POLKI ®

Wojciech Surmacz
opublikowano: 26-05-2006, 00:00

Serca firm. Na pozór — wredne. Szczęściary: biznes im idzie jak z płatka... Feminizm?

— Śmieszne. Kiedyś ambasador USA zapytał mnie: jak się czuje w Polsce kobieta? Odpowiedziałam: a jak ma się czuć? Świetnie! Kazimiera Szczuka nazwała mnie nawet antyfeministką! — Beatę Gessel-Kalinowską vel Kalisz najwyraźniej bawią te kwestie.

Poczucie stłamszenia przez rodzaj męski? Gdy Jolanta Zwolińska słyszy taki tekst — wścieka się. Dla niej to chore:

— Kobiety walczące o równouprawnienie są zakłamane. Chcą pracować w hucie? Może jeszcze w ciąży? Istnieją różnice biologiczne i psychologiczne, które zawsze będą nas odróżniały od mężczyzn. Na szczęście!

Dla sióstr Lidii Kality i Mai Palmy dyskryminacja ze względu na płeć to w ogóle jakiś kosmos. Nigdy nie miały z tym do czynienia… Co więcej:

— Transakcje z kobietami przebiegają szybciej i sprawniej. Jesteśmy konkretne! — Maja Palma jest pewna siebie.

— No i faceci kłamią — dolewa oliwy do ognia Lidia Kalita.

A kobiety nie?

— W biznesie rzadko. W relacjach damsko-męskich bywają nieszczere.

Musiała nawywijać

Czasami sobie dworuje: „Jestem Beata Gessel etc.”. Z domu Skaryszewska. Po drugim mężu dodała do nazwiska Kalinowska vel Kalisz.

— Był jeden rozwód — i na tym poprzestańmy — ucina.

Mówi, że w czepku się urodziła. Lubi prawo i lubi rządzić. Dyplom zrobiła na Uniwersytecie Warszawskim w 1989 roku — indywidualny tok nauczania ze specjalizacją międzynarodowe prawo handlowe. Ciężko pracowała na studiach. Sporo zarabiała jak na tamte czasy — miesięcznie jakieś 500 dolarów. Przy okazji język angielski szlifowała. Była pilotem w Orbisie.

— Wycieczek, nie bombowca! — żartuje.

Prawo zafrapowało ją już w wieku 10 lat. Pasjami oglądała serial „Pogoda dla bogaczy”.

— Grała tam taka prawniczka, Megi. Chodziła z teczką i była super — wspomina Beata Gessel.

Przez całe liceum interesowała się prawem rzymskim. Potem jej się przejadło i padło na międzynarodowe. Pierwsza praca: szefowa działu prawnego w firmie doradczej Proinvest International. Kolejny szczebel kariery: to samo stanowisko w polskim oddziale Arthura Andersena. Stamtąd podkupiła ją międzynarodowa kancelaria Weil, Gotshal & Manges — dla wielu młodych adeptów prawa do dziś szczyt marzeń. Był 1992 rok. Zrobiła aplikację radcowską — i cześć pieśni. Trąciło skandalem. Jako jedna z pierwszych niepokornych odeszła z zagranicznej firmy prawniczej. Wieść gminna niosła, że Gesselowa coś musiała nawywijać. Prawda była taka, że chciała się rozwijać, pójść na swoje. Wszyscy wokół wieszczyli jej drobną kancelaryjkę i miałkie sprawy. W 1993 r. otworzyła kancelarię. Chciała pracować jeden na jeden — czyli ona i sekretarka. Nie dała rady — za dużo spraw. Doszła do wniosku, że trzeba stworzyć dużą, prężną, polską kancelarię. I wzięła się ostro do roboty. Przez kilka dobrych lat nie miała weekendów.

— Niedawno była u mnie pani, która pisze pracę o kobietach w biznesie. Padło pytanie: ile czasu poświęcam na pracę w kancelarii? Myślę, że 10 godzin dziennie na pewno.

Po drodze doszli wspólnicy. Dziś ma ich trzech: Leszek Koziorowski, Dorota Bryndal i Christian Schmidt. Firma działa w formie spółki komandytowej. To jedna z największych kancelarii prawnych w Warszawie — duży prestiż. Specjalizuje się m.in. w obsłudze transakcji finansowych, fuzji i przejęć, funduszy venture capital, rynku papierów wartościowych, inwestycji zagranicznych. A Beata Gessel-Kalinowska vel Kalisz to chyba najbardziej eksponowana pani mecenas w Polsce. Taki samotny jeździec w męskim gwiazdozbiorze prawników.

— Ale to fajnie! — nie kryje satysfakcji wezwana do tablicy.

Złoty środek

Wielkie pieniądze. Nigdy nie były celem Jolanty Zwolińskiej. Nie umie patrzeć na życie przez taki pryzmat. To dla niej środek:

— Potrafię dołożyć bardzo drogi komponent do kosmetyku tylko po to, by klientki mogły z niego korzystać. Oczywiście firma musi mieć zysk. Inaczej się nie rozwija. Pieniądze to napęd, oczywisty mechanizm.

Życie w zbytku?

— Nic z tych rzeczy. I nie lubię snobizmu — dokłada pani Zwolińska.

Kobieca próżność…

— A co to jest? — czuje się zaskoczona Beata Gessel-Kalinowska vel Kalisz.

Ciuchy? Odpadają. Dwa razy w roku wybiera się na zakupy w Deni Cler. Wszystko jest przygotowane. Nie lubi przymierzać. Po godzinie się nudzi, naprędce coś wybiera i wybiega.

— W tym aspekcie wolę polegać na innych — przyznaje bez bicia.

Lubi dobrze zarabiać?

— Od dziecka! W wieku 7 lat powiedziałam mamie, że sama będę prowadzić swoje finanse i nikt mnie nie będzie rozliczał. Pieniądze zawsze były dla mnie czynnikiem decydującym o niezależności — podkreśla pani Beata.

Maja Palma i Lidia Kalita nie wierzą ludziom twierdzącym: „Należę do elity — jestem ponad, gardzę kasą”. Tak zwykli mawiać np. polscy muzycy po kolejnej nieudanej płycie…

— Zawsze otwarcie mówię: lubię zarabiać pieniądze. Są potwierdzeniem sukcesu — zaznacza Maja Palma.

— Szczególnie w sztuce użytkowej. Ona żyje w ludziach. Wysoki poziom sprzedaży to wielka satysfakcja! — nie ma wątpliwości Lidia Kalita.

Maja Palma dodaje:

— Człowiek, który na interview mówi, że pieniądze są dla niego nieważne, nie dostanie u nas pracy. To dla mnie nieszczere.

Lidia Kalita uzupełnia:

— I mierzi nas nowobogactwo. Nie „obnosimy się” i bardzo nie lubimy, kiedy ktoś to robi.

Na przekór

Prostolinijna. Ma w życiu szczęście… Skończyła biologię na Uniwersytecie Warszawskim. Robota w laboratorium była jej marzeniem. Nie widziała siebie absolutnie w innej dziedzinie. Po studiach pierwsze wielkie rozczarowanie — brak pracy. Zarejestrowała się w urzędzie zatrudnienia. Dostała się do instytutu naukowo-badawczego. Była asystentką. I marzenia prysły.

— Pracowałam przy badaniach z dziedziny mikrobiologicznej. Wszystko podporządkowane wytycznym politycznym — wyniki na zamówienie. Nie było ani satysfakcji zawodowej, ani pieniędzy — wspomina Jolanta Zwolińska.

Potem stan wojenny. Cios między oczy. Odeszła z instytutu — w nieznane. Wiedziała tylko, że musi robić coś, na co będzie miała wpływ. Krótko pracowała w małej, prywatnej wytwórni kosmetyków. Spotkała branżowych technologów, chemików — ludzi, którzy w tej dziedzinie świetnie się poruszali.

— Wtedy jakby we mnie piorun strzelił. Doszłam do wniosku, że zaryzykuję — wspomina.

Najbliżsi odradzali. Zrobiła im na przekór.

— Nie należę do ludzi, którzy w trudnych chwilach nad sobą się rozczulają — twardo klaruje pani Zwolińska.

W 1984 r. namówiła rodziców do zamiany mieszkania na mniejsze. Pod młotek poszła też biżuteria rodowa i co cenniejsze książki z biblioteczki rodzinnej. Za zgromadzone pieniądze założyła firmę Soraya. Najpierw sama, potem wzięła wspólnika. Dokumenty nosiła w foliowej siatce. Marzyła o skórzanej torbie…

— Głęboka komuna. Nie było nic. Wszystko robiliśmy na oślep. Mogłabym o tym książkę napisać.

Gdy odchodziła — po 10 latach — Soraya była największą polską firmą kosmetyczną. Odsprzedała udziały wspólnikowi. Powstał konflikt. Nie chciała produkcji masowej i tanich kosmetyków. Widziała przyszłość w tworzeniu mocnej marki ekskluzywnej. Tylko tak, jej zdaniem, można było stawić czoła nadchodzącym koncernom zachodnim:

— Zawsze miałam jakąś taką intuicję.

W 1994 roku założyła firmę Dermika — z grupą sześciu osób, które odeszły wraz z nią ze spółki Soraya. Jolanta Zwolińska zagrała vabank. Wydała wszystko, co miała. Ile?

— Około 100 tys. dolarów. Wtedy to był poważny majątek. Istniało ryzyko... Rzuciliśmy się w przepaść rynku głową w dół. Z nadzieją, że się może o coś zahaczymy po drodze.

No i się zahaczyli. W wachlarzu Dermiki znajduje się dzisiaj ponad 200 produktów. Z czego blisko połowa to najdroższe polskie kosmetyki z najwyższej półki — z powodzeniem konkurujące z ekskluzywnymi międzynarodowym markami selektywnymi.

— Miałam wielkie szczęście w życiu. Przyszło mi żyć w fantastycznym okresie dla rozwoju kosmetologii. Ta dziedzina tworzyła się na moich oczach. Teraz to wielki przemysł. Ale gdy zaczynałam, na całym świecie to wszystko raczkowało — uśmiecha się Jolanta Zwolińska, prezes Dermiki.

Z przytupem

Styl zarządzania…

— Nauczają o nas na wyższych uczelniach. Dostajemy zaproszenia na wykłady. Stałyśmy się wzorcem — raczej nie dziwi się Maja Palma.

Prowadzi firmę odzieżową. Wspólnie z siostrą. Mają wspólną pracownię — stół w stół. Jak się dogadują?

— Wszyscy o to pytają! W końcu ktoś zapeszy! — śmieje się Lidia Kalita.

— Sztuka kompromisu. Czasami się kłócimy. Na przykład o wielkość wzorów kwiatków na najbliższy sezon. Wtedy trzaskanie drzwiami, cicha godzina… — nie ma nic do ukrycia jej siostra.

— Nie możemy się pokłócić na dłużej. Ciąży na nas zbyt duża odpowiedzialność. Zatrudniamy ponad 90 osób. Trzeba na koniec miesiąca wypłacić pensje — tu Lidia brzmi bardzo poważnie.

Maja w podobnym tonie:

— Jesteśmy twarde. Trzymamy firmę silną ręką. Takie zarządzanie z przytupem. Nie ma zmiłuj. Ostro. Niekoniecznie awantury. Ale obie potrafimy głośniej krzyknąć. Wymagamy dużo od siebie, ale od innych też.

Beata Gessel rządzi. Intuicyjnie. Mówi, że ma taki bardziej transakcyjny temperament. Denerwują ją podręczniki. Zresztą środowisko prawnicze jest tak specyficzne, że ciężko je ująć w poradnikowych ramach.

— Ostatnio przy wezwaniu na zakup Jelfy siedzieliśmy 56 godzin bez przerwy. Kocham tę adrenalinę! — woła szefowa kancelarii Gessel.

I dodaje, że bardzo się stara, by podwładni ją lubili. Tylko kiedy ich zwalnia, to chyba jej nie lubią. Ale to raczej sporadycznie…

Według Jolanty Zwolińskiej prowadzenie firmy to nie tylko roześmiany personel i jedno wielkie pasmo sukcesów. Największą sztuką jest umieć się wygrzebywać z dołków, w które się nieustannie wpada:

— Największe problemy bywają z ludźmi. Raz zostałam oszukana. Człowiek, któremu bardzo ufałam... Pracował u mnie i jednocześnie budował własną firmę. Na bazie danych, które wynosił z Dermiki. Nic mu z tego nie wyszło, ale szok był straszny. Wierzę ludziom. Nie umiem inaczej. Preferuję otwarty styl zarządzania. Nie stoję nad nikim z batem. Ale jak trzeba — też tupnąć potrafię.

Bajka dla kobiet

Od małego uwielbiały się stroić, projektować ubrania. Szyć.

Lidia:

— Przy czym ja zupełnie szyć nie umiem. Zawsze jak coś wymyśliłam, musiałam prosić Maję. Ona zawsze świetnie szyła.

Lidia skończyła Wydział Projektowania Ubioru na łódzkiej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych. Maja — Wydział Budownictwa i Architektury na Politechnice Łódzkiej. Zaczęło się od targów w Düsseldorfie.

Lidia:

— Pojechałyśmy tam z siostrą. Okazało się, że nasza kolekcja cieszy się dużym zainteresowaniem. Pomyślałyśmy, że może warto by coś zrobić razem.

W 1993 roku stworzyły markę Simple. Otworzyły sklep z dzianinami w centrum stolicy przy ulicy Mokotowskiej. Strzał w dziesiątkę! Kolejki spragnionych modnych ciuchów kobiet ciągnęły się aż do ulicy Pięknej. W mediach zawrzało. Błyskawiczny sukces.

Maja:

— Na początku lat 90. Polka wyszła z domu. Wkroczyły zachodnie koncerny, narzucały styl — długość spódnic, kolory. Kobiety zaczęły pracować w profesjonalnie urządzonych miejscach. Siłą rzeczy musiały ładnie wyglądać — garnitury, spódnice... Potem zaczęły podróżować. Też wymóg. Ubrania powinny jakoś wyglądać. Inaczej w samolocie, inaczej w samochodzie. Nie mogą się gnieść. Tkaniny muszą być lepsze…

Lidia:

— Przyszło nam w bardzo ciekawych czasach otwierać ten biznes.

Maja:

— Początek kapitalizmu. Wszystko się tworzyło. Nie miałyśmy porównania. Nie było z kim. Nie było wzorców. Biała kartka do zapisania.

Lidia:

— Simple to dla nas cały czas poligon doświadczalny.

Siostry wnikliwie obserwowały rzeczywistość. Starały się odpowiadać na pytanie: czego potrzebuje współczesna kobieta? Tak zmieniały się czasy i kolekcje Simple — stawały się coraz bardziej kompleksowe. Firmowych sklepów było coraz więcej. I wzorów — dzisiaj jest ich około dwustu w jednym sezonie. Poczynając od garniturów, bluzek i T-shirtów, kończąc na swetrach.

Maja:

— Zawsze miałyśmy wizję: ma być dobrze i ekskluzywnie.

Lidia:

— Jesteśmy bardzo blisko życia. Opowiadamy kobietom bajkę. Pokazujemy im świat kolorowy. Sprawiamy przyjemność. Udaje się.

Maja:

— Staramy się, by nasze kolekcje były spójne i konsekwentne. Jak klocki lego. Tego trzymamy się do dzisiaj. I dlatego trwamy.

Mężowie właścicielek firmy Simple zajmują się nieruchomościami. Na początku podchodzili do pasji żon na zasadzie: „Dobrze, że mają zajęcie”. Ale jak kolejki zaczęły ustawiać się po ubrania marki Simple, zmienili zdanie. Są bardzo ważną siłą doradczą. Pomagają w tworzeniu sklepowej sieci — negocjacje umów najmu, najlepsze lokalizacje — to ich udział w odzieżowym przedsięwzięciu.

Siostry krzyczą zgodnym chórem:

— W tym względzie bardzo wiele im zawdzięczamy!!!

Szuflada psychopaty

Przyjemności? Motto w witrynie internetowej firmy Simple: „Należymy do nielicznej grupy osób szczęśliwych, dla których praca jest hobby”. Maja Palma i Lidia Kalita żyją tym.

Lidia:

— Zjechałyśmy kawał świata. Ostatnio? Zanzibar, Tanzania, Maroko…

— Wyjeżdżamy razem z rodzinami na 2-3 tygodnie. Dwa razy do roku. Wiosną i jesienią. Podróże to inspiracje do pracy. Czasami może nawet niebezpośrednie. Podświadomie człowiek się naładuje egzotyką miejsca, architekturą, nasiąknie zapachami. Potem gdzieś przy biurku te klapki się otwierają — wchodzi siostrze w słowo Maja.

Te bardziej przyziemne?

Lidia:

— Uwielbiamy dobrą kuchnię! Gotujemy same. Z wypraw przywozimy przyprawy. Mam taką szufladę psychopaty pełną mieszanek z całego świata…

Maja:

— A ja się delektuję muzyką i lubię szybko jeździć. Niestety, mam kilka mandatów…

Beata Gessel też lubi gotować. Szczególnie piec. Na przykład amerykańskie brownie — gęste ciasto czekoladowe. Albo bananowe — Barbara Lundberg ją nauczyła.

— No i na koniec wyszło: gotuje, sprząta. Baba! — zaśmiewa się zarządzająca kancelarią Gessel.

A tak poważnie? Sztuka współczesna ją kręci! Właśnie jest wystawa Rafała Malczewskiego w Muzeum Narodowym. Bardzo go lubi. Wspaniały artysta. Sama kiedyś kupiła jego obraz. Jeszcze nie był taki sławny. Przy okazji wystawy wyczytała, że żyła kiedyś na Podhalu Helena Rojówna-Ryttardowa. Góralka. Pisała dramaty. Miała cztery klasy szkoły podstawowej. Kompletnie o niej zapomniano. A podobno jej sztuki cieszyły się sporą popularnością. Miała ponoć decydujący wpływ na pisanie libretta do „Harnasi”…

— Ale największa moja pasja to góry. Nasze Tatry! Tam się nawet osadziłam. Dom pobudowałam. Niektórzy mówią, że to cerkiew, inni, że meczet. Jeszcze inni, że to dom Gargamela. A on po prostu łączy w sobie elementy architektury witkiewiczowskiej, Gaudiego i „Gwiezdnych wojen” — śmieje się szczerze pani Beata.

Książki. Bez nich Jolanta Zwolińska sobie życia nie wyobraża. Ostatnio „połknęła” „Szaleństwa Brooklynu” Paula Austera. Nie ma czasu czytać na co dzień. Czyta, gdy ucieka. Do Ciechocinka. Na tydzień. Jedna książka dziennie. Zaczyna rano, w nocy kończy. W przerwach — gimnastyka i pływanie.

— Ukrywam przed wszystkimi termin wyjazdu. Nikogo nie uprzedzam — nawet męża, choć bardzo się kochamy. Ten czas samotności jest mi bardzo potrzebny. Nie nudzę się ze sobą — wyjawia swój sekret właścicielka Dermiki.

I jeszcze jedno: kocha Stany Zjednoczone. Nieprzytomnie:

— Jeździmy z mężem. Na kongres kosmetyczny. Co roku organizują go w innym miejscu. Dla mnie to kultowe miejsce. Wokół kongresu budujemy sobie dwa tygodnie wakacji. Czekam na to wydarzenie cały rok. Tam szukam inspiracji, zdobywam wiedzę.

Niezła jazda

Jolanta Zwolińska dobrze sobie radzi z mężczyznami. Kiedyś musiała męża przekonać do psa. Żadnej rasy. Znajda. Akcję przeprowadziła w białych rękawiczkach:

— Pies wabi się Gaweł. Mój mąż ma na imię Paweł. Bardzo się polubili…

Beata Gessel też nie ma problemów z facetami. Bardziej z naturą kobiecą:

— Jest taki mecenas Gromek. Jeden z najwyższych mecenasów, jakich znam. Wielki gość z tubalnym głosem. Wystarczy, że wejdzie i huknie: dzień dobry!!! Wszyscy wiedzą, że to autorytet. A ja muszę swoim piskliwym głosikiem z 15 minut odbębnić, żeby się wszyscy zorientowali, co tu robię. Zawsze temu Gromkowi zazdrościłam…

— No, jest problem. Chyba są mniej odporni — uśmiecha się Lidia Kalita.

Mówi, że zna pewnego prezesa, który w ciężkich chwilach jeździ na hulajnodze — trójkołowej. Krawat, marynarka i szoruje jak opętany wkoło firmy tym swoim wehikułem. Niezła jazda…

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Wojciech Surmacz

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu