Yoram Reshef
dyrektor generalny Blue City
- Największa pomyłka? Że tak późno zrozumiałem, jak korzystna może być praca w Polsce. W Polsce znalazłem Magdę, miłość mojego życia! Pięć lat temu, gdy pracowałem w mojej pierwszej polskiej firmie, sprzedałem młodemu małżeństwu dom na osiedlu Przy Lesie w Józefosławiu, niedaleko Warszawy. Magda, ówczesna klientka, wywarła na mnie piorunujące wrażenie. Widywałem ją potem w Józefosławiu czy na przyjęciach u sąsiadów z tego osiedla. Magda — mężatka — nie dostrzegała, że interesuje się nią inny mężczyzna. Nie miałem nic wspólnego z rozpadem jej małżeństwa, lecz gdy się o tym dowiedziałem... Zaprosiłem ją do kawiarni. Nie przyszła. Wysłałem SMS: „Kawa stygnie”. Dostałem odpowiedź: „Nie piję kawy”. W japońskiej restauracji Magdy znów nie było. SMS. I odpowiedź: „Nie mogę zostawić psa samego w domu”. Kupiłem miskę i wysyłam SMS, że pies też jest zaproszony... Od 2 lat jestem szczęśliwy. Żałuję, że przyjechałem tu tak późno. Może spot kałbym Magdę wcześniej?
Jarosław W. Lasecki
prezes Plus Discount
- Lubię polować w Afryce i tam — w czasie polowania na antylopę redhartebist — przydarzyła mi się wielka, ale szczęśliwa pomyłka. Tropione przeze mnie zwierzę ma ciekawe poroże, kilkakrotnie zmieniające kierunek ułożenia: od czoła do góry, potem do tyłu
i znów w górę. Imponujące, bardzo efektowne! Pełzliśmy z przewodnikiem do wzgórza, na którym skupiło się stado tych antylop. Byliśmy mocno zmęczeni, gdyż szliśmy za nimi cały dzień... Do odstrzału wybraliśmy samca o wspaniałym, rozłożystym porożu. Strzelam. W tumanie pyłu spod kopyt spłoszonych antylop widzę, jak stado pierzcha. Pudło, pudło! Krzyk przewodnika to mieszanina żalu, że nie trafiłem,
i szczypty złośliwości. Ale za chwilę na wzgórzu dostrzegam leżącego byka. Podchodzimy... Nie widzieliśmy go wcześniej — zasłoniły go inne antylopy. Moja kula trafiła w innego niż chciał przewodnik, znacznie bardziej wartościowego samca. Poroże upolowanej przeze mnie antylopy jest dziesiątym co do wielkości tego rodzaju trofeum w świecie!
Jacek Dudkiewicz
prezes Rethmann Data-Util
- Największego błędu w życiu zawodowym niestety dość długo nie zauważałem. Byłem przekonany, że postępuję słusznie i w zgodzie z kanonem traktuję sprzedaż, jak transakcję: produkt-klient-pieniądze. Teraz wiem, że sprzedaż to czysta psychologia, analiza zachowania potencjalnego klienta, umiejętność sprzedania najpierw siebie, a dopiero potem oferty. To, że popełniam błędy, uświadomiłem sobie dopiero na kursie Jacka Santorskiego. W przekonaniu, że należy zmienić metody utwierdziło mnie jeszcze przejście do pracy w Rethmannie. Doszedłem do wniosku, że jeśli tego nie zrobię, nie odniosę sukcesu w tej branży. Zajmuję się niszczeniem danych, sprzedaję więc nie towar czy standardową usługę, ale poczucie bezpieczeństwa zleceniodawcy, pewność że postępuje on zgodnie z prawem. Oferując taki towar, trzeba umieć zrozumieć klienta, rozwiać obawy. Staram się eliminować błędy. Śmiało mogę powiedzieć, że w tej chwili mógłbym sprzedać prawie wszystko!
John Domas
dyrektor zarządzający Euro RSCG New Europe
- Dwa razu w życiu na własnej skórze dotkliwie odczułem konsekwencje pomyłki. Przed kilkoma laty w Czechach jechałem z szefem jego samochodem. Prowadziłem. Zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej. Zatankowałem jak zwykle benzynę bezołowiową. Tyle że samochód szefa miał silnik Diesla. Mechanizm się wściekł. Naprawa kosztowała mnie prawie 500 euro. Nasze stosunki z szefem pozostały przyjazne. Dziś to nasza ulubiona anegdota. Innym razem... Przypadkowo, bezsensownie rzuciłem w kłótni z żoną, że zachowuje się jak jej matka. Wymsknęło się... No i potem: gotowanie obiadu przez tydzień, szorowanie, sprzątanie, kwiaty, przeprosiny. Nie polecam. Wspomnienie o podobieństwie żony do jej matki może skończyć się wojną domową.
Andrzej Pągowski
plakacista, właściciel agencji reklamowej Studio P Andrzeja Pągowskiego
- W latach 80. byłem wśród grupy autorów plakatów filmowych. Wszyscy chętnie chodzili na projekcje zachodnie. Mniejszą popularnością cieszyły się filmy bułgarskie, rumuńskie, rosyjskie. I mnie się trafił rosyjski — „Hipodrom”. Projekcja była rano, o ósmej. Obejrzałem film i za kilka dni przyniosłem projekt plakatu: ociekającą krwią podkowę z konturem głowy dżokeja w środku. Oczy koleżanki, która film znała, zrobiły się wielkie jak spodki — ze znakiem zapytania w centrum. „O co chodzi? Przecież w filmie ktoś wyjaśniał morderstwo, bo do stajni podrzucono zwłoki” — zacząłem tłumaczyć. Okazało się, że „Hipodrom” traktował o nieuczciwości w zakładach na wyścigach konnych. Ja ten film, ze względu na wczesną porę, przespałem — i tego nie pamiętałem. A moja wizja dotyczyła dochodzenia Arsena Lupina — w serialu, którego odcinek oglądałem poprzedniego wieczoru. Po prostu: nałożyły mi się filmy!
Maciej Krzysztofik
prezes zarządu w Polskim Internetowym Serwisie Pracy www.jobs.pl
- Wychowałem się w Stanach Zjednoczonych. Do Polski przyjechałem dopiero w 1991 r. Język znałem, ale problemem były dla mnie niektóre obyczaje, do których trudno było mi przywyknąć. Na przykład zwracanie się do osób per pan, pani. Nigdy nie wiedziałem, do kogo mogę zwracać się na ty... Starałem się obrać pewne kryteria. Najtrafniejsza wydała mi się ocena według wieku. Do starszej osoby — na pan, do młodszych — na ty. Nawet się sprawdzało... Gafę strzeliłem, gdy do starszego wiekiem księdza powiedziałem: „panie ksiądz”. O formie „proszę księdza” nie miałem pojęcia. Pleban miał ze mnie niezłą zabawę...
Aurelia Kuran-Puszkarska
prezes Polskiej Izby Paliw Płynnych
- Kilka lat temu bardzo zależało mi na kontrakcie z amerykańską firmą. Jej prezesa chciałam ugościć po polsku. Zaprosiłam do domu, zrobiłam wspaniałą kolację. Opowiadałam o tradycyjnej polskiej kuchni. Zachwalałam rodzime trunki. W tym śliwowicę według starego przepisu babci. Poczęstowałam. Panowie — bo prezes przyszedł z asystentem — skosztowali i z uznaniem pokiwali głowami. Potem śmiali się tylko serdecznie... To pewnie procenty — pomyślałam. Sama nie piłam, bo brałam antybiotyki. Po imprezie zorientowałam się, co naprawdę rozbawiło gości. Pomyliłam butelki. Zamiast śliwowicy podałam śliwki marynowane w occie. Bałam się, że im to zaszkodzi, ale następnego dnia na podpisaniu kontraktu pojawili się uśmiechnięci i tryskający zdrowiem. Zwiędł tylko jeden kwiatek na tarasie... Pod moją nieobecność tam pewnie wylali nieszczęsną „śliwowicę”. Podejrzewam, że do tej pory myślą, że polska śliwowica smakuje jak ocet.
Wojciech Litwin
eBusiness Manager East Central Europe Region Volvo Auto Polska
- Jedna z moich pomyłek kosztowała mnie mnóstwo stresu. W 1998 r. urządzaliśmy uroczyste wprowadzenie modelu C70 — na służewieckim torze wyścigów konnych. W dniu pokazu wsiadam w auto i jadę na miejsce imprezy. Wiele spraw wpłynęło na to, że wyjechałem późno, ale wciąż miałem przecież zapas czasu, by zdążyć. Jadę. I nagle staję. W baku nie ma benzyny! No i się zaczęło: telefony, nerwy, dostawa benzyny w kanistrze... Zdążyłem w ostatniej chwili! Ale prawda jest taka, że nie był to ostatni raz, kiedy zabrakło mi paliwa. Na wszelki wypadek wożę już ze sobą mały kanisterek. Kiedy auto stanie, proszę kierowców o podwiezienie do najbliższej stacji, a gdy już wrócę z paliwem i uruchomię samochód, wracam na tę stację, by do pełna nalać w bak. Tak sobie podróżuję...