Oczekiwaniu na wieści zza Atlantyku towarzyszyły wisielcze nastroje. W środę nagły podskok notowań ropy na nowy historyczny szczyt wywołał niemal panikę na Wall Street, a indeks S&P500 po silnym spadku znowu oparł się na linii wyznaczonej przez tegoroczne minimum. Amerykański rynek znalazł się w krytycznym punkcie, bombardowany złymi wieściami z giełd surowcowych i tuż przed rozpoczęciem publikacji kwartalnych raportów spółek, które mogą niemile zaskoczyć. Nawet jedna kropla mogła w tej sytuacji przelać czarę.
Mimo skrajnego wyczerpania spadkami warszawski rynek nie miał wyboru i podobnie jak inne europejskie parkiety otworzył się 1 proc. pod kreską. Pierwszy impet podaży skupił się na blue chipach, których indeks tuż po otwarciu niebezpiecznie zanurkował w kierunku linii 2500 pkt., skąd na szczęście został szybko zawrócony. Ten poranny dołek nie został już pogłębiony, natomiast znacznie gorzej potoczyły się losy mniejszych spółek, które znowu zostały surowo ukarane. Trudno się jednak temu dziwić, skoro w czerwcu ponownie wezbrała fala umorzeń z funduszy inwestycyjnych.
Los spółek z drugiej linii został przesądzony już w pierwszej fazie sesji, ale blue chipy nie poddawały się i mimo wszystko próbowały wydostać się nad kreskę. Te próby omal nie zakończyły się powodzeniem, gdy z USA napłynęły wyczekiwane dane. Okazały się zbliżone do prognoz i choć świadczyły o utrzymujące się słabości rynku pracy, nie potwierdziły obaw przed raptownym wzrostem stopy bezrobocia.
Rynki akcji zareagowały odbiciem, ropa potaniała, a dolar odzyskał wigor. Niebezpieczeństwo krachu zostało zażegnane, a termin decydującej batalii przesuną się na następny tydzień. Wig20 podskoczył o ponad 1 proc. i na moment osiągnął upragniony cel. Ponieważ jednak początek notowań za oceanem okazał się kapryśny, warszawski indeks zakończył dzień spadkiem o 0,3 proc., co należy mimo wszystko uznać za sukces.
Końcowy wynik byłby wyraźnie lepszy, gdyby nie fatalna postawa KGHM, który stracił blisko 4 proc. mimo rekordowych ostatnio notowań miedzi. Także niemal 2 proc. spadek PKO BP okazał się balastem. Kolejny wzrost notowań niezawodnej ostatnio Telekomunikacji nie był w stanie stworzyć odpowiedniej przeciwwagi. Mimo niezłej kondycji największych firm spadki mniejszych spółek przesądziły o niemal trzykrotnej przewadze akcji taniejących nad drożejącymi. Obroty wyraźnie wzrosły do poziomu 1,4 mld. zł.
Mimo spadku indeksów sesji nie można uznać za zupełnie nieudaną. Widać
wyraźnie, że przynajmniej największe spółki szukają okazji do odbicia. Jeśli
poprawa nastrojów na Wall Street potrwa nieco dłużej, najbliższe sesje mogą
przynieść inwestorom upragnioną pociechę. Po dzisiejszych danych zanosi się
obecnie na wzrostowe zamknięcie skróconych notowań, ale do trwalszego wzrostu
będzie potrzebna wyraźna korekta kursu ropy i przekonanie, że zyski spółek nie
weszły w długą spadkową spiralę.
Wczoraj indeks DJI spadł o ponad 20 proc,
od szczytu, a więc wkroczył na terytorium niedźwiedzia. Od 1962 roku indeks 11
razy tracił więcej niż 20 proc., a średni spadek wynosił 29 proc. i trwał 322
dni. Największa strata wystąpiła w okresie od stycznia 1973 do grudnia 1974 i
wyniosła 45 proc. Jeśli idzie o perspektywę na całe drugie półrocze, statystyka
sprzyja bykom. W drugim półroczu roku wyborów prezydenckich indeks zyskiwał od
1896 r. średnio 9,7 proc., podczas gdy w innych latach średni zysk wynosił w tym
okresie tylko 2,7 proc. To pewna pociecha, ale do przełomu na razie daleko z
powodu ropy i niepewnych zysków spółek. Dzisiaj np. rynek zignorował ostry
spadek indeksu ISM dla usług do poziomu 48,2 proc. zamiast prognozowanych 51
proc. Z drugiej strony może to sugerować, że strach przestaje powoli wpływać na
kierunek rynku mimo że jego poziom jest już bardzo wysoki, o czym świadczy
wczorajszy podskok wskaźnika put/call do poziomu bliskiego historycznym
ekstremom. Te elementy mogą świadczyć o gotowości rynku do wykonania nagłego
zwrotu w sprzyjających okolicznościach.