Podróż na Wschód

Aleksandra Więcka
opublikowano: 2005-06-24 00:00

Żeby przejechać kraj większy niż cała Europa potrzeba kilku miesięcy. Za to Radżastan — to Indie w pigułce. I do tego jeden z nielicznych obszarów, który możesz odwiedzić w czasie naszego lata.

Riksza, riksza, mister! Kiedy tylko wyjdziesz z lotniska w Delhi, uderzy cię fala dźwięków przedzierających się przez gęstą zawiesinę parzącego powietrza i smogu. Zaraz za nią — dziwne doznanie ciasnoty. Niezależnie od ilości miejsca Hindusi tłoczą się i napierają. Mister, mister! Musisz wybrać motorikszę albo taksówkę, którą pojedziesz do hotelu. Motoriksza to motor z przyczepką przypominającą namiot w kolorze żółtym lub złotozielonym. Mieszczą się w niej dwie osoby. Znajdziesz ten pojazd zawsze, kiedy potrzebujesz, a to najodpowiedniejszy środek poruszania się w tutejszym dzikim ruchu ulicznym, który nie słabnie nawet późno w nocy.

New Delhi, stolica Indii, w której prawie na pewno rozpoczniesz podróż, ma kilka wytwornych zakamarków, które przypomną ci o legendarnym bogactwie maharadżów — ale nie trafisz tam od razu. Powita cię raczej delhijska ulica. Sprzedawcy małych bananów rozłożonych na płachtach tuż pod nogami przechodniów, kopcące paleniska, na których smaży się pakory (maleńkie pierożki z nadzieniem z warzyw) albo hinduski chleb — naan. Śpiący na nagrzanych chodnikach biedacy. Uderzy cię mieszanina zapachów. Te pierwsze kilka minut pozwala mocno odczuć egzotykę miejsca, w którym właśnie się znalazłeś.

Wyprawa, nie wycieczka

Podróż po Indiach trudno traktować jak relaksujący urlop. To raczej prawdziwa podróż, o jakiej marzy się od dzieciństwa, ale bez dużej dozy luzu trudna do nazwania odpoczynkiem. Co chwila okazuje się, że nasze europejskie recepty na najprostsze czynności nie działają tu tak jak w domu. Choćby jedzenie — właściwie trudno znaleźć tu sklep spożywczy. Funkcjonują za to stragany z owocami, warzywami i mięsem. Ale szanse na to, że w kraju z tak smakowitą kuchnią zdasz się na własne przepisy, są raczej nikłe. Pytanie o drogę rikszarza też mija się z celem — właściwie w całych Indiach działa „rikszarska mafia”, która za zawiezienie turysty do określonego hotelu albo sklepu dostaje od właściciela pewien procent ceny wliczony w kwotę płaconą przez klienta. Walczyć z mafią się nie da, choć warto zachować czujność. Wielu rikszarzy zna podstawowe zwroty po angielsku, więc można (i trzeba) negocjować ceny przejazdu.

Najpierw stolica

W Delhi warto zatrzymać się kilka dni, zanim ruszymy w dalszą drogę. Choćby po to, by zahartować ciało i umysł, i zobaczyć atrakcje, jakie oferuje indyjska stolica, którą na tym samym miejscu budowano już sześć razy. Zabytki mieszczą się w Old Delhi. Pełne zanurzenie w tłum straganów z przyprawami, tanią biżuterią, oszałamiająco kolorowymi sari, owocami, mięsem, naczyniami i setkami innych rzeczy warto wykonać u stóp największego meczetu w Indiach — Jamma Masjid, przy Chandni Chowk. Jego dziedziniec może pomieścić 25 tys. wiernych! I drugie tyle gołębi, które co jakiś czas wzbijają się w niebo kreśląc arabeski nad dachem budowli z czerwonego piaskowca. I nie jest to jedna z martwych europejskich świątyń. Muzułmanie modlą się tam jak w każdym innym miejscu. Przed wejściem trzeba zdjąć buty i okryć odsłonięte części ciała. Można dostać specjalny fartuch, pod którym znikną szorty czy zbyt krótka spódnica. Czekający tam przewodnicy nie mają licencji, ale wielu z nich opowiada bardzo ciekawe historie. Warto posłuchać, ale wcześniej trzeba precyzyjnie ustalić cenę. Tuż obok znajduje się ogromny Czerwony Fort zbudowany przez dynastię Mogołów, z którego co roku, 15 sierpnia w rocznicę ogłoszenia niepodległości Indii, prezydent wygłasza przemówienie do narodu. Na miłośników mniej znanych atrakcji czeka Szpital dla Ptaków na terenie świątyni dżinistów. Wyznawcy tej religii nie tylko powstrzymują się od krzywdzenia wszelkich żywych istot — mnisi noszą na ustach przepaskę po to, by nie połknąć przez przypadek choćby muchy — ale mają też obowiązek o nie dbać. Właśnie dlatego do świątyni trafiają znalezione przez wiernych ptaki, które ucierpiały w miejskiej dżungli. Tu wracają do zdrowia, a potem wypuszczane są na wolność. Warto zwiedzić jeszcze położony w przepięknym ogrodzie grobowiec cesarza Hunayuny, wybudowany dla niego w połowie XVI wieku przez żonę Haji Begum, wybrać się na Connaught Place — główny punkt w centrum Delhi, gdzie znajduje się kilka restauracji i sklepów z rzeczami wyższej jakości niż na straganach Paharganj — czyli jednej z najbiedniejszych dzielnic w Delhi. To oczywiście nie wszystko! Ale ze zwiedzaniem Delhi jest tak jak ze zwiedzaniem Indii. Każdy sam musi znaleźć to, czego szuka, bo usiłowanie zwiedzenia wszystkiego, co polecają przewodniki, zmieni urlop w wyczerpujący rajd po zabytkach.

Uwaga na choroby!

Dokąd i czym wyruszysz z Delhi w dalszą drogę zależy od pory roku i ilości czasu, jaki możesz przeznaczyć na podróż. W każdym przypadku konieczne jest odpowiednie zabezpieczenie przed chorobami, na które europejski organizm nie jest odporny. Najczęstsza przypadłość to kłopoty żołądkowe. Może je spowodować jedzenie brudnych owoców, stołowanie się w niesprawdzonych miejscach, a także niemycie rąk przed jedzeniem. Dlatego koniecznie trzeba zabrać ze sobą leki przeciw biegunce, ale także nospę lub inny lek rozkurczowy. Wszelkie owoce i warzywa trzeba obierać lub myć w wodzie butelkowanej (przed zakupem sprawdzić, czy foliowa banderola jest nienaruszona, zdarza się że właściciele sklepów traktują plastikowe butelki jako naczynia wielokrotnego użytku). W najgorszym wypadku można zarazić się amebozą lub cholerą. Przed wyjazdem czeka nas także zestaw szczepień. Obowiązkowo — szczepienia przeciwko żółtaczce A i B, które należy zacząć 2 miesiące przed wyjazdem (przyjmuje się 3 porcje leku, pierwsze dwie, konieczne przed wyjazdem w odstępie miesiąca), błonicy, tężcowi i durowi brzusznemu. Wykonują je placówki sanepidu w większych miastach.

W czasie europejskiego lata w Indiach przypada pora deszczowa, z tym że monsun nie przynosi deszczu nad cały kraj równocześnie. W lipcu i sierpniu lepiej nie zapuszczać się zbyt głęboko na południe Indii, do Bangladeszu albo na Goa. Chociaż opady mają różną intensywność (tak, tak, wbrew legendom rzadko zdarza się trwająca wiele dni ściana deszczu — zwykle pada intensywnie przez około godzinę, dwie dziennie), leżenie na mokrej plaży nie należy do przyjemności. Dodatkowo, przy dużej wilgotności powietrza wzrasta ryzyko zarażenia przenoszoną przez moskity malarią. Nie ma szczepionki chroniącej przed tą chorobą. Można jedynie zażywać tabletki łagodzące jej przebieg. Niestety mają one dość nieprzyjemne skutki uboczne (niektórzy skarżą się nawet na halucynacje!), a przez 6 miesięcy po ich przyjęciu nie wolno zajść w ciążę.

Indie w pigułce

Dobrym wyborem na niezbyt długą (3-4 tygodniową) podróż jest Radżastan. W czasie naszego lata jeszcze tam nie pada, a wycieczka przez ten region to prawdziwa podróż w przeszłość. Wyjeżdżając z Delhi, warto zahaczyć o Agrę, która administracyjnie należy do Uttra Pradesh — ale nie zobaczyć Taj Mahal to niemal grzech. Można tam dotrzeć w dwie godziny nowoczesnym Shatabdi Express lub Taj Express. Piękny marmurowy grobowiec, nazywany największym pomnikiem miłości wszechczasów, zbudowany przez Szacha Jahana dla ukochanej żony Mumtaz Mahal, która zmarła w połogu czternastego dziecka władcy. O wschodzie słońca biały marmur zabarwia się na różowo. Legenda mówi, że to widok, który towarzyszył Jahanowi w ostatniej drodze. Uwięziony przez własnego syna, spędzał całe dnie na kontemplacji tego cudu architektury. W Agrze nie warto zostawać długo. Właściwie należałoby jak najszybciej uciec z tego kłębowiska turystów! Można próbować znaleźć spokój wybierając się do Fatehpur Siki. Miasto założył w XVI wieku potężny władca z dynastii Mogołów — Akbar i uczynił z niego stolicę swojego imperium. Do dziś zachował się wspaniały pałac z czerwonego piaskowca wraz z niezliczonymi dziedzińcami. Jednak zaraz po śmierci sułtana mieszkańcy opuścili miasto, którego nie sposób było zaopatrzyć w odpowiednią ilość wody. Teraz pośród gorących murów słychać tylko szepty turystów, a kiedy dobrze się rozejrzeć — w pogmatwanych kapitelach kolumn można wypatrzeć śpiące nietoperze. Do Fatehpur Siki najlepiej dojechać z Agry taksówką dzieloną z innymi turystami. Czasem wyjazdy organizują hotele i pensjonaty.

Śladami Bonda

Dalszy etap podróży można rozpocząć z Agry. Kilka godzin autobusem (w Indiach „krótka” podróż między miastami trwa 6-8 godzin) po piaszczystych drogach i już jesteśmy w Jaipur.

W tym miasteczku warto zostać choćby kilka dni, bo tu właśnie zaczynają się Indie takie, jakie wyobrażaliśmy sobie jeszcze w samolocie. Brzoskwiniowe budynki, pomalowane tym kolorem na znak gościnności, ciągną się wzdłuż wąskich uliczek prowadzących do wspaniałego pałacu maharadży. Większa jego część należy dziś do państwa i jest dostępna dla turystów, ale w oddzielonych od dziedzińca murem dawnych zabudowaniach haremu mieszka obecny maharadża z rodziną. W pałacu można zobaczyć kolekcję rydwanów konnych, ubiorów królewskich (w tym szatę z muślinu tak cienkiego, że choć zużyto na nią 16 metrów materiału, podobno po złożeniu mieści się w pudełku od zapałek) i sztuki, a przede wszystkim wspaniałą bramę pawi ozdobioną bogatą mozaiką. Potem można wspiąć się na zegar słoneczny, bo tuż obok znajduje się niezwykłe obserwatorium astronomiczne Jantar Mantar zbudowane przez Jaia Singha w 1728 roku. Niedokładność pomiarów prowadzonych za pomocą ówczesnych przyrządów tak zirytowała astronoma amatora, że aby zwiększyć precyzyjność narzędzi, polecił je powiększyć do rozmiarów przeciętnego bloku mieszkalnego! Z Jaipur prosta droga prowadzi do Udaipur. Warto zmierzyć się z trzęsącym autobusem zatłoczonym do granic możliwości i kurzem wdzierającym się przez otwarte okna. Chociaż wiele autobusów ma klimatyzację, nie jechałam ani jednym, w którym udałoby się ją włączyć! Miasteczko czekające nas na końcu tej wyprawy do dziś żyje przygodami Jamesa Bonda. Pamiętacie „Ośmiorniczkę”? Kręcono ją właśnie w Udaipurze i tu możecie obejrzeć ją codziennie. Punktualnie o dwudziestej we wszystkich chyba restauracjach kelner uroczyście naciska „play” i całe miasteczko wypełnia się wibrującą melodyjką. Między stolikami nie przechadza się Pierce Brosnan, ale to, co można zjeść w tutejszych restauracjach, dorównuje ucztom agenta 007.

Wszystkiego po trochu spróbujesz, jeśli zamówisz thali — zestaw sosów, mięsa, pieczywa i słodyczy w tradycyjnych smakach. Po seansie warto zobaczyć hotel Lake Palace na jeziorze Pichola otoczonym pasmem jednych z najstarszych gór na świecie — zielonymi Aravali. To tu właśnie Bond oddawał się rozkoszom stołu wartymi podobno każdej ceny. Kiedy jezioro pełne jest wody (co nie jest wcale oczywiste od kilku lat monsun przynosi w te rejony bardzo niewielkie opady, więc jezioro bywa niemal całkowicie wyschnięte), widać, że okazały budynek stoi na wyspie, do której cumować mogą tylko hotelowe łodzie. Wewnątrz znajdują się sadzawki z lotosami i maleńkie ogrody. Pokój kosztuje od 275 do 900 dolarów, ale trzeba rezerwować odpowiednio wcześniej. W Udaipurze warto też wybrać się na pokaz tradycyjnych tańców radżastańskich. Na dziedzińcu Dharohar co wieczór piękne dziewczęta tańczą na szkle lub utrzymując na głowie garnki z płonącymi węglikami.

W oparach bhang

Opuszczając Udaipur, trzeba przygotować się na wyczerpującą jazdę po serpentynach w kierunku Jaisalmer. Po drodze warto zatrzymać się w niewiarygodnej świątyni dżinistów w Ranakhpur. Zanurzony w ogrodzie kompleks to święte miejsce dla wyznawców tej religii, poświęcone mędrcowi Mahawirze nakazującemu współczucie dla wszystkich istot. W głównym budynku (do którego nie mają wstępu kobiety, które mają okres) naliczono 1500 rzeźbionych marmurowych kolumn, z których żadna się nie powtarza. Na świątynię warto zarezerwować sobie kilka godzin, a potem ruszyć dalej, bo w okolicy nie ma gdzie się zatrzymać na noc. To męczące, ale kiedy otworzy się przed przednią szybą autobusu bezkresna pustynia Thar, na której obrzeżu przycupnęło najodleglejsze maisto Radżastanu — Jaisalmer, odetchniemy. Pustynny klimat sprawia, że jawi się jak fatamorgana. Stary fort, który wszędzie byłby biletowanym zabytkiem, tu jest centrum miasta. W uliczkach tętni życie. Rozkładają stragany handlarze antyków (nie zawsze tak starych jak na to wyglądają), narzut, kobierców i ubrań — których zresztą do Indii nie opłaca się zabierać zbyt wiele. W każdym hotelu można oddać je do prania, które świeże, pachnące i wyprasowane dostaniemy z powrotem w ciągu 24 godzin.

W forcie warto przyjrzeć się Havelom — dawnym rezydencjom zamożnych mieszkańców, które robią wrażenie jakby wykonano jej z piaskowej koronki. Trzeba też wybrać się na surrealistyczną przejażdżkę rowerem wodnym (najpiękniejszy jest ten w kształcie błękitnego łabędzia) po zbiorniku Gadi Shagar, dawniej służącym jako zapas wody dla miasta. Arkadowe dziedzińce i brama na brzegach zostały podobno zbudowane przez słynną kurtyzanę, która zrobiła to wbrew zakazowi sułtana, umieszczając wewnątrz świątynię Krishny, której władca nie mógł zburzyć. Tej i innych historii można posłuchać w jedynym w Indiach legalnym bhang-shopie — odpowiedniku amsterdamskiego cofeeshopu. Bhang to pochodna marihuany, indyjski specyfik dodawany do wszystkiego, co w nazwie ma „special”. W Jaisalmer można spróbować przyprawionych w ten sposób ciasteczek i lassi — tradycyjnego napoju z jogurtu. A potem — zrelaksować się i zapomnieć, że niedługo trzeba wracać do domu.

Możesz zainteresować się również: