Czytasz dzięki

Made in Poland nie szkodzi drobiowi

Miała być eksportowa zawierucha, a jest spokój. Przynajmniej na razie. Biało-czerwone kurczaki sprzedają się dobrze.

Gdy pod koniec 2013 r. kraje unijne przegłosowały obowiązkowe oznaczanie krajem pochodzenia drobiu, wieprzowiny i baraniny, nasza branża drobiarska — już wtedy jedna z największych (a dziś największa) w Europie — pełna była obaw o to, jak będzie się sprzedawał towar made in Poland. Wygląda na to, że na wyrost.

Bloomberg

Przepisy obowiązują od kwietnia, a statystyki wyglądają kwitnąco. W ciągu pierwszych pięciu miesięcy skup żywca drobiowego był o 12 proc. wyższy niż rok temu, a produkcja w całym roku ma przewyższyć zeszłoroczną o 15 proc. i wynieść 2,9 mln ton — prognozuje Agencja Rynku Rolnego.

Z jej ostatniego raportu wynika, że o 15-17 proc. ma wzrosnąć eksport. To on był głównym motorem rozwoju branży, bo konsumpcja krajowa nie rośnie już szybko. Do maja sprzedaliśmy za granicę o 16 proc. więcej niż rok wcześniej.

— Przez pierwsze trzy miesiące tego roku eksport rósł w tempie 30 proc., więc skoro po 5 miesiącach dynamika wynosi 16 proc., to kolejne tygodnie musiały oznaczać duże spowolnienie. Nie wiemy jednak, w jakim stopniu przyczyniła się do tego kwestia wahań kursu euro, a w jakim np. znakowanie krajem pochodzenia — mówi Jacek Lewicki, prezes drobiarskiego Drosedu.

Krzysztof Woźnica, prezes Zakładów Mięsnych Silesia, które zajmują się wieprzowiną i drobiem, przekonywał od początku, że głównym obciążeniem związanym z nowym znakowaniem są koszty, które firmy poniosą na wymianę opakowań i wprowadzenie modyfikacji do systemów informatycznych.

— Konsumenci jedli mięso, nie znając kraju jego pochodzenia, i jedzą je tak samo, gdy jest oznaczone. Wielkie obawy branży mięsnej były przesadzone — uważa Krzysztof Woźnica. Jacek Lewicki podkreśla, że cały czas rosnąca produkcja drobiu świadczy o tym, że rynek krajowy i zagranica wchłaniają coraz więcej.

— Nie otrzymujemy od naszych odbiorców znaczących sygnałów, że oznaczenie krajem pochodzenia w czymś przeszkadza, ale też sprzedajemy sporo do klientów biznesowych, którzy przetwarzają mięso lub sprzedają dalej — do kanału HoReCa, gdzie nie widać kraju produkcji — twierdzi szef Drosedu.

Piotr Kulikowski, prezes Indykpolu, przyznaje, że eksport cały czas rośnie, ale sprzedajemy głównie mięso, a więc półprodukt. Sprzedaż gotowego towaru, który oznacza większą marżę, może być ograniczona właśnie przez podkreślanie jego pochodzenia.

— Nowe przepisy wpisują się w narastające patriotyczne zachowania konsumentów przy półkach. Przekonanie, że krajowe jest lepsze, widać m.in. w Wielkiej Brytanii — mówi prezes Indykpolu. Zdaniem Jacka Lewickiego, wizerunkowi mięsa i całej żywności z Polski mogły pomóc nowe kraje unijne.

— Dzięki Rumunii, Bułgarii i wchodzącej na unijny rynek spożywczy Ukrainie nie jesteśmy już postrzegani jako kraj stojący najniżej w rankingu jakości. Oczywiście takie postrzeganie nie musi mieć nic wspólnego z rzeczywistością, bo dziś nasze standardy produkcji są takie same jak krajów zachodniej Europy — zaznacza szef Drosedu.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Michalina Szczepańska

Polecane