Spór pracowników Dino Polska z zarządem sieci wchodzi w kolejną fazę. Przedstawiciele firmy nie stawili się na spotkaniu wyznaczonym przez Ogólnopolski Pracowniczy Związek Zawodowy Konfederacja Pracy (OPZZ KP) i nie przystąpili do rokowań w ramach sporu zbiorowego. W odpowiedzi organizacja związkowa sporządziła jednostronny protokół rozbieżności. Dokument trafił do pracodawcy i do Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej. Teraz – zgodnie z procedurą – resort powinien wyznaczyć mediatora z listy ministra pracy.
– Do strajku jest jeszcze daleko, choć nie można go wykluczyć. Istotą tej ustawy nie jest jednak strajk, tylko dojście do porozumienia. Liczymy na to, że pracodawca na etapie mediacji usiądzie do stołu i będzie można wspólnie uzgodnić tematy, które zostały zgłoszone – mówi Michał Lewandowski, przewodniczący OPZZ KP.
Chodzi przede wszystkim o postulaty podwyżki wynagrodzeń o 900 zł brutto od 1 lutego dla pracowników sklepów i magazynów, przywrócenia Zakładowego Funduszu Świadczeń Socjalnych oraz zwiększenia zatrudnienia o 30 proc. w grupie pracowników niemenedżerskich. Związkowcy podkreślają, że ma to ograniczyć nadmierne obciążenie pracą. Przedstawiciele spółki postanowili nie komentować sprawy.
Widmo strajku straszy inwestorów
– W ostatnim czasie pojawia się sporo artykułów na temat sytuacji w Dino, a związki zawodowe są bardzo medialne. Z perspektywy inwestorów może to stanowić pewne ryzyko dla pozytywnej tezy inwestycyjnej dla Dino w postaci wyższych kosztów i w rezultacie niższej marżowości czy problemów z pozyskaniem odpowiedniej liczby pracowników do nowo otwieranych sklepów i centrów dystrybucyjnych, co finalnie przełożyłoby się na niedowiezienie oczekiwań inwestorów – komentuje Janusz Pięta, analityk z Biura Maklerskiego mBanku.
Analityk zwraca jednak uwagę, że strajk jest ostatecznym narzędziem w mechanizmie sporów zbiorowych i trudno go uruchomić. Z wyłączeniem strajku ostrzegawczego doprowadzenie do protestu wymaga spełnienia szeregu warunków formalnych oraz sprawnej mobilizacji pracowników, co w tak dużej organizacji jak Dino stanowi duże wyzwanie.
– W zakresie wynagrodzeń to rynek będzie decydował o ich wysokości. Dino nie funkcjonuje w próżni i na lokalnych rynkach pracy konkuruje z innymi sieciami handlowymi i generalnie innym pracodawcami. Żeby nie tracić pracowników, musi oferować konkurencyjne stawki – podkreśla Janusz Pięta.
Ryzyko deflacji wraca do koszyków
Zdaniem analityka Biura Maklerskiego mBanku obecna sytuacja Dino jest w większym stopniu problemem PR niż czynnikiem w istotny sposób rzutującym na kurs akcji, choć ten w ostatnim miesiącu spadł o ponad 6 proc.
– Myślę, że słabe zachowanie kursu akcji w ostatnim czasie ma podłoże w większym stopniu makroekonomiczne i branżowe. Inflacja żywności pod koniec 2025 r. okazała się niższa od wcześniejszych oczekiwań, co negatywnie wpływa na oczekiwania w zakresie wzrostu sprzedaży porównywalnej – tłumaczy Janusz Pięta.
Zwraca uwagę, że dla całego sektora handlowego ryzykiem może być powrót deflacji w koszykach zakupowych. Jeronimo Martins już przy publikacji wstępnych wyników za IV kwartał sygnalizowało, że w Biedronce wystąpiła taka deflacja.
– Inwestorzy obecnie w pewnym stopniu dyskontują ryzyko, że deflacja pojawi się na rynku w kolejnych kwartałach – zaznacza analityk.
W handlu napięcie rośnie
Według Alfreda Bujary, przewodniczącego Sekretariatu Krajowego Handlu, Banków i Ubezpieczeń NSZZ Solidarność, spór pracowników Dino z zarządem sieci pokazuje narastające napięcie w całym handlu.
– Mimo braków kadrowych niektóre sieci konsekwentnie ograniczają zatrudnienie. To przekłada się na pogorszenie jakości obsługi i przeciążenie załóg: pracowników ubywa, a obowiązków przybywa – mówi Alfred Bujara.
Zaznacza, że argumenty zarządów o inwestycjach w technologie i cyfryzację nie rozwiązują problemu. Jak podkreśla, nawet kasy samoobsługowe wymagają obsługi, a wiele zadań w sklepie nadal ma charakter fizyczny i nie da się ich zautomatyzować. Jego zdaniem konflikt ujawnia też rosnącą dysproporcję między sytuacją właścicieli a warunkami pracy w sieciach handlowych.
– Tomasz Biernacki, założyciel i główny akcjonariusz Dino Polska, jest jednym z najbogatszych Polaków, a pracownicy Dino nie mają zapewnionych nawet elementarnych świadczeń socjalnych. Nie pierwszy raz potwierdza się zasada, że pracodawcy pozwalają sobie na tyle, na ile pozwala im państwo. Dlatego spór w Dino to nie jednostkowy incydent, ale część szerszego zjawiska, które w handlu narasta od lat – uważa Alfred Bujara.
Solidarność zapowiada też wejście w spór zbiorowy z Jeronimo Martins, właścicielem sieci Biedronka. Działania ma podjąć w najbliższych dniach.
W Dino niezadowolenie pracowników narasta od dawna. Najważniejsza jest kwestia wynagrodzeń, które – jak słyszymy od pracowników – są po prostu zbyt niskie. Trzeba przy tym jasno powiedzieć: spór zbiorowy w Dino nie jest prowadzony przez Solidarność, lecz przez inną organizację związkową – OPZZ. Z naszej perspektywy eskalowanie konfliktu i prowadzenie działań w trybie wojennym może utrudniać dialog nie tylko tej organizacji, ale i pozostałym stronom, które próbują rozmawiać z pracodawcą w sposób merytoryczny.
Solidarność prowadzi swoje działania w Dino równolegle, koncentrując się na konkretnych problemach pracowniczych. Jednym z nich jest kwestia zakładowego funduszu świadczeń socjalnych, który – przy skali zatrudnienia w Dino – powinien funkcjonować. Mówimy o firmie, która zatrudnia ok. 50 tys. pracowników, a mimo to funduszu socjalnego nie tworzy. Z naszej strony wysłaliśmy w tej sprawie pismo z prośbą o wyznaczenie terminu rozmów w ciągu 14 dni. Termin minął, więc będziemy ponownie kontaktować się z pracodawcą i dążyć do spotkania m.in. w sprawie zmian w regulaminie wynagradzania oraz utworzenia funduszu socjalnego.
Dino jest otwarte na rozmowę. Możliwy jest dialog, który będzie prowadzony spokojnie, bez palenia mostów. Jeżeli nie będzie możliwości porozumienia, wtedy można sięgać po kolejne kroki, w tym środki prawne. Natomiast nawoływanie do natychmiastowej eskalacji, ciągnięcia pracodawcy po sądach czy kierowania wszystkiego do PIP w pierwszym odruchu nie jest dobrą drogą. Po naszej stronie dialog jest rzeczowy: na każde pismo otrzymujemy odpowiedź zwrotną, telefoniczną lub mejlową.
Warto też pamiętać, że strajk nie jest decyzją z dnia na dzień. Żeby doszło do strajku, musi być spór zbiorowy i musi się odbyć referendum strajkowe. Co więcej, pracodawca może nie uznać sporu zbiorowego. To proces formalny, który wymaga starannego przygotowania i odpowiedzialności.
