaje.

To znaczy?

— Pyta pan za ile lat? Tak?

Tak.

— Tojest kwestia przemiany pokoleniowej. Posłużę się przykładem. Otóż mój ojciec podchodzi do komputera z respektem. Wie, jak funkcjonuje, ale przekonanie go, żeby coś na nim zrobił, sprawą łatwą nie jest — bo jednak obawia się, że coś może zepsuć, że nie zadziała jak trzeba itd. Na drugiej szali położę mojego syna w wieku gimnazjalnym. Dla niego komputer jest narzędziem naturalnym. Jeżeli ma napisać jakiś referat, to się nie zastanawia, gdzie znaleźć materiały na ten temat, tylko włazi na jakąś wyszukiwarkę w sieci, listuje sobie wszystkie weby i ściąga odpowiednie pliki. Obserwuję kolegów z klasy mojego syna. Wśród nich nie ma chyba żadnego, który by nie miał w domu komputera, nie grał przez Internet w Diablo, czy nie spędzał czasu na wynajdowaniu jakichś ciekawych stron, gdzieś tam w świecie. Oni tym żyją, to jest dla nich chleb powszedni, bułka z masłem. Dla nich zakupy w Internecie to kolejna funkcja tego medium. Pokolenie mające w tej chwili 15 lat, za 6 lat będzie, powiedzmy, na swoim własnym wikcie. Mniej więcej tyle czasu potrzeba, żeby zakupy w sieci stały się powszechne.

Czyli szybko, ale nie tak, jak przypuszczali wszyscy inwestorzy.

— Tak. Wszyscy inwestorzy spodziewali się, że handel rzuci się na Internet. To dlatego, że myśleli, że niskimi cenami ściągną klientów. Co wcale nie jest prawdą, bo w handlu oprócz samego nabywania towaru, jest jeszcze coś, co jest zupełnie podświadome — interakcja międzyludzka.

Z tego, co Pan mówi, to ta interakcja będzie największą barierą w handlu elektronicznym.

— Człowiek jest zwierzęciem stadnym — nie może funkcjonować bez społeczeństwa. Ale wydaje mi się, że te społeczne instynkty będzie mógł zaspokajać w Internecie.

Doprawdy?

— Tak. Dzisiaj, żeby wejść do sieci, muszę usiąść przy stoliku, włączyć komputer, zalogować się i dopiero mogę coś zrobić w Internecie. Ale to się szybko zmieni. Spodziewam się, że w ciągu 10-15 lat zacznie pan gadać do własnego ubrania, a ubranie zacznie gadać do pana.

O co Panu chodzi?

— Wejdzie pan do szafy i powie: no dobra, która kurtka jest dzisiaj gotowa do wyjścia?

Może jeszcze na mnie wskoczy?

— Może jeszcze nie, ale na pewno takie kurtki same sprawdzą, jaka jest pogoda. Jedna z nich się odezwie i powie panu: ja jestem dzisiaj najlepsza dla ciebie. Pan w to nie wierzy?

Nie wiem.

— Są koncerny, które od dawna pracują nad komputerami tzw. wear in — sprzętem noszonym razem z ubraniem. Ma pan np. marynarkę, a komputer jest w nią wbudowany. Takie rozwiązania już istnieją. To są oczywiście pionierskie kroki. Ale popatrzmy na komórki. Pojawiły się mikrozestawy, gdzie do ucha można sobie włożyć słuchawkę, a mikrofon przyczepić do marynarki. Ilu pan zauważa teraz ludzi, którzy chodzą po ulicach i gadają do siebie.

Coraz więcej.

— Tymczasem mamy już nowe zestawy — bez kabelka. Słuchawka z mikroportem przyczepiona do ucha, a malutka komórka gdzieś ukryta. Facet też chodzi i gada do siebie. Za chwilę będzie to połączone z komputerem i Internetem. Wszystko jest kwestią wprowadzenia na rynek okularów, z systemem wyświetlania danych. A jak pan się zgubi w obcym mieście, w tym, że się tak wyrażę, pełnym rynsztunku, to pan nie będzie nikogo pytał o drogę, tylko pan powie do swojego komputera: stary słuchaj, gdzie ja jestem? Proszę się nie śmiać, nie jesteśmy od tego tak daleko.

Rozmawiał Wojciech Surmacz