Kwieciński: Polacy za mało korzystają z tego, co dzieje się w gospodarce

  • PAP
opublikowano: 19-09-2019, 07:50

"Można się zastanawiać nad różnymi modelami podwyżki płacy minimalnej, ale zawiłych wzorów nikt by nie zrozumiał. Rozwój gospodarki musi służyć ludziom i chcemy to zrozumiale komunikować", powiedział minister inwestycji i rozwoju Jerzy Kwieciński w czwartkowym wywiadzie dla "Dziennika Gazety Prawnej".

Jerzy Kwieciński
Zobacz więcej

Jerzy Kwieciński fot. Marek Wiśniewski

Kwieciński został zapytany w wywiadzie, czy tak duża podwyżka płacy minimalnej, jaką planuje PiS, nie zaszkodzi inwestycjom i rozwojowi.

Jak odpowiedział, "po pierwsze, w Polsce udział płac w PKB jest niski i wynosi ok. 48 proc. Jest zatem mniej więcej o 8 pkt proc. niższy niż w krajach zachodnich. I ten dystans w ostatnich kilkunastu latach nie malał, a wprost przeciwnie. Można więc powiedzieć, że nasi obywatele ciągle w zbyt małym stopniu korzystają z tego, co dobrego dzieje się w gospodarce. Po drugie, to rozwiązanie nie jest takie nowe. Dyskutowało się o nim od lat, choć budziło gorące spory wśród ekonomistów. W latach 1996 i 1997 płaca minimalna rosła o ponad 25 proc., a w 1999 r. nawet o 35 proc. Także w latach 2008 i 2009 rosła w wyższym tempie niż obecna propozycja, a w 2008 r. nawet o ponad 20 proc. Po trzecie, wzrost wynagrodzeń będzie dodatkowym bodźcem do inwestycji, szczególnie w obszarze automatyzacji i robotyzacji, a to z kolei będzie prowadziło do wzrostu produktywności w gospodarce".

Dodał, że "w rozwiniętych gospodarkach, np. niemieckiej, wyższa płaca minimalna pozytywnie działała na gospodarkę. Poza tym, jeśli zakładamy płacę minimalną 2600 zł, to na rękę wynosi ona ponad 1800 zł. Czy to dużo? Czy państwo tyle zarabiacie? A dominujące w polskiej gospodarce wynagrodzenie jest na zbliżonym poziomie do tej proponowanej na przyszły rok wysokości płacy minimalnej".

Komentując uwagę, że "cały cykl podwyżek jest stromy. Do 2024 r. płaca wzrośnie o blisko 80 proc. Relacja płacy minimalnej do przeciętnej będzie rosła bardzo szybko" odparł, że z makroekonomicznego punktu widzenia czas do wprowadzenia takiego rozwiązania jest najlepszy. "Popyt na pracę silnie rośnie, podobnie wynagrodzenia, przeciętnie o 7–8 proc. rocznie, ale to średnia w całej gospodarce. W sferze publicznej wzrosty były niskie, ale w przedsiębiorstwach w niektórych branżach były dwucyfrowe. Więc ten wzrost płacy minimalnej będzie faktycznie znaczący w przyszłym roku, ale w kolejnych latach niewiele będzie się różnił od reszty płac. Proszę pamiętać, że nie dotyczy on wszystkich pracowników. Na 16 mln zatrudnionych jest adresowany do nieco ponad 10 proc. pracujących, tych najsłabiej zarabiających, czyli ok. 1,5 mln osób, dlatego efekt dla gospodarki nie będzie taki silny" - wyjaśnił.

Pytany, czy "celem rządu jest właśnie to, by przez wzrost minimalnego wynagrodzenia uruchomić mechanizm wzrostu wszystkich płac, by wspomniany udział płac w PKB się zwiększył" odpowiedział, że mamy przykłady wysokich wzrostów płac w regionie np. na Węgrzech czy w Rumunii, gdzie silnie podniesiono wynagrodzenia w sferze publicznej, również płacę minimalną, i gospodarka tamtych krajów wcale z tego powodu nie ucierpiała. "Zwracam także uwagę, że w tym samym czasie wprowadzone zostaną zmiany korzystne dla najmniejszych firm, np. ZUS liczony w ich przypadku od dochodu, a nie jak jest obecnie od przychodu. W mediach pojawiły się obawy, że nie będą w stanie sfinansować podwyżki płacy minimalnej. Takie rozwiązania mają im pomóc" - dodał.

Dopytany, czy taka podwyżka nie uderzy w firmy odparł, że dla średnich i dużych firm ta podwyżka nie będzie miała znaczącego wpływu. "Takie firmy płacą lepiej. A dla tych najmniejszych będzie obniżony ZUS. Jeśli chcemy, by każdego w Polsce było stać na przyzwoite życie, to te osoby mniej zarabiające muszą mieć godne wynagrodzenia. Dotychczasowe ruchy związane z podwyżką minimalnego wynagrodzenia czy wprowadzenia minimalnej stawki godzinowej przyniosły pozytywne skutki i dla gospodarki, i dla pracowników" - wyjaśnił.

Pytany, "czy nie byłoby bezpieczniej zamiast podwyżki kwotowej wprowadzić mechanizm powiązania wzrostu płacy minimalnej z przeciętnym wynagrodzeniem, np. na poziomie 50 proc. - to odwieczny postulat związków, teraz wpisany do programu PO" stwierdził, że "można się zastanawiać nad różnymi modelami podwyżki, ale społeczeństwo nie bardzo takie skomplikowane wzory rozumie. Rząd pracuje dla ludzi, a rozwój gospodarki też musi im służyć i chcemy to komunikować w sposób zrozumiały dla ludzi. Gdyby zrobić to przez jakieś zawiłe wzory, uzależnić od wzrostu inflacji i może jeszcze powiązać z poziomem PKB w regionie, to nikt by tego nie zrozumiał, każdy by pytał, o co rządowi chodzi".

Kwieciński został też zapytany, czy warto jest narażać gospodarkę, by ludzie zrozumieli prosty przekaz.

"Jesteśmy przyzwyczajeni do twierdzeń, że nie ma pieniędzy i nie było, że nie stać nas na to ani na tamto. Podobnie było, gdy zaczynaliśmy rządy, zwłaszcza wobec programu "Rodzina 500 plus". I wtedy, i teraz liczyliśmy skutki. Jak pokazuje przykład 500 plus, takie pieniądze napędzają gospodarkę, a w części będą wracać do budżetu przez składki i podatki. W momencie gdy mówimy o możliwym spowolnieniu gospodarczym – a nie jesteśmy odizolowani od świata, widzimy, co dzieje się np. w Niemczech – może to być instrument sprawiający, by skutki spowolnienia były dla nas jak najmniej dotkliwe. Naprawdę, nie ma lepszej sytuacji na wprowadzenie takiego instrumentu jak teraz, kiedy mamy rynek pracownika, wzrost gospodarczy, rosnące inwestycje, które – mamy nadzieję – niosą ze sobą większą innowacyjność i automatyzację" - powiedział.

Komentując uwagę, "że to oznacza z kolei więcej dobrze płatnych miejsc pracy dla wysoko kwalifikowanych pracowników i pewnie mniej dla tych nisko kwalifikowanych" i odpowiadając na pytanie "Co z nimi, jeśli ich praca staje się droższa?" odpowiedział, że "będą potrzebowali podniesienia kwalifikacji lub nabycia zupełnie nowych. Ten ruch z płacą będzie na to wpływał. Jedną z naszych bolączek jest niższa od unijnej średniej liczba osób biorących udział w kształceniu ustawicznym. W UE to przeciętnie 10 proc., a u nas poniżej 5 proc. To nasza słabość, niedostosowanie sporej części pracowników do potrzeb rynku pracy".

"DGP" poruszyła także kwestię pomysłu wydzielenia nowego województwa warszawskiego. Na pytanie "Po co to robić, skoro dokonano już podziału statystycznego, który zagwarantował strumieniowanie eurofunduszy?" Kwieciński stwierdził, że "celem tego podziału nie jest jedynie otrzymanie większych eurofunduszy. Bardziej nam zależy na prowadzeniu procesów rozwojowych. One są ewidentnie inne w aglomeracji warszawskiej rozumianej jako Warszawa i dziewięć otaczających powiatów, a inaczej w tym +obwarzanku+ mazowieckim. Tu występują olbrzymie dysproporcje rozwojowe. PKB na mieszkańca w aglomeracji warszawskiej wynosi około 160 proc. średniej unijnej, a w obwarzanku – 59 proc.".

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: PAP

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu