Notabene i tak była… krótsza niż półrocznica, która 17 maja przybrała formę transmitowanego posiedzenia Rady Ministrów. Odizolowanie od głosów zewnętrznych to nauczka po przeprowadzeniu 11 maja z mównicy Sejmu tzw. audytu poprzedniego rządu, który przerodził się w kabaret.

Wszystkie trzy eventy władzy miały wspólny mianownik — pseudoaudyt, sprawozdanie półroczne oraz podsumowanie roczne pozbawione zostały analitycznego podkładu pisemnego, ograniczyły się do ustnych opowieści z mównicy. Taka formuła jest bardzo wygodna, ponieważ umożliwia propagandową żonglerkę dowolnymi liczbami i faktami bez potwierdzania ich prawdziwości.
Rząd Beaty Szydło funkcjonuje w specyficznych warunkach, których nie miał żaden gabinet III RP. Z jednej strony — premier jedynie administruje, a prawdziwym jednoosobowym decydentem jest prezes Jarosław Kaczyński. Z jego nominacji pochodzi większość ministrów, w tym oczywiście cały blok resortów polityczno-siłowych. Również jego decyzją jest powierzanie coraz większych uprawnień wicepremierowi Mateuszowi Morawieckiemu, wynikające z wiary prezesa w skuteczność rozwojowego planu.
Akademickim przykładem relacji kadrowych było usunięcie we wrześniu Dawida Jackiewicza z resortu skarbu. Jeszcze na forum w Krynicy-Zdroju minister błyszczał u boku zadowolonej z niego szefowej, a trzy doby później został skazany przez prezesa na infamię partyjną, czego następstwem było pozbawienie go także stanowiska. Obecnie postępuje dejackiewiczyzacja spółek skarbu państwa, ponieważ nagle odkryto, że tzw. dobra zmiana w nich to również kolesiostwo i nepotyzm, tyle że w barwach PiS.
Z drugiej jednak strony — w opanowanym przez jedną partię parlamencie rząd ma warunki wręcz cieplarniane. Gdy prezes już o czymś zdecyduje, to projekty ustaw przechodzą biegiem i z poprawkami jedynie technicznymi. Wszechwładna ekipa PiS stosuje przy tym proceder urągający zasadom dobrej legislacji. Niektóre ważne projekty, szczegółowo przygotowywane w resortach, forsowane są ścieżką niby-poselską, co pozwala omijać nie tylko obligatoryjne konsultacje społeczne, lecz nawet… wiele poprawiające uzgodnienia w Stałym Komitecie Rady Ministrów.
Nawet bez pieczątki „pilne” przyjmowane są w anormalnym tempie, a żenujące błędy wychodzą z nich dopiero po wydrukowaniu w Dzienniku Ustaw. Ten szkodliwy dla Polski proceder kwitł zwłaszcza w pierwszych tygodniach kadencji, ale nawet obecnie nie ustał.
W pierwszym roku kadencji absolutnym priorytetem PiS, czyli i rządu, stała się realizacja populistycznych obietnic wyborczych. Wiąże się to z rozdawnictwem pieniędzy, którego już nie wytrzymuje budżet państwa. Zdecydowanie słabszym punktem bilansu władzy jest zapewnienie budżetowi wpływów, ale nie dokładaniem podatków, lecz zwiększeniem tempa wzrostu gospodarczego.
Rząd — chociaż niekoniecznie partia — powoli zaczyna zdawać sobie sprawę, że tak długo nie pociągnie. Dlatego w 2017 r. politycznym priorytetem ponoć ma stać się rozwój przedsiębiorczości. Problem polega jednak na tym, że rozdawnictwo pieniędzy przychodzi bardzo szybko i łatwo, natomiast przyspieszenie tempa wzrostu opartego na trwałych podstawach to proces żmudny i niezrównanie trudniejszy.