Los towarzystwa

Wojciech Surmacz
21-11-2003, 00:00

Mieczysław Karwowski, „prawa ręka” braci Stajszczaków — tych od Schnapsgate! — jest dzisiaj prezesem Klubu Wakacyjnego. Sprzedaje usługi timesharing. Zero alkoholu! Ale przy odrobinie fantazji i samą zagrychą można się urżnąć.

„Brawo! Wylosowano Twój numer. Zadzwoń teraz (22) 440-57-00 i podaj kod (AT04), a otrzymasz bon (2500 PLN) na tygodniowy pobyt na Teneryfie. Nadawca: +491605837412”.

Krótka wiadomość o tej treści dotarła do mnie 31 października 2003 r. o godz. 15. Typowy sieciowy spam?

Kałasznikow

Po chwili łyknąłem jednak haczyk. Zadzwoniłem. Odebrał — sądząc po głosie — młody mężczyzna. Zrazu pogratulował wygranej i ucieszył się, że podałem dobry kod, choć milczałem jak zaklęty.

Potem wypytał naprędce o dane osobowe. Tym razem recytowałem jak z automatu. Wreszcie poinformował o nagrodzie: tydzień na Kanarach (akurat w moim przypadku — dla 2 osób) w dowolnie wybranym terminie, do wykorzystania w ciągu 3 najbliższych lat! A jeśli chcę mogę też w Polsce — do wyboru: Mazury, Bałtyk i Tatry. On jednak szczerze poleca Teneryfę i już mnie przełącza do supervisora, który dopełni ze mną reszty formalności.

A w tle jak w ulu — słychać ruch w interesie niekiepski.

Mija sekunda i już słyszę, jak — tym razem wdzięczny, kobiecy — głos cieszy się z mego szczęścia, potwierdza moje dane, a potem sprawnie podaje informacje o firmie Klub Wakacyjny (organizator konkursu): zakres działalności, numery NIP i KRS, adres witryny internetowej. I pyta, kiedy życzę sobie otrzymać certyfikat upoważniający do wyjazdu.

Aha i jeszcze jedno: żebym nie zapomniał — przy odbiorze przesyłki trzeba listonoszowi zapłacić jakieś 600 zł — taka opłata manipulacyjna... Pytam: muszę? Odpowiedź: tak!

Mało tego: pani twierdzi, że już nie mogę zrezygnować! Mówię, że niemożliwe, przecież nie podpisaliśmy żadnej umowy.

Kobieta przyznaje mi rację. No to zrezygnowałem. Ale ciekawiło mnie, skąd firma wzięła mój numer? Nieco zakłopotany głos w słuchawce: z maszyny losującej.

Na koniec butne pytanie, czy aby na pewno nie chcę? Nie. Podziękowałem.

Szybki telefon do kumpla z redakcji. Krótka relacja. Prośba: zadzwoń tam (niby dostałeś SMS-a), wymyśl sobie kod (by było śmieszniej: AK-47) i sprawdź, co powiedzą.

Historia się powtarza (choć kolega dzwoni z zupełnie innej sieci). Jest jednak wyjątek: lekka konsterna na początku — klient podaje kod i to jaki! Pytanie szeptem do kogoś obok: mamy AK-47? Odpowiedź twierdząca, więc jedziemy dalej...

Trzej udziałowcy

Po takiej przygodzie wątpliwości rodzą się same. Bierzemy Klub Wakacyjny pod lupę.

Na jego stronie internetowej okazuje się, że prowadzi usługi typu timesharing. Niepokój rośnie, bo przecież nie od dziś wiadomo, że

to w Polsce działalność wysoce kontrowersyjna. Szczegółowo opisywane w prasie przykłady spółek: World Holiday Club z Gdańska, Age Travel z Łodzi, Holimark z Wrocławia czy Holiday Travel Center z Warszawy mówią same za siebie. Oszukiwały klientów twierdząc, że współpracują z Resort Condominium International (RCI), jedną z największych na świecie sieci timeshare. Czy i tym razem jest podobnie? Klub Wakacyjny też powołuje się na RCI.

Jakby tego było mało, w witrynie zamieszczono zezwolenie na działalność gospodarczą w zakresie organizowania imprez turystycznych, podpisane przez wojewodę mazowieckiego. I cóż w nim widnieje? Zezwolenie nie obejmuje Wysp Kanaryjskich! A ja przecież miałem lecieć na Teneryfę!

No to pędem do wypisu z Krajowego Rejestru Sądowego. Dowiaduję się, że spółka działa od dwóch lat pod obecną nazwą, poprzednia to: Gema Pomocna Dłoń — nic mi nie mówi.

Niestety, brak informacji finansowych.

Jest za to struktura własności: Leszek Klin (35 tys. zł), Grzegorz Major (10 tys. zł — wiceprezes zarządu) i Mieczysław Karwowski (5 tys. zł — prezes zarządu).

Z tym trzecim chcę się spotkać. Siedziba spółki mieści się na warszawskiej Pradze w Rainbow Center przy Jagiellońskiej 15 — rzut beretem od redakcji „Pulsu”.

Najpierw telefon — i wpadamy tam z fotoreporterem. Budynek świeci pustkami — sporo powierzchni do wynajęcia...

Na piętrze wita nas prezes Karwowski. W średnim wieku, kręcony szatyn w okularach z wąsem. Czarny golf, wyświechtana marynarka, ziemista cera. Nie chce, by nagrywać rozmowę, zabrania robienia zdjęć. Nie będzie autoryzacji, wypowiedzi i publikacji z jego wizerunkiem. Jest prawnikiem — wie, co mówi.

Przy stoliku

Siedzimy we trzech przy małym stoliku. Rozmowie przysłuchuje się młoda sekretarka. Temat: timesharing Klubu Wakacyjnego.

Prezes Karwowski rozwiewa wszelkie wątpliwości. W systemie pozyskiwania klientów nie ma nic złego — zwykłe chwyty marketingowe, których cele rzeczywiście wyznacza los. Pozwolenie na urządzanie imprez turystycznych w Europie z wyłączeniem Wysp Kanaryjskich też jest w porządku. Innego im nie trzeba, bo usługi Klubu Wakacyjnego na Kanarach nie mają nic wspólnego z imprezami. To timesharing. Niestety, zdaniem Karwowskiego, nie da się go w żaden sposób opisać. Wielu dziennikarzy połamało na tym pióra. To trzeba — po prostu — przeżyć.

Na stoliku ląduje katalog RCI z 1998 r. Oglądając, delikatnie podpytuję o doświadczenia biznesowe prezesa.

W archiwach prasowych znaleźliśmy ślad z 1995 roku: Mieczysław Karwowski miał ponoć kiedyś udziały w poznańskim wydawnictwie Express. Zapytany, traci pewność siebie. Zaprzecza. Nie miał udziałów, poza tym nie bardzo pamięta... Ale rzeczywiście współpracował (tak to można nazwać) — z tą spółką. Ciągniemy temat timeshare i RCI. Dostaję nowszy katalog — z 2000 r.

Do pokoju wchodzi rosły mężczyzna. Prezentuje amerykański styl „nowoczesny, biały Indianin”. Pokryte siwizną dłuższe włosy, broda i bielmo na lewym oku. Z rozmowy wnioskuję (mówią do niego Grzesiek, zachowuje się jak szef), że mam do czynienia z Grzegorzem Majorem.

Ten to ma dopiero gadane!

Wyjechał do Stanów w 1977 r., tam zaraził się systemem timeshare. Teraz stoi przed nami niczym jeden z bohaterów powieści Karola Maya i głosi prawdę o tej nadzwyczajnej usłudze. A ja do Karwowskiego: czy wciąż reprezentuje interesy Leszka Klina na Śląsku? Ten, że owszem — i co z tego? Mówię, że tak tylko pytam — przy okazji...

Wracamy do indoktrynacji (solówka prezesa Majora). Ale po kilku minutach w pomieszczeniu pojawia się niewysoki, krępy, łysiejący, schludnie ubrany jegomość. Mam szczęście, bo to sam Leszek Klin! Akurat wpadł na chwilę, żeby sprawdzić, co słychać.

Klin warszawski

Leszek Klin należał do zarządu spółki Dom Handlowy Praga Centrum, zarządzającej dawnym praskim „pedetem”. Według „Gazety Stołecznej” z 1997. 10. 06 Dom Handlowy Praga sprywatyzowano w 1990 r. Sześć lat później w drodze przetargu wykupiła go właśnie spółka DH Praga Centrum. W roku 1997 PDT na Pradze zamienił się w nowoczesne centrum handlowe — Rainbow Center. Podczas uroczystego otwarcia odczytano list od prezydenta stolicy Macieja Święcickiego, przemawiali m.in. Jerzy Hertel, dyrektor zarządu dzielnicy Praga-Północ i Leszek Klin.

W Tęczy mieściły się liczne sklepy (m.in. Euro AGD, Rema 1000), restauracje, przeniosła się do niej również redakcja nieodżałowanego dziennika „Życie” — tak pięknie „wydmuchanego” później przez słynne skądinąd 4Media.

Nie tym jednak błysnął Leszek Klin w całym kraju. Najgłośniejszym wydarzeniem z jego udziałem była sprzedaż mieszkań Huty Zabrze. Wśród 30 kupców największym okazał się warszawski przedsiębiorca, powiązany z Domami Towarowymi Centrum. Za 106 budynków (1818 mieszkań) oraz dom wypoczynkowy pod Karpaczem członek zarządu DH Praga Centrum, zapłacił prawie 8,3 mln zł. Około 70 proc. ma przedwojenny rodowód — pozostałe zbudowano w latach 60. i 70. („Polityka” 49/2000). „Gazeta w Katowicach” z 2002.11.25 podaje, że płacił ponoć 50 zł za mkw. Później proponował sprzedaż lokatorom, ale po cenie wielokrotnie wyższej.

Klin inwestował również w Sosnowcu. Za 200 tys. zł kupił 10 ha z 6 blokami (279 mieszkań). Jak informuje katowicki oddział „Wyborczej”, Leszek Klin kupił też w 1999 r. osiem bloków w Zagórzu Sosnowcu — byłe hotele robotnicze lub mieszkania zakładowe upadłej fabryki Silma. Tuż po zakupie zażądał kilkusetzłotowych kaucji za zajmowane mieszkania, a od nowych najemców nawet do 4 razy wyższego czynszu. Nic więc dziwnego, że śląskie zakupy stołecznego biznesmena wywołały na Południu falę protestów — jak podawała prasa

Leszek Klin oficjalnie nie komentuje tych wydarzeń. W jego imieniu występuje pełnomocnik — mecenas Mieczysław Karwowski. Na łamach „Gazety” stwierdza, że interesy pana Klina są prowadzone zgodnie z prawem — odpiera wszystkie zarzuty.

Ale na naszym spotkaniu w Rainbow Center to Leszek Klin przejmuje inicjatywę. Tłumaczy mi, że prawie wszystkie informacje, które znajdę o nim w prasie, są nieprawdziwe. Bo nigdy nie udzielił nikomu wywiadu! Jeżeli zechcę, mogę być pierwszy... Ale zależy, co i jak zechcę napisać o Klubie Wakacyjnym. I lepiej nie wiązać z nim śląskiego biznesu... Po co?

Przechodzimy z powrotem do działki turystycznej — hotele i ośrodki wczasowe w Polsce. Oglądam zdjęcia obiektów w Darłówku, Mrągowie, Zakopanem. Robią wrażenie! Sporo trzeba było na nie wydać. Słyszę, że inaczej być nie mogło — muszą spełniać bardzo wysokie wymagania sieci Resort Condominium International.

Mecenas Karwowski mówi z ironią, że to wszystko podobno nie istnieje i podsuwa mi pod nos pozew sądowy, skierowany do redakcji „Rzeczpospolitej”. Nierzetelny tekst, podobno autorka nawet z nim nie rozmawiała.

Bydgoski ślad

Po tym, jak Mieczysław Karwowski potwierdził swój związek z poznańskim Expressem, wiele zrozumiałem.

Ślad pochodził z tekstu „Gazety Wielkopolskiej” (1995.07.27) o tzw. bydgoskiej ośmiornicy. Chodziło o słynny holding rodziny Stajszczaków. Opis spółki Polfrost Poznań (należącej do holdingu): „nie jest formalnie powiązana z firmą matką — Polfrostem z Bydgoszczy. Oddział bydgoskiej spółki sprzedano firmie Dabako i utworzono Polfrost Poznań. Nie można było ustalić właściciela, akcje były na okaziciela. Polfrost Poznań założył „Dziennik Poznański”, po czym sprzedał swoje udziały. Gazeta stała się własnością Wydawnictwa Dziennik Poznański, którego 90 proc. miała spółka akcyjna Wydawnictwa Prasowe i Pozaprasowe Express z Bydgoszczy. Udziały w nim miał Mieczysław Karwowski — prawa ręka bydgoskich braci Stajszczaków”. Zasady działania holdingu, dość dokładnie przedstawia „Gazeta w Bydgoszczy” z 2003.06.06.

I tu pojawia się osoba mecenasa Karwowskiego: „przez zarządy spółek Stajszczaków przewijają się te same osoby. W rejestrach sądowych jako udziałowcy spółki A, wpisane są spółki B, C i D. Spółka B należy zaś do A, C i D. I tak dalej. Przykład: spółka Locum zajmująca się obrotem i zarządzaniem nieruchomościami. Założyła ją w 1992 r. firma holenderska Erlinda Holding, która z kolei była właścicielem 35 proc. akcji imiennych firmy Mactronic oraz dwie osoby fizyczne znane z innych spółek braci. Sama Erlinda współuczestniczyła w zakładaniu innych spółek Stajszczaków. O bliskim związku Erlindy z rodziną świadczy choćby to, że w 1995 roku jej pełnomocnikiem prawnym w sprawach drukarni bydgoskich okazuje się Mieczysław Karwowski, który trzy lata wcześniej był na równi z Erlindą pierwszym akcjonariuszem firm Locum i Express, a zarazem zasiadał w szeregu rad nadzorczych innych spółek powoływanych przez braci. (...) Spółka w spółce jest własnością innej spółki, sami bracia nie występują prawie nigdzie”.

Potwierdzeniem tej teorii niech będzie tekst w „Rzeczpospolitej” (1996.10.04.). Autor informuje o kłopotach przy wejściu na giełdę bydgoskiej spółki akcyjnej Domar. W prokuraturze oraz izbie skarbowej toczy się postępowanie w sprawie spółki Polfrost (holding Stajszczaków), której majątek został przejęty przez Domar. Sprawę komentuje nie kto inny jak Mieczysław Karwowski, przewodniczący rady nadzorczej Domaru.

Dla tych, którzy nie wiedzą, kim są Stajszczakowie, kilka zdań przypomnienia: to najbogatsi mieszkańcy Bydgoszczy, nie posiadają jednak majątku. Mieszkają w luksusowych, ale nie swoich domach. Skarb Państwa nie dostał od nich 25 mln zł zaległych podatków. Miliony dolarów w dziesiątkach powiązanych firm, własny kawałek Bydgoszczy otoczony parkanem, luksusowe samochody, domy, hotele, piękne dziewczyny... („Gazeta Wyborcza” z 2003.05.10-11). „Wprost” (z 1.10. 2000 r.) podaje, że jeszcze kilka lat temu do rodziny Stajszczaków (Czesława — seniora rodu, Janusza i Mirosława — synów oraz Bożeny — żony Mirosława) należało około 200 firm.

Od sierpnia 1997 w sądzie znajduje się akt oskarżenia przeciwko niektórym członkom rodziny Stajszczaków w związku z nieprawidłowościami przy wprowadzaniu na giełdę spółki Domar. Lecz perłą w koronie bydgoskich braci na zawsze pozostanie rozpętanie afery alkoholowej tzw. Schnapsgate — jednej z najgłośniejszych w historii III RP.

Major prawdziwy

Grzegorz Major kilka razy powtarzał, że oczywiście napiszę, co mi się żywnie podoba, ale nie mogę zapomnieć o jednym: prawda zawsze wyjdzie na wierzch! A ponieważ jestem młody i na głupiego nie wyglądam — jest wręcz pewien, że będę o tym pamiętał.

Klin jednak szybko pozbawiał go złudzeń, co jakiś czas wtrącając, że żadnemu dziennikarzowi nie należy nigdy ufać, a i ja jemu — jak sądzi — nie wierzę w żadne słowo. Najwyraźniej nie czuł się pewnie. Mniejsza z tym...

Po dygresji o śląskich interesach, wróciliśmy na dobre do turystycznych pasji właścicieli Klubu Wakacyjnego. I muszę przyznać: uwierzyłem im. Przedstawione dokumenty potwierdzały ścisłą współpracę z RCI.

Prezes Major, przy całej traperskiej aparycji, całkiem do rzeczy opowiadał o systemie timeshare. Karwowski zamilkł na dobre. Brylował Leszek Klin.

Oprowadzał nas po firmie, zaczepiał pracowników pytaniami typu: ilu mamy stałych klientów? Wystraszona dziewczyna odpowiedziała, że ponad tysiąc — i wyraz dumy zagościł na twarzy szefa. Za nami jak cień — chyba w roli przyzwoitki — podążał Major. Czujnie zerkał na ręce fotoreporetra.

Na koniec wizyty Klin nieśmiało zaproponował współpracę: gdybym chciał napisać rzetelny tekst o timesharing, to zaprasza do odwiedzenia 5 ośrodków RCI w dowolnie wybranych miejscach na świecie. Wszystko, rzecz jasna, na koszt Klubu Wakacyjnego. Rzuciłem, że sam nie mogę podjąć decyzji — muszę szefa zapytać (mając świadomość, że nic z tego).

Obiecałem, że zadzwonię w poniedziałek (był piątek, 14.11.2003 r.) na komórkę prezesa Karwowskiego i dam odpowiedź. Na co Leszek Klin odrzekł, żeby zadzwonić we wtorek, bo poniedziałek będzie ciężki — interesy.

I tak dzwonię do dzisiaj.

Bez odbioru.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Wojciech Surmacz

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Kariera / / Los towarzystwa