Nadwiślański azyl

opublikowano: 26-04-2018, 22:00

W ogrodzie zoologicznym doświadczona małpa mówi do nowicjuszki:„Zobacz, jak wytresowaliśmy ludzi zwiedzających zoo — gdy tylko zbliżę się do kraty, to zaraz któryś podejdzie do mnie z bananem”.

Darwiniści w XX w. upowszechniali teorię, że pod względem genetycznym ludzie i małpy, zwłaszcza szympansy, są sobie bliscy w 98 proc. XXI-wieczny precyzyjny odczyt genomów skurczył jednak podobieństwo do 70 proc. Niektóre osobniki swoją inteligencją ten poziom przekraczają, np. urodzona w Irlandii szympansica Lucy z zoo w Warszawie. Dekadę temu wzięła udział w eksperymencie „Pulsu Biznesu” i losowo wybrała pięć najlepszych do inwestowania spółek giełdowych z indeksu WIG20. Okazało się, że i bez licencji maklerskiej czuje parkiet, albowiem jej portfel dawał zarobić. Obecnie zaś Lucy upamiętniła 90-lecie Miejskiego Ogrodu Zoologicznego (MOZ) w Warszawie namalowaniem obrazu reprezentującego styl abstrakcjonizmu niegeometrycznego (patrz reprodukcja). Czyli prawdziwa szympansica renesansu.

Dworskie menażerie i prywatne zwierzyńce

MOZ w Warszawie nie jest placówką najstarszą w Polsce (seniorem jest zoo we Wrocławiu założone w czasach pruskich w 1865 r.), dysponującą największą liczbą gatunków (także Wrocław) czy największą powierzchnią (Gdańsk Oliwa). Do przedstawienia w naszym cyklu „Było, nie minęło” jednak szczególnie pasuje w jubileuszowym roku 2018. Otwarcie ogrodu w 1928 r., przed 10. rocznicą odzyskania przez Polskę niepodległości, było kolejnym elementem dorównywania przez stolicę młodej Rzeczypospolitej standardom europejskich metropolii. Od starożytności kaprysem władców było utrzymywanie w najbliższym otoczeniu odłowionych dzikich zwierząt, szczególnie drapieżnych. Najczęściej bywały zabawkami do drażnienia zamkniętymi w ciasnych klatkach. Menażerie dworskie stopniowo stawały się zwierzyńcami miejskimi. Po przeniesieniu stolicy do Warszawy dynastia Wazów urządziła taki zwierzyniec na skarpie w rejonie dzisiejszego Uniwersytetu Warszawskiego. Pamiętał o tym Henryk Sienkiewicz, umieszczając w „Potopie” epizod walki Onufrego Zagłoby z małpami.

Pod zaborem rosyjskim pierwszy stały zwierzyniec prywatny w Warszawie założony został w 1884 r. przy ulicy Bagatela, ale wytrwał tylko do padnięcia w 1891 r. zwierząt po spożyciu zepsutego mięsa. Później temat odżył podczas wojny w 1916 r. po wyparciu Rosjan przez Niemców. Kolejne inicjatywy prywatne zostały podjęte już po odzyskaniu niepodległości w 1926 r. — zwierzyniec przy ulicy Koszykowej oraz tzw. studium biologiczne przy moście Poniatowskiego w miejscu obecnego Muzeum Narodowego. W tej placówce wydarzyła się tragedia — 30 małp spłonęło w pożarze drewnianego pawilonu.

Ogród przed wojną sam się utrzymywał

14 czerwca 1927 r. wreszcie dojrzała decyzja magistratu o utworzeniu prawdziwego ogrodu zoologicznego. Zlokalizowany został na praskim brzegu Wisły, między mostem Kierbedzia a mostami przy Cytadeli. Rozległy teren miał zaletę — położenie blisko centrum, ale zarazem z dala od miejskiego zgiełku. Nadrzeczny mikroklimat nie był jednak korzystny dla niektórych gatunków, a poza tym ogród zajął teren zalewowy. Dlatego także współcześnie fala powodziowa na Wiśle powoduje zawsze konieczność bronienia terenu zoo workami z piaskiem. Z dzisiejszego punktu widzenia zdumiewa tempo inwestycji 90 lat temu. Prace budowlane rozpoczęły się od razu po uchwale zarządu, a już 11 marca 1928 r. Miejski Ogród Zoologiczny otwarto dla warszawiaków. Pierwsze zwierzęta pozbierane zostały z obu wspomnianych zwierzyńców prywatnych. Generalnym założeniem MOZ były oddech i słońce, ale na początku wiele gatunków trafiło do ciasnych klatek — przede wszystkim drapieżniki. Stopniowo jednak urządzano bardziej komfortowe wybiegi. Już w pierwszym regulaminie zakazano też procederu, który niestety utrzymuje się przez 90 lat — dokarmiania zwierząt przez bezmyślnych zwiedzających, przede wszystkim słodyczami, często w papierkach. Dyrektorem założycielem MOZ był Wenanty Burdziński, ale zmarł wkrótce po jego otwarciu w 1928 r. Jego dzieło na wiele trudnych lat przejął Jan Żabiński, który musiał odejść w 1951 r. ze względu na AK-owską przeszłość. Stopniowo trwała rozbudowa ogrodu, znakomite wybiegi uzyskały m.in. lwy i tygrysy, w ciasnych klatkach pozostały jednak lamparty, pumy i jaguary, czyli gatunki wyskakujące górą. Przez kilkadziesiąt lat zdarzyło się kilka incydentów z drapieżnikami, na szczęście bez ofiar. W 1938 r. burza zwaliła drewniane ogrodzenie i 13 lwów rozbiegło się po ogrodzie, ale zostały wyłapane. Po wojnie z niedomkniętej klatki uciekł samiec pumy, ale nie opuścił ogrodu, chociaż mógł wyskoczyć na przebiegającą tuż obok trasę... Wyścigu Pokoju. Sytuacja niebezpieczna wytworzyła się zimą na wybiegu białych niedźwiedzi — fosa zamarzła i misie bezproblemowo mogły się wydostać, dlatego były dodatkowo pilnowane. W epoce II Rzeczypospolitej ogród doskonale prosperował. Roczna dotacja celowa zarządu miejskiego na zakup zwierząt wynosiła tylko 5-10 tys. zł, już wtedy zdecydowaną większość nowych okazów pozyskiwano drogą wymiany z innymi ogrodami. Roczny budżet sięgał zaś 300 tys. zł, chociaż jedynym praktycznie źródłem finansowania była sprzedaż biletów. Ciekawostką jest inna liczba — zoo dziennie konsumowało 200 kg odpadków rzeźnych i roślinnych.

Willa pod Zwariowaną Gwiazdą

W niezmierzonej skali tragedii Warszawy podczas drugiej wojny światowej zagłada ogrodu zoologicznego była zaledwie drobnym epizodem. Wydarzyła się jednak najwcześniej. Wojna wybuchła w piątek 1 września 1939 r., a już w niedzielę 3 września bomba lotnicza otworzyła wybieg niebezpiecznych niedźwiedzi polarnych i dyrekcja musiała podjąć straszliwą decyzję — o prewencyjnym zastrzeleniu przez wojsko wszystkich hołubionych przez tyle lat drapieżników, a także pobudliwego słonia. Po kapitulacji stolicy Niemcy pozostałe cenniejsze okazy wywieźli do ogrodów w Rzeszy, a resztę wybili. Tylko ptaki zostały uwolnione, ale długo krążyły nad terenem zoo. Opustoszały ogród nadal funkcjonował jako jednostka okupacyjnej administracji warszawskiej, lecz przekształcony w… tuczarnię trzody chlewnej, później zaś w ogród działkowy. Niezwykły wątek związany jest ze stojącą blisko głównego wejścia do zoo modernistyczną willą. Od 1932 r. mieściła ona mieszkanie służbowe dyrektora Jana Żabińskiego z żoną Antoniną i rodziną oraz ośrodek weterynaryjny. Po przekształceniu MOZ przez Niemców w świniarnię dyrektor otrzymał prawo zbierania odpadków żywności z całej Warszawy, w tym również z żydowskiego getta. Po nawiązaniu tam kontaktów zaczął udzielać schronienia uciekinierom z getta przed ich udaniem się dalej. W willi przebywało jednocześnie kilkanaście osób, a w sumie państwo Żabińscy uratowali od 150 do 300 istnień — szczegółowej ewidencji nie prowadzili… Żydzi przebywali w schronie pod willą, a w razie przyjazdu Niemców (którzy odwiedzali dyrektora jako wybitnego fachowca od hodowli zwierząt) ewakuowali się tunelem na teren ogrodu do pomieszczeń pozwierzęcych. To zdumiewające, ale przez całą okupację nikt nie wpadł, a także nie zadenuncjował narażających codziennie życie gospodarzy. Uratowani z zagłady nadali willi miano „pod Zwariowaną Gwiazdą”. W 1965 r. Antonina i Jan Żabińscy uhonorowani zostali przez instytut Yad Vashem w Jerozolimie tytułem „Sprawiedliwy wśród Narodów Świata”.

W delegacji na wysuniętej placówce

Zniszczona Warszawa miała po wojnie masę pilniejszych potrzeb, ale o ogrodzie zoologicznym nie zapomniała. Jego zdewastowany teren na prawym brzegu Wisły nie został objęty walkami Powstania Warszawskiego, zatem infrastruktura się zachowała. Najpilniejszym problemem inwestycyjnym stała się odbudowa zewnętrznego ogrodzenia. Nie miało sensu poszukiwanie okazów rozszabrowanych na początku wojny przez Niemców. Wiele ogrodów europejskich, a także osób prywatnych w geście solidarności ofiarowało Warszawie zwierzęta. Rozruch trwał trzy lata i w lipcu 1948 r. MOZ znowu został udostępniony warszawiakom, zatem przymusowa przerwa wyniosła 9 lat. Obecnie razem z 90-leciem istnienia ogrodu wypada mniejszy jubileusz 70-lecia powojennego odrodzenia. Kilka lat po wznowieniu działalności zawisła nad MOZ zupełnie inna groźba, tym razem urbanistyczno-planistyczna. Z jednej strony zoo zostało powiększone z przedwojennych 28 ha do 46 ha. Z drugiej jednak, nadwiślański teren naprzeciwko Starego Miasta okazał się bardzo atrakcyjny dla socjalistycznej mieszkaniówki. Z planów przeniesienia ogrodu gdzieś pod Warszawę na szczęście nic nie wyszło, ale skutkiem okresu niepewności był zastój rozwojowy i inwestycyjny. Zoo pozostało oddzielone buforem Parku Praskiego od otwartej w 1949 r. nowej trasy mostowej WZ, będącej dumą socjalistycznej stolicy. W 1951 r., gdy zwolniony został dyrektor Jan Żabiński, decydenci przeforsowali zdumiewającą inwestycję. Jako wysunięta placówka zoo zbudowany został przy ruchliwej trasie wybieg dla niedźwiedzi brunatnych. Od 1952 r. popularne „miśki” stały się jednym z kilku najbardziej rozpoznawalnych miejsc Warszawy. Ekolodzy od początku uważali taką ekspozycję za męczenie dzikich zwierząt, ale badania weterynaryjne na szczęście nie wykazywały u niedźwiedzi objawów ołowicy lub innych symptomów chorobowych. Obecnie przy trasie WZ, czyli Solidarności, dożywają trzy samice staruszki, które publiczności pokazują się już bardzo rzadko lub wcale. Są ostatnimi niedźwiedziami na tym wyjątkowym wybiegu.

Organizacyjna stabilizacja jubilata

Powojenna kronika MOZ obejmuje kilka przeplatających się ścieżek. Jedną są narodziny młodych pokoleń, tym cenniejsze dla ogrodu, im bardziej zagrożony jest gatunek. Drugi wątek to pozyskiwanie zwierząt z innych ogrodów zoologicznych w drodze wymiany. Trzeci obszar to kosztowne inwestycje, poprawiające warunki pobytu poszczególnych gatunków — nowoczesna słoniarnia, ptaszarnia, małpiarnia etc. Przy warszawskim zoo funkcjonuje także specyficzne pogotowie weterynaryjne, czyli dwa specjalistyczne azyle — dla poranionych ptaków oraz dla zwierząt skonfiskowanych przemytnikom.

Ludzkość dosyć późno ucywilizowała legalny — kłusownictwo i przemyt to inny wątek — międzynarodowy handel dzikimi zwierzętami i roślinami gatunków zagrożonych wyginięciem. Konwencja waszyngtońska została sporządzona w 1973 r., Polska przystąpiła do niej dopiero wraz z przemianami ustrojowymi od 1990 r. Ale już znacznie wcześniej w praktyce była realizowana zasada, że w ogrodach zoologicznych przebywają zwierzęta w nich urodzone. Powstał jakby drugi obieg w stosunku do okazów tego samego gatunku żyjących na wolności. Obecnie zgodne z prawem międzynarodowym odławianie dzikich zwierząt w środowisku naturalnym zdarza się bardzo rzadko — np. w sytuacji, gdy z prowadzonych komputerowo rodowodów wynika, że osobniki jakiegoś rzadkiego gatunku w ogrodach zoologicznych są… zbyt spokrewnione i konieczne jest odświeżenie genów. W zestawieniu z innymi podmiotami prezentowanymi w naszym cyklu „Było, nie minęło” Miejski Ogród Zoologiczny w Warszawie zachowuje niezwykłą stabilność organizacyjną. Od 90 lat nie zmienia nazwy ani usytuowania prawnego — niezależnie od przemian ustrojowych pozostaje jednostką miasta stołecznego Warszawy. Obecnie ma status jednostki budżetowej, chociaż kiedyś był także zakładem budżetowym. Raczej wykluczone jest przekształcenie MOZ w miejską spółkę prawa handlowego, zobowiązaną do maksymalizacji zysku. Notabene analiza dochodów z biletów potwierdza, że ogród jest placówką wybitnie sezonową. 95 proc. zwiedzających koncentruje się w letnim półroczu od kwietnia do września, gdy na zimowe półrocze od października do marca przypada tylko 5 proc. Jest to rozkład zrozumiały, chociaż w MOZ coraz więcej jest pawilonów całorocznych. Poza sprzedażą biletów jedynym dodatkowym źródłem pieniędzy, uzupełniającym kwotę zapisaną corocznie w budżecie Warszawy, jest sponsoring — obejmowanie przez firmy czy instytucje adopcją finansową konkretnych gatunków lub wręcz pojedynczych okazów. Z definicji wykluczone jest przecież np. wynajmowanie bezpośredniego terenu ogrodu na jakieś dochodowe imprezy. Zwierzęta muszą mieć spokój, wszak nadwiślański ogród to od 90 lat ich azyl. &

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: JACEK ZALEWSKI

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Po godzinach / Nadwiślański azyl