Ostatni pomnik generała

Elżbieta Sawicka
opublikowano: 2008-05-09 00:00

Malowniczego położenia można stolicy Kantabrii pozazdrościć. Historii niekoniecznie. Santander przeżył wiele ciężkich chwil.

Ostatni pomnik generała

Generał Franco wciąż dumnie paraduje na koniu. Na głównym placu Santander, stolicy prowincji. Długo tutaj nie zabawi.

Malowniczego położenia można stolicy Kantabrii pozazdrościć. Historii niekoniecznie. Santander przeżył wiele ciężkich chwil.

W 1893 r. w porcie eksplodował przewożący 50 ton dynamitu frachtowiec Cabo Machicao. Wybuch zabił 590 osób, było wielu rannych, a sąsiadująca z portem dzielnica spłonęła. Podczas hiszpańskiej wojny domowej toczyły się o Santander mordercze walki, wojska frankistowskie opanowały miasto w sierpniu 1937 r. Z kolei w 1941 r. wybuchł straszliwy pożar. Szalał przez dwa dni, podsycany huraganowym wiatrem z południa. Z dymem poszło niemal całe Stare Miasto, więc średniowiecznych, renesansowych czy barokowych kamieniczek raczej się tu nie spotka.

Królowa się kąpie

Od prawie 150 lat Santander cieszy się renomą eleganckiego, nieco snobistycznego kurortu. Letnią rezydencję ma tu hiszpańska rodzina królewska. Zaczęło się od Izabelli II. Monstrualnie otyła władczyni (zjadała podobno „kawałki duszonego mięsa wielkie jak płyty chodnikowe”), bigotka, a przy tym nimfomanka, która amantów dobierała sobie wyłącznie spośród wojskowych i śpiewaków operowych, była też amatorką kąpieli morskich. W 1861 r. spędziła kilka dni na tutejszej plaży El Sardinero. Tak się zaczęło. Jednak dopiero regularne letnie wizyty Alfonsa XIII (dziadka obecnego króla Hiszpanii) i jego angielskiej żony Wiktorii Eugenii spopularyzowały Santander. Wdzięczne miasto podarowało królowi piękny kawałek ziemi: półwysep La Magdalena, na którym w 1912 r. zbudowano neogotycki pałac (dziś mieści się tu Międzynarodowy Uniwersytet Menéndeza Pelaya z wakacyjnymi kursami dla obcokrajowców). W ślad za parą monarchów ściągała do Santander arystokracja i zamożne mieszczaństwo. Szybko powstały luksusowe hotele, restauracje i kasyno.

Atmosferę tamtych lat łatwo wyczuć na wysadzanej platanami nadmorskiej promenadzie Avenida de la Reina Victoria. Po drodze mija się stylowy hotel Real i Gran Casino del Sardinero, budowlę trafnie porównywaną do białego weselnego tortu. Bliżej centrum — Jardines de Pereda, park z palmami, muszlą koncertową i karuzelą. Przy Paseo de Pereda wznosi się imponujący gmach słynnego Banco Santander, rozdzielony ogromnym łukiem i podziemną galerią. Fasadę banku wieńczą alegoryczne figury Kultury, Sztuki, Handlu i Żeglugi.

Tuż przy nabrzeżu — grupka zabawnych golasów z brązu. Rzeźbiarz uwiecznił Los Raqueros, kilku- czy kilkunastoletnich złodziejaszków portowych, którzy sto i więcej lat temu kręcili się po Puerto Chico. Nurkowali w wodach zatoki, wyławiając monety wrzucane tam przez zamożnych spacerowiczów.

Gołąb na głowie

Belle époque? Owszem. Miejscami pachnie tu jednak całkiem czym innym. Plaza Italia — brzmi sympatycznie. Nie dla wszystkich. Plac nazwano tak w dowód wdzięczności dla faszystowskiej „siostry Italii” śpieszącej na pomoc oddziałom frankistowskim. Swoją ulicę w Santander ma także generał Emilio Mola, dowódca nacjonalistycznej Armii Północnej, która rozgromiła republikanów w Kraju Basków.

W największe osłupienie wprawia jednak przyjezdnych pomnik generała Franco na plaza del Ayuntamiento, głównym placu miasta. Ostatni wielbiciele kładą czasem u stóp dyktatora bukiet kwiatów. Ci, którzy nie darzą go uczuciem, oblewają koński zad czerwoną farbą i malują spra-yem napis „muérete!” (umieraj). Najczęściej jednak bezczeszczą monument gołębie, zuchwale lądujące na głowie generała.

Obok, na skwerku, biega z krzykiem dzieciarnia, młodzież gra na gitarach, a na ławkach przesiadują staruszkowie. Jedni za młodzi, żeby pamiętać, drudzy za starzy, żeby zapomnieć.

Pomnik wciąż stoi, choć od śmierci caudillo minęły 33 lata, a w ostatnim czasie, pod rządami socjalistów, podobne monumenty usuwano jak Hiszpania długa i szeroka. Dni brązowego jeźdźca z Santander są jednak policzone. Ma zniknąć jeszcze w tym miesiącu. Oficjalnie z powodu „przebudowy placu i budowy podziemnego parkingu”.

Bizony z Altamiry

Santillana del Mar, o 20 km na zachód od Santander, jest miniaturowym średniowiecznym miasteczkiem z brukowanymi uliczkami, ratuszem, klasztorami, cudowną romańską kolegiatą i kamiennymi rezydencjami z herbami arystokratów. Mówi się o niej, że ma w nazwie aż trzy kłamstwa. Nie jest ani święta (sant), ani płaska (llana), ani położona nad morzem (mar). Do morza trzeba dojeżdżać 4 km, ale to wczasowiczom najwyraźniej nie przeszkadza, przyjeżdżają tu tłumy.

Z okien i balkonów zwieszają się zielone kule dziwnej rośliny, która nie wymaga doniczek, ani ziemi. Do życia wystarcza jej wilgoć z powietrza. Na południu Hiszpanii szybko by uschła, w Kantabrii kwitnie. To clavel del aire — wietrzny goździk.

Mówi się o tej krainie, że przypomina dziurawy szwajcarski ser. Jest tu jakieś 6,5 tysiąca jaskiń. W pobliżu Santillany del Mar znajduje się prehistoryczna jaskinia Altamiry, odkryta przypadkiem w 1879 r., największa atrakcja turystyczna Kantabrii. Właściwie należałoby powiedzieć „była atrakcja” — od kilku lat jaskinia jest zamknięta dla zwiedzających i nie zanosi się na to, aby była dostępna w przyszłości. Wstęp do niej mają wyłącznie naukowcy. Turystom musi wystarczyć rekonstrukcja w Museo de Altamira — wierna, rzetelnie wykonana kopia słynnych rysunków naskalnych.

Barwne malowidła na stropie jaskini zadziwiają artyzmem, realizmem i znajomością anatomii. Przedstawiają stada zwierząt: bizony w ruchu, konie w galopie, łanie, sarny, koziorożce. Najwcześniejsze rysunki powstały 15 tysięcy lat temu. Wrażenie robią także obrysowane kontury i odciski dłoni — być może podpis artysty z paleolitu.

Ekscentryczne wykwity

Atrakcyjna i całkowicie oryginalna jest jaskinia El Soplao, 70 km na południe od Santander. Unikat, prawdziwy skarb geologiczny, odkryto dopiero w latach 70. po zamknięciu mieszczącej się tu kopalni rudy cynku i ołowiu. El Soplao ma 14 km długości, turyści chodzą po specjalnie przygotowanym kilometrowym korytarzu. Po drodze oglądają pięknie podświetlone stalagmity, stalaktyty i stalagnaty, czyli kolumny. Jedna z nich przypomina wieżę Babel ze słynnego obrazu Boscha, inna biskupa w mitrze, jeszcze inna, zwana Pochowanym Górnikiem, ma kształt wyraźnie falliczny.

Ze stropu jaskini zwieszają się przedziwne, fantastyczne nacieki, czasem podobne do rafy koralowej, a czasem do lodowych kryształów czy milionów płatków śniegu. Zupełnie białe. W innych jaskiniach bywają rzadkością, w El Soplao ciągną się kilometrami. Polska nazwa „wykwity aragonitowe” nie brzmi zbyt zachęcająco. Hiszpańska — excéntricos — znacznie lepiej. I oddaje istotę rzeczy: to naprawdę ekscentryczne formy. Niektóre wcale nie zwisają pionowo w dół. Beztrosko rosną w bok, poziomo, na przekór prawu ciążenia. Uczeni wciąż łamią sobie nad nimi głowę.

Elżbieta

Sawicka