Premier nominat Marek Belka, nawet gdyby obiecał brylantowe gruszki na wierzbie (złote już były), szanse na uzyskanie wotum zaufania od parlamentu, w pierwszym podejściu, ma tylko teoretyczne. Ale, po nieudanej próbie stworzenia rządu parlamentarnego, w trzecim podejściu (drugim swoim) może jednak zostać prawdziwym premierem, a jego rząd stać się prawdziwym rządem. Strach posłów przed wcześniejszymi wyborami, przed ich niepewnym wynikiem, może bowiem przeważyć.
Rząd zaczyna urzędowanie, kończy się przesilenie rządowe. Rynki finansowe, na bieżąco wyceniające sytuację polityczną, reagują pozytywnie: złoty się umacnia, spada rentowność bonów, Ministerstwo Finansów nie ma większych problemów z ulokowaniem kolejnych emisji bonów skarbowych. Rząd przystępuje do pracy, koncentrując się — zgodnie z zapowiedzią — na reformowaniu finansów publicznych, przygotowywaniu założeń budżetowych na rok przyszły, tworzeniu warunków do absorbowania środków unijnych, na prywatyzacji.
Ale miesiąc miodowy kończy się bardzo szybko. Siedemnastu członków rządu ma coraz większe trudności w porozumieniu się między sobą, z jedyną blondynką w swoim gronie, która ma jednak pełnić rolę lewicowego sumienia rządu. O porozumieniu z parlamentem nie może być mowy. Każda propozycja jest blokowana, plan Hausnera staje się dokumentem archiwalnym, rząd traci zdolność do wypracowywania decyzji o dłuższym horyzoncie. Rząd trwa, ale nic z tego nie wynika. Złoty traci na wartości, inwestorzy odchodzą z naszego rynku... Stracono kilka miesięcy. Konieczne stają się wybory.