Można kochać do szaleństwa, ale… tylko przez jakiś czas

opublikowano: 12-02-2021, 14:30

Silne emocje, których doświadczamy zakochując się, nie trwają w nieskończoność. Faza zauroczenia mija zwykle po roku, dwóch latach. Nie znaczy to jednak, że miłość jest uczuciem z określoną datą ważności.

Ewolucja zadbała, byśmy chcieli łączyć się w pary.

– Jest za to odpowiedzialna sieć ośrodków i połączeń w mózgu, mediująca w powstawaniu stanu opisywanego w języku angielskim jako romantic love. To stan zakochania, skoncentrowania całej uwagi i wszystkich emocji na jednej osobie, która staje się „całym światem”. Gdy doświadczamy tego stanu, uaktywnia się wydzielanie dopaminy. To neuroprzekaźnik, który motywuje nas do działania. Pod jego wpływem mamy odwagę zabiegać o względy wybranej osoby, niestraszne nam trudności i wyzwania. Dowiedziono też, że dopamina jest zaangażowana w działanie tzw. systemu nagrody, a jej aktywność wzrasta w czasie oczekiwania i poszukiwania sytuacji sprawiających nam przyjemność, nagradzających – wyjaśnia dr n. med. Sławomir Murawiec, specjalista psychiatrii.

Gdy się zakochujemy, doznajemy silnej emocji, co powoduje, że z rdzenia nadnercza uwalniane są adrenalina i noradrenalina. To te same neuroprzekaźniki, które są wyrzucane do krwi w czasie niebezpiecznego zdarzenia czy silnego stresu i które odpowiadają za reakcję walcz lub uciekaj.

– Emocja to emocja. Dlatego równie mocno możemy reagować na pozytywne i negatywne zdarzenia. Symptomy są takie same: drżą nam ręce, serce przyspiesza, oddech się spłyca, rośnie ciśnienie krwi, twarz się rumieni, a źrenice rozszerzają – wyjaśnia dr hab. n. med. Paweł Balsam, specjalista kardiologii.

Stan zakochania nie trwa w nieskończoność. Co więcej, określono nawet, jak długo możemy doznawać uczucia motyli w brzuchu, typowego dla zauroczonych sobą par.

– To zwykle półtora roku – dwa lata. Po tym czasie faza zauroczenia w naturalny sposób się kończy. Nie musi to jednak oznaczać końca związku i uczucia. Naturalnym, niejako drugim etapem miłości jest faza stabilizacji. Mamy w mózgach także system odpowiedzialny za tworzenie więzi, która nie jest tak gwałtowna jak stan zakochania, ale trwała. W budowaniu więzi pomaga wówczas oksytocyna, hormon odpowiedzialny za przywiązanie – wyjaśnia z uśmiechem dr Sławomir Murawiec.

Wówczas, jak w bajkach, można powiedzieć: …i żyli długo i szczęśliwie.

Sercowe kłopoty

Drugi etap miłości:
Drugi etap miłości:
Stan zakochania trwa zwykle półtora roku – dwa lata. Po tym czasie faza zauroczenia w naturalny sposób się kończy. Nie musi to jednak oznaczać końca związku i uczucia. Naturalnym, niejako drugim etapem miłości jest faza stabilizacji. Mamy w mózgach także system odpowiedzialny za tworzenie więzi, która nie jest tak gwałtowna jak stan zakochania, ale trwała. W budowaniu więzi pomaga wówczas oksytocyna, hormon odpowiedzialny za przywiązanie – wyjaśnia dr n. med. Sławomir Murawiec, specjalista psychiatrii.

Emocje idące w parze z miłością mogą być jednak tak silne, że… pęknie od nich serce. Dosłownie.

– To zespół takotsubo, potocznie zwany zespołem pękniętego serca. Chorobę po raz pierwszy opisano w Japonii. Po trzęsieniu ziemi do szpitali w pobliżu epicentrum katastrofy nagle zaczęli trafiać pacjenci, głównie kobiety, z objawami do złudzenia przypominającymi zawał. Chorzy skarżyli się na silny ból w klatce piersiowej, w EKG widoczne były zmiany typowe dla zawału, podwyższone były także markery uszkodzenia mięśnia sercowego. W toku dalszych badań i obserwacji ustalono, że zespół takotsubo zawsze poprzedza bardzo silna sytuacja stresowa, najczęściej negatywna: śmierć bliskiej osoby, wypadek. Ale bywa też i tak, że choroba występuje pod wpływem silnego pozytywnego wzruszenia. Ważne jest to, że u większości pacjentów objawy mniej więcej po tygodniu ustępują i nie ma po nich śladu – mówi dr Paweł Balsam.

Miłość sprzyja długowieczności

Zdrowe związki:
Zdrowe związki:
Stały związek sprzyja nie tylko emocjonalnej stabilizacji, co przekłada się wymiernie na kondycję układu krążenia, ale też wpływa na nasze codzienne nawyki, np. żywieniowe. Pomaga zapewne wzajemna troska, którą w swoim gabinecie często obserwuję. Nierzadko, gdy pytam pacjenta, jakie leki przyjmuje, nie potrafi odpowiedzieć. „Muszę zadzwonić do żony” – pada niezmiennie – mówi dr hab. n. med. Paweł Balsam, specjalista kardiologii.
Tomasz Pikula

Stare greckie przysłowie mówi, że kochające serce jest zawsze młode. Wyniki badań wydają się potwierdzać tę starą mądrość. Kilka lat temu uczeni z amerykańskiego uniwersytetu w Utah opublikowali wyniki badań, z których wynikało, że żonaci mężczyźni żyją średnio 10 lat dłużej niż panowie single.

– Nie jestem tym zaskoczony. Stały związek sprzyja nie tylko emocjonalnej stabilizacji, co przekłada się wymiernie na kondycję układu krążenia, ale też wpływa na nasze codzienne nawyki, np. żywieniowe. Pomaga zapewne wzajemna troska, którą w swoim gabinecie często obserwuję. Nierzadko, gdy pytam pacjenta, jakie leki przyjmuje, nie potrafi odpowiedzieć. „Muszę zadzwonić do żony” – pada niezmiennie – zauważa dr Paweł Balsam.

A że czasem bywa burzliwie? Warto wówczas przypomnieć sobie słowa poety i satyryka Jerzego Jurandota, że: „małżeństwo, jak każda sztuka, nie może obejść się bez scen”.

Warto wiedzieć

Choroby układu krążenia wcale nie muszą się objawiać bólem w okolicy serca. Sygnałem alarmowym mogą być... zaburzenia erekcji. Uważa się, że problemy z potencją mogą u mężczyzn o kilka lat wyprzedzać zawał. Przyczyną kłopotów jest miażdżyca. To choroba niszcząca ściany naczyń krwionośnych, w których tworzą się blaszki utrudniające przepływ krwi. Schorzenie może przez wiele lat przebiegać bezobjawowo, a problemy ze wzwodem mogą być jedynym zwiastunem. Tymczasem nieleczona miażdżyca postępuje i prowadzi do komplikacji, z których najpoważniejszymi są udar i zawał. Miażdżyca zaczyna się tworzyć już od około 20. roku życia. To, jak szybko będzie postępować, zależy od wielu czynników. Na niektóre z nich, np. predyspozycje genetyczne, nie mamy wpływu. Możemy modyfikować jednak styl życia i tym samym zminimalizować ryzyko choroby. Kluczowe jest rzucenie palenia, unikanie tłustego jedzenia i kanapowego stylu życia. Jak sprawdzić, czy nie jesteśmy w grupie ryzyka rozwoju miażdżycy?

– Na początek należy wykonać badanie: lipidogram. Szczególnie ważne jest określenie stężenia LDL cholesterolu, potocznie zwanego złym. Gdy ten parametr jest wysoki, możemy przypuszczać, że w łożyskach naczyniowych postępuje choroba miażdżycowa. Dobra wiadomość jest taka, że modyfikując styl życia i włączając odpowiednie leczenie, możemy ten proces nie tylko zahamować, ale nawet odwrócić – radzi dr Paweł Balsam.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Polecane