Czytasz dzięki

Literatura na krawędzi świata

opublikowano: 30-01-2020, 22:00

Monika Sznajderman zakładała Czarne w wyludnionej wsi przy lampie naftowej i maszynie do pisania. Teraz wydawnictwo publikuje 70-80 książek rocznie i chce stworzyć kulturotwórcze miejsce w Warszawie.

Zima zaczyna się tuż przed domem. Jeszcze kilka kilometrów wcześniej, przy drodze z Gorlic, leżą tylko pojedyncze płaty śniegu. Tu natomiast biało jest po horyzont, a drzewa pokryte są grubą — i fotogeniczną — warstwą szadzi. „Tu”, to znaczy w Wołowcu, wsi w Beskidzie Niskim zamieszkanej na stałe przez kilkanaście osób. Znaleźć w niej można cerkiew, pozostałe po Łemkach kapliczki, a także dom Moniki Sznajderman i jej męża Andrzeja Stasiuka, będący jednocześnie siedzibą Wydawnictwa Czarne, które w nieco ponad dwie dekady wypracowało sobie znaczącą pozycję na polskim rynku.

Monika Sznajderman
Wyświetl galerię [1/4]

Monika Sznajderman Fot. Marek Wiśniewski

„Mój Mordor” — komentuje na Facebooku zdjęcie z sesji w zimowej scenerii Monika Sznajderman, kierująca wydawnictwem.

Lata zysków

Przychód w 2018 r. — 13,5 mln zł, nieco więcej niż rok wcześniej. Wynik netto — 1,3 mln zł, w całości pozostawiony w spółce i przeznaczony na jej rozwój. Ostatniej straty w elektronicznym KRS doszukać się nie da, bo Wydawnictwo Czarne co najmniej przez ostatnie pół dekady przynosi zyski. Monika Sznajderman w wielu rozmowach podkreśla, że na biznesie się nie zna, ale takie wyniki nie biorą się z niczego. W domu — oprócz gospodyni — są trzy psy, ułożony wygodnie na kanapie kot, rysunki wnuków na ścianach i, rzecz jasna, olbrzymia kolekcja książek.

— Czytam bez przerwy, obecnie głównie na Kindle’u, przede wszystkim literaturę faktu i eseje. Książki papierowe kupuję, gdy sądzę, że mogą zainteresować też męża czy dzieci. Nie jest tak, że zawsze czytam do końca — czasem porzucam książki, gdy są złe lub przestają mnie ciekawić. Nie mogę powiedzieć, żebym czytała dla przyjemności. Szukam w książkach czegoś, co mnie zainteresuje, ale nie jest to zazwyczaj przyjemność w potocznym tego słowa znaczeniu — mówi Monika Sznajderman.

Dzikie czasy

Pomysł na założenie wydawnictwa narodził się w połowie lat 90. w nieodległym od Wołowca Czarnem. W książce „Pusty las”, wydanej w 2019 r., Monika Sznajderman opisuje to tak: „w chałupie bez prądu i bez kontaktu ze światem powstało nasze wydawnictwo. To tam, przy maszynie do pisania i naftowej lampie, zrodził się pomysł i pierwsza książka. To stamtąd jeździliśmy do gminy rejestrować spółkę i stamtąd ruszaliśmy w daleką wówczas drogę do jedynej znanej nam drukarni, która mieściła się w klasztorze Redemptorystów w Tuchowie”. Pierwszą książką Czarnego było „Przez rzekę” Andrzeja Stasiuka. Drugą — „Pierścień z papieru” Zygmunta Haupta.

— Mieszkaliśmy wtedy na większym zadupiu niż teraz, bo w wyludnionej łemkowskiej wsi, w której nie było nikogo oprócz nas. Ktoś, kto pracował w dużym wydawnictwie, spytał nas, dlaczego właściwie nie wydajemy książek Andrzeja sami. Podchwyciłam ten pomysł i myślę, że dziś już nikt by tak nie założył wydawnictwa — bez wiedzy biznesowej, bez pojęcia o sprzedawaniu, bez pieniędzy i z kontaktami jedynie w świecie literackim — opowiada Monika Sznajderman.

Książka się sprzedała, bo — jak mówi twórczyni Czarnego — czasy były dziksze, ale też lepsze. Można było po prostu wejść z książką do dystrybucji, podczas gdy dziś rynek promuje dużych, a małym bardzo trudno się przebić.

— Książka dobrze się sprzedała, zarobiliśmy dużo więcej, niż zakładaliśmy. Chodziło nam o pieniądze na trzy miesiące chleba z masłem, tymczasem do kieszeni dostaliśmy ich znacznie więcej, więc z potrzeby serca, z czystej, nowo odkrytej radości wydawania opublikowaliśmy Zygmunta Haupta. Wszyscy się dopiero uczyliśmy. Ja redakcji, składacz — składania, a drukarz — drukowania — mówi Monika Sznajderman.

Inna literatura

Potem Czarne wydało kolejną książkę Andrzeja Stasiuka — „Duklę”. Wtedy wydawnictwo już się sprofesjonalizowało — pojawił się komputer, choć wciąż nie było telefonu. Następnie przyszła pora na literaturę środkowo- i południowoeuropejską w serii „Inna Europa, inna literatura”.

— Dostawaliśmy m.in. dotacje z Fundacji Batorego, dzięki czemu mogliśmy wydawać pisarzy z Bałkanów, Rosji i innych krajów. Wydawaliśmy to, co nam się osobiście podobało. W latach PRL-u wydawano całe biblioteki takiej literatury, nad którą pracowali świetni tłumacze. Potem rynek się uwolnił, zamerykanizował — i nagle książek z regionu nie było w ogóle, a tłumacze mieli przekłady w szufladach. Chcieliśmy

wypełnić tę niszę — mówi szefowa wydawnictwa. Czarne, oprócz klasyków, chciało wydawać też młodych pisarzy.

— Jurij Andruchowycz mówił nam, że póki istniał ZSRR, to wiedziało się, co jest wydawane w sąsiednich republikach, to był jakiś kontynent literacki. Po przełomie to się urwało, a my sądziliśmy, że młodzi polscy czytelnicy — a w takich celowaliśmy — chcą i powinni wiedzieć, jak ten czas przełomu postrzegają ich rówieśnicy z sąsiednich postkomunistycznych krajów — mówi Monika Sznajderman.

Komercyjny hit

Wydawanie książek pisarzy z krajów regionu uzupełniało istotną lukę na polskim rynku wydawniczym, miało jednak złą stronę — nakłady się nie sprzedawały, a finanse wydawnictwa zaczęły kuleć.

— Dla nas to był fantastyczny czas, bo objeżdżaliśmy te kraje i tworzyliśmy coś, co wydawało nam się ważne. Radośnie i bez większego zastanowienia wydawaliśmy te książki w takiej ilości, że się zatkaliśmy — książki pojawiały się zbyt szybko i zbyt często, czytelnicy się przesycili. Stanęliśmy na krawędzi bankructwa, choć może nie byłoby to wielką tragedią, bo nie byliśmy jeszcze wtedy duzi i nie mieliśmy wielkich kosztów czy wielu pracowników etatowych. No ale jednak. I wtedy mąż przeczytał „Samotność w sieci”, odrzuconą wcześniej przez inne wydawnictwa i przysłaną nam przez Janusza L. Wiśniewskiego — wspomina Monika Sznajderman.

Szybko zapadła decyzja, że „to trzeba wydać, bo na pewno się sprzeda”. Czarne wydało książkę we współpracy z wydawnictwem Prószyński.

— Andrzej rzadko zajmuje się sprawami wydawnictwa, bo ma inne obowiązki, czyli pisanie. To był jednak dobry strzał i wielki hit, sprzedało się tego kilkaset tysięcy egzemplarzy, dając nam na pewien czas stabilizację finansową. Cuda się zdarzają — mówi szefowa Czarnego.

Janusz L. Wiśniewski kolejne książki wydawał już w Prószyńskim i innych wydawnictwach, a Czarne kolejnego bestsellera tego typu nie miało. Wydawało jednak autorów, którzy dostawali ważne nagrody literackie, a to mogło podbijać sprzedaż. Zasady jednak nie ma.

— Literacka Nagroda Nobla bardzo pozytywnie wpłynęła na sprzedaż książek Swietłany Aleksijewicz. „Kroniki” Boba Dylana nie sprzedawały się jednak dobrze po otrzymaniu przez niego Nobla, podobnie było wcześniej z Hertą Müller. Hurtownie zamówiły u nas mnóstwo jej książek po przyznaniu nagrody i potem z nimi zostaliśmy. W jej przypadku to widocznie zbyt trudna literatura — mówi Monika Sznajderman.

Postępująca profesjonalizacja

Na początku poprzedniej dekady Czarne wydawało około 50 książek rocznie i Monika Sznajderman w wywiadzie dla miesięcznika „Znak” mówiła, że „to jest maksimum”.

— Teraz wydajemy 70-80 książek rocznie, a bywały lata, że wydawaliśmy ich po 100. Z jednej strony to dużo, ale staramy się dywersyfikować ofertę w taki sposób, by trafiała do różnych czytelników. Wydajemy prozę, reportaże, książki podróżnicze, eseje, ale wchodzimy też mocniej w literaturę związaną z feminizmem czy problematyką gender — mówi prezes Czarnego.

Pierwsi polscy autorzy pojawiali się w wydawnictwie z rekomendacji znajomych, a zagranicznych Monika Sznajderman i Andrzej Stasiuk wyszukiwali w „Literaturze na Świecie”. Teraz ten proces w pełni się sprofesjonalizował.

— Uczestniczymy w targach, dużo inwestujemy w prawa autorskie. Zagraniczne książki pozyskujemy głównie przez agentów. Polscy pisarze wciąż rzadko mają agentów, choć się to powoli zmienia, więc zdobywamy ich poprzez pocztę literacką czy z polecenia. Bardzo dużo tematów non fiction sami wymyślamy — od tego mamy świetny zespół redaktorski — i zamawiamy te książki u autorów. Z prozą jest tak, że nie można zaplanować genialnego dzieła czy hitu, to element nadprzyrodzony w tym biznesie, to spada z nieba. Z non fiction jest inaczej, choć oczywiście czasem się udaje, a czasem nie — uważa Monika Sznajderman.

Rynkowe rozmaitości

Czarne jest kojarzone głównie z polską i zagraniczną literaturą faktu oraz z ambitną prozą, ale eksperymentowało też z innymi gatunkami. Na początku 2014 r. wydawnictwo uruchomiło oficynę Black Publishing i spróbowało sił w „literaturze komercyjnej”.

— Próbowaliśmy w ten sposób zaistnieć na rynku tzw. literatury kobiecej, która świetnie się sprzedawała. Myśleliśmy, że to jest łatwe i też możemy zarobić. Nie wzięliśmy jednak pod uwagę, że nie wystarczy zapłacić np. Empikowi za promocję, że trzeba przygotowywać specjalne katalogi, walczyć z bardzo dużą konkurencją, reklamować książki zupełnie innymi kanałami niż resztę oferty wydawnictwa. To nam nie wyszło, baliśmy się przeinwestować, więc porzuciliśmy ten pomysł — mówi Monika Sznajderman.

Kto w Polsce wydaje dobre książki — oprócz Czarnego?

— Zależy, jakiego rodzaju. Ale rozumiem, że mówimy o wydawnictwach, które mają ambitny i spójny program, tak? Na przykład Pauza wydaje ciekawą zagraniczną prozę, Dowody na Istnienie — reportaże, Nisza — małe formy prozatorskie, Karakter — książki o dizajnie i eseje. Pojedyncze dobre tytuły znajdują się też w wielu innych polskich wydawnictwach, choć często utopione wśród dziesiątków niedobrych. Mnie jako czytelniczkę bardziej interesują konkretne tytuły niż to, kto je wydał. Czytam dużo książek mniej lub bardziej niszowych wydawnictw naukowych, takich jak Instytut Badań Literackich, Universitas czy publikacje Centrum Badań nad Zagładą Żydów IFiS PAN. Sięgam też chętnie po niektóre książki Karakteru. Nie mam wiele czasu na nowości, częściej przeczesuję antykwariaty — twierdzi Monika Sznajderman.

Kulturotwórcze miejsce

Czarne zatrudnia obecnie na etatach 25 osób. Duża część pracuje w Warszawie, gdzie w mieszkaniu tuż obok placu Zbawiciela mieści się księgarnia i małe biuro. Do tego dochodzi kilkuset redaktorów, tłumaczy, grafików.

— Myślimy o znalezieniu innego miejsca w Warszawie — większego, takiego, w którym oprócz księgarni dałoby się organizować duże spotkania autorskie. W Warszawie wciąż tego brakuje. Zaczynamy się za takim miejscem rozglądać. Chcemy, by przyciągało ludzi, by było kulturotwórcze — zapowiada Monika Sznajderman.

O ile wydawnictwo ma rozwijać się w Warszawie, o tyle jego szefowa za stolicą nie tęskni.

— Oczywiście pojawiam się w Warszawie, z Wołowca można dojechać do niej w 6 godzin. Tu jestem jednak cały czas, bo to po prostu mój dom. Mój idealny dzień roboczy wygląda tak, że wstaję o 10 i pracuję przy komputerze do 14. Potem dwugodzinny spacer po lesie i do drugiej w nocy „praca własna”, czyli czytanie książek i pisanie — mówi Monika Sznajderman.

Historie z podwórka

Prezeska Czarnego z wykształcenia jest antropolożką kultury, doktorat obroniła w Instytucie Sztuki PAN. Opublikowała pięć książek: „Zarazę. Mitologię dżumy, cholery i AIDS”, „Współczesną Biblię Pauperum. Szkice o wideo i kulturze popularnej”, „Błazna. Maski i metafory”, „Fałszerzy pieprzu. Historię rodzinną” oraz wydany w 2019 r. „Pusty las”, który opowiada o życiu w Wołowcu i o historii ludzi, którzy żyli w Beskidzie Niskim. A co dalej?

— Pracuję teraz znowu nad rzeczami z bliskiego podwórka, nad historiami żydowskimi z Gorlic i okolic, historiami o świecie, który tu był i zniknął. Kiedy to się pojawi? Nie wiem — mówi Monika Sznajderman.

Przez lata pojawiło się kilka ofert przejęcia Czarnego, m.in. ze strony zagranicznych grup wydawniczych. Do poważnych rozmów nie doszło, bo Monika Sznajderman „zbyt ceni sobie niezależność”. Na emeryturę też się nie wybiera, a planów sukcesji nie ma.

— Nie mam pojęcia, jaka będzie przyszłość Czarnego. Chciałabym, żeby to wydawnictwo istniało, bo jest i fajne, i ważne. Muszę coś postanowić, ale jeszcze tego nie zrobiłam — kończy prezeska Czarnego.

MARCEL ZATOŃSKI

W „Pulsie Biznesu” od 2011 r. Zajmuje się m.in. handlem detalicznym, telekomunikacją oraz farmacją i medycyną. Najchętniej pisze jednak o firmach na skraju upadłości — niezależnie od branży. Jeden z autorów podcastu „PB do słuchania”, czytelnik literatury rosyjskiej, wierny widz NBA.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Marcel Zatoński

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy