W zeszłym tygodniu „Puls Biznesu” informował o kłopotach prywatnych stacji paliw w zaopatrzeniu w olej napędowy, teraz musimy poinformować o kłopotach z węglem. Żadne z tych zawirowań nie oznacza, rzecz jasna, katastrofy energetycznej i jest zdecydowanie za wcześnie, by uderzać w alarmistyczne tony. Powody do niepokoju jednak są. Bo w obu wypadkach zawirowania na rynku nie są spowodowane jakimiś nadzwyczajnymi wydarzeniami — katastrofami, awariami, tajfunami. Oba pojawiły się niejako w normalnym toku działania Orlenu i Kompanii Węglowej.
Nasuwa się przy tej okazji smutna refleksja. Znaczna część polskich polityków (z obecną ekipą rządzącą na czele) opowiada się za utrzymaniem w rękach państwa „szeroko pojętej” branży energetycznej. Argumenty za państwową kontrolą są zawsze takie same — to branże strategiczne, ich prywatyzacja mogłaby zagrozić energetycznemu bezpieczeństwu państwa. Okazuje się jednak, że kontrola skarbu nie jest wystarczającym warunkiem, by zapewnić zaopatrzenie w ropę i węgiel. Ba, może okazać się wręcz jeśli nie przeszkodą, to przynajmniej utrudnieniem, by przypomnieć wstrząsy, jakim podlegał Orlen (zatrzymanie Modrzejewskiego), czy kłótnie między obecnym i byłym zarządem Kompanii Węglowej.
Prywatyzacja też nie jest oczywiście cudownym lekarstwem na wszystkie problemy polskiej energetyki. Wydarzenia ostatnich lat na świecie pokazują, że blackouty są też możliwe w prywatnej energetyce. Jednak tam menedżerów spółek prędzej czy później zweryfikuje rynek i żądni zysku akcjonariusze. I to wydaje się na dłuższą metę skuteczniejszym rozwiązaniem niż weryfikacja menedżerów przez gremia partyjne.