Jaki kontrast! Szaleńcza zabawa spragnionych przestrzeni hord wdziera się na pogrążone w ciszy cmentarzysko, pustynię Namib. Ludzie i wydmy.
Księżycowe pejzaże kuszą ekstremalistów. Zjeżdżają z całego świata, by zmierzyć się z bezlitosną Namib. Rzucają się łapczywie na podbój kilometrów wydm — bez sprawdzenia swoich możliwości. Po rozgrzanym do białości piachu, niczym w kolosalnej piaskownicy, beztrosko szaleją zarówno 30-, jak i 50-latkowie.
Symbioza z tubylcami
Najstarsza pustynia świata — licząca 80 mln lat Namib — pochłania coraz większe połacie ziemi, wdzierając się w busz. Czas płynie tu rytmem wyznaczanym przez podmuchy palącego wiatru, nawiewającego tony piachu. Między wydmami bieleje sól, niesiona przez wicher z wyschniętych obszarów, które nie tak dawno były morzem. Gigantyczne diuny wypiętrzają się już na wybrzeżu Atlantyku, toteż nie uświadczy się tam pocztówkowych palm, a o słodkim leniuchowaniu na plaży z leżakami i drink-barem można pomarzyć.
W nadmorskim, kolonialnym miasteczku Swakopmund w Namibii, gdzie codziennie lądują turyści, już od wschodu słońca porywy słonego wiatru ścinają z nóg, wyżerając płuca i tak obolałe od żaru... Swakopmund (35 tys. mieszkańców) ma specyficzną lokalizację — tuż nad zwrotnikiem Koziorożca, dzieląc zachodnią granicę z Oceanem Atlantyckim i Zatoką Wielorybią.
Kuszące oferty nęcą od razu, na lotnisku — dwugodzinna wycieczka awionetką pozwoli docenić ogrom pustyni i podziwiać z powietrza prehistoryczne buszmeńskie malowidła. Da się nią dotrzeć do odległych pustkowi — krainy sępów. Takiej, jak wymarłe, zasypywane przez piaski miasteczko robotnicze Kolmanskop, gdzie straszą opuszczone przed pół wiekiem domostwa poszukiwaczy diamentów.
Wyjątkowym przeżyciem jest także noc w kurnej chacie z gałęzi, mułu i nawozu — u buszmenów, posługujących się językiem z grupy khoisan (mlaskowych). Ich cywilizacja zatrzymała się wieki temu, na poziomie prostych domostw oraz smarowideł z tłuszczu i gliny, chroniących ciało przed insektami i żarem słonecznych promieni.
Oswajanie nocy
Bratanie się z rdzenną ludnością wschodniej Namibii to nie mniejsze ekstremum, niż zapuszczanie się w głąb drugiego (po Wielkim Kanionie Kolorado w USA) największego kanionu świata — Fish River. To gardło liczy 162 km długości, 27 km szerokości i do 0,5 km głębokości. Skały prehistorycznej wyrwy mienią się tysiącami barw... Pierwsze punkty na koncie ekstremalisty: zejście do wnętrza kanionu (rozrywka wyłącznie dla wprawionych kondycyjnie, którym nie straszne parzące skały niedające ani skrawka cienia). To nieco ryzykowne, choć pamiętano o zabezpieczeniach w postaci łańcuchów i kamiennych wzmocnień na sypkich podłożach. Natura wynagradza zdesperowanych — ci, którzy ukończyli pieszą wycieczkę wzdłuż dna kanionu, zrelaksują się siarkowo-fluorową kąpielą w gorących źródłach Ai-Asi (do 60 stopni). O zmroku labirynt skał widziany z dołu zieje grozą — w świetle księżyca wysokie ostańce przybierają złowrogie kształty.
Mozolną wspinaczkę na gigantyczne, 300-metrowe diuny w parku Namib-Naukluft, również zaczyna się pod osłoną nocy. Wyruszamy z Sossusvlei na podbój wydm — długo przed wschodem słońca. Wdrapujemy się na wpół po omacku, by o brzasku podziwiać sinusoidalne kształty na piasku. Na szczycie czujemy się niby faraonowie spoglądający z wysokości piramidy — taka forma wydm przeważa w okolicy. Co półtora tygodnia wspinacze wpadają w mleczne, gęste mgły — to sprawka arktycznego Prądu Benguelskiego na Atlantyku, który — niestety — jest odczuwalny do 70 km w głąb lądu, czyli na całej szerokości pustyni. Mieliśmy szczęście. Nas to ominęło.
Smaczek rywalizacji
Swakopmund nie daje wytchnienia. Miasteczko stworzono na potrzeby fanów bird-watchingu, podglądających setki tysięcy flamingów, zbierających siły przed dalszym lotem w błotach Walvis Bay. Dziś jednak osada kipi hałaśliwymi atrakcjami — stała się centrum sportów ekstremalnych.
Wypożyczalnie czterokółek pracują na pełnych obrotach. Bo choć po wydmach można też surfować, czy jeździć rowerem, buksujące kołami quady najlepiej sprawdzą się w piaszczystym terenie. Decydujemy się i my na szaleńczy wyścig do linii oceanu. Żyły nabrzmiewają na zaciśniętych dłoniach, z trudem panujemy nad wierzgającą maszyną, furkoczącą zaciekle na stromych podjazdach. Tumany piachu, rewia powietrznych fal... Nie wiemy, co będzie, gdy zatrze się silnik, a piach zablokuje koła. Tracimy orientację, ile jeszcze zostało grzbietów do pokonania na pełnym gazie. W końcu zza gór pomarańczowego piachu wychyla się błękit oceanu. Niemal na pustym baku docieramy do Atlantyku.
Trasy lądowe przetarte — czas na paralotnię. Nie mamy kwalifikacji, ale rezygnacja z przelotu o własnych siłach nad bezkresem, który z takim trudem pokonaliśmy czterokółkami, wydaje się niestosowna. Próbujemy: 10-minutowy kurs szybowania musimy uznać za wystarczający. Plus podpatrywanie już lecących, którym wszystko wydaje się przychodzić z łatwością. Nie będziemy gorsi!
Kilkanaście metrów nad ziemią jest tylko nieznacznie chłodniej. Nie można się rozleniwiać w upale, zwinne ruchy i refleks pozwalają wyjść z powietrznych opresji — jak zderzanie się z dziesiątkami podobnych nam paralotniarzy. Zaletą tłumnego latania jest niewątpliwie to, że przy nagłym lądowaniu nawet zakopany w wydmie człowiek pozostaje w zasięgu wzroku innych. Intensywne kolory ubrań i paralotni też robią swoje. Wniosły życie w pustynię, zdynamizowały to popołudnie — tak samo monotonne jak popołudnia przed tysiącami, a może i milionami lat.
Na zmęczonych szaleństwami ekstremalistów czekają w pubach Swakopmund... niemieckie specjały. Golonki pałaszowane przy lekturze lokalnego „Allgemeine Zeitung” .
Czyste, bawarskie w klimacie miasteczko założyli niemieccy koloniści, sto lat temu, urządzający tu spektakularne polowania na dzikiego zwierza. Ich potomkowie kultywują zwyczaje z nad Łaby w afrykańskich realiach. Zaskakujące wymieszanie okoliczności…
Marta Nowak-Chalimoniuk
Foto: Autorka
Wiatr we włosach
czyli ostra jazda na pace
Do podróży na własną rękę po Namibii najlepiej nadaje się wynajęta sprawna terenówka, bo transport publiczny nie istnieje, nie wspominając o lichej sieci kolejowej. Mutacje ciężarówko-autobusów nie dość, że raczą pasażerów wonią kiepskiej polowej kuchni i zwałami brudu na brezencie, to w żaden sposób nie chronią przed tonami kurzu czy urywającym głowy wiatrem. Szczególnie uciążliwe jest w Namibii lato (od grudnia do marca). Planującym podróż zaleca się szczepienia przeciw żółtaczce i zabezpieczenie przeciw malarii. Najdogodniejsze połączenia z Namibią utrzymuje lotnisko we Frankfurcie.
Ile z kieszeni
czyli atrakcje Swakopmund
• wycieczki quadami po diunach z prędkością 35 km/godz (450 ZAR)
• sandboarding na zwykłej desce (od 250 ZAR), na desce snowboardowej (od 300 ZAR)
• skoki na spadochronie (od 220 ZAR)
• loty motolotnią (od 300 ZAR)
• tropienie jadowitych węży z herpetologami (w zależności od wielkości grupy — około 35 USD/os.)
• przeloty cessną nad pustynią (65-100 EUR w zależności od trasy i odległości)
• sky-diving pustynny — skok, samodzielny lub z instruktorem, z samolotu z lądowaniem na wydmach (od 25 USD)
• godzinny lot nad Wybrzeżem Szkieletów (90 EUR/os.)
• wjazd na teren parku Fish River Canyon kosztuje 2 USD/os. i 2 USD/samochód
• ponadto można grać w golfa, tenisa lub siatkówkę plażową, pływać łódką czy żaglówką po oceanie, jeździć konno
• inne wydatki: wiza — 30 USD (przy przekraczaniu granicy autem), wypożyczenie telefonu satelitarnego — 9 USD plus opłaty za rozmowy, wypożyczenie samochodu — od 20 USD/dzień, noclegi w Swakopmund — od 8 EUR/noc w pokojach kilkuosobowych (hostele, kwatery), 7-8 EUR na kempingu.
1 USD = 6,55 ZAR (rand).
