Potyczki skarbników z rządem

Jacek Kowalczyk
opublikowano: 23-09-2010, 00:00

Rząd powinien przyjrzeć się własnym finansom, zamiast zrzucać winę za rosnący dług na nas — mówią samorządowcy.

Minister finansów oskarża samorządy o nakręcanie długu publicznego. W miastach i województwach zawrzało

Rząd powinien przyjrzeć się własnym finansom, zamiast zrzucać winę za rosnący dług na nas — mówią samorządowcy.

Jacek Rostowski, minister finansów, przywołuje samorządy do porządku.

— Ich dług mnie martwi. Mamy problem, bo odpowiadamy wobec Komisji Europejskiej za całość długu sektora finansów publicznych, w tym samorządów. One w poprzednim i bieżącym roku zaczęły się bardzo zadłużać — mówił Jacek Rostowski w radiu TOK FM.

Pogroził też palcem. Zaznaczył, że rząd nie ma na razie instrumentów, by ten przyrost długu powstrzymać, dlatego "musi przejść do tworzenia ram prawnych", by te instrumenty wypracować.

Przyganiał kocioł…

Samorządowcy nie kryją oburzenia.

— Mamy dosyć słuchania oskarżeń ze strony ministra Rostowskiego. Zapomina dodać, że długi samorządów to znikoma część publicznego długu. Rząd zadłuża się na znacznie szerszą skalę, a nas krytykuje — mówi Stanisława Kozłowska, skarbniczka Białegostoku.

Zadłużenie samorządów stanowi obecnie około 6 proc. długu państwa. To mniej niż połowa tego, co rząd Donalda Tuska pożyczy tylko w bieżącym roku.

— Rząd w szybkim tempie zadłuża państwo, a minister finansów odpowiedzialność za to próbuje zrzucić na samorządy — mówi Piotr Uszok, prezydent Katowic.

Faktem jest jednak, że dług samorządów szybko rośnie. Na koniec pierwszego półrocza 2010 wynosił 41,2 mld zł. W porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku urósł o 11 mld zł, a przez dwa lata o 18 mld zł. Samorządowcy tłumaczą, że wzrost spowodowany jest głównie inwestycjami dotowanymi z funduszy unijnych.

— Jeśli nie chcemy stracić przyznanych nam dotacji z Brukseli, musimy zdobyć kapitał na wkład własny. Z bieżących dochodów nie udałoby nam się wygospodarować tak dużych kwot, jakich potrzebujemy — tłumaczy Piotr Uszok.

Trudna współpraca

Samorządowcy narzekają też, że muszą się zadłużać, bo rządowe subwencje nie starczają na realizowanie zadań zleconych przez rząd. Muszą znaleźć pieniądze, żeby te niedobory uzupełnić.

— Jestem skarbniczką od 15 lat i jeszcze nigdy rządowa dotacja nie okazała się wystarczająca. Co więcej, brakująca kwota rośnie z roku na rok. W 1999 r. musieliśmy dołożyć 20 mln zł, teraz dziura przekroczyła już 50 mln zł — zaznacza Stanisława Kozłowska.

W przyszłym roku niedobór będzie szczególnie duży, bo rząd przyznał podwyżkę nauczycielom, ale zapłacić za nią muszą samorządy.

— Przepisy gwarantują nauczycielom podwyżkę, ale rząd nie zwiększył z tego tytułu subwencji oświatowej — mówi Stanisława Kozłowska.

Po kieszeni samorządów uderzyła niedawno też obniżka podatków dochodowych PIT, a wkrótce gminy, powiaty, miasta i województwa zapłacą za podwyżkę VAT (samorządy są często ostatnimi płatnikami).

— Jeśli rząd chce szukać sposobu ograniczania deficytu, to nakładanie restrykcji na samorządy nie jest dobrym rozwiązaniem. Główna część długu powstaje w instytucjach podległych rządowi i to tam minister finansów powinien szukać oszczędności — mówi Stanisław Gomułka, były wiceminister finansów.

Podkreśla, że samorządy działały zgodnie z prawem, więc krytykowanie ich za to jest niesprawiedliwe.

— One funkcjonowały w ustalonym przez rząd i parlament porządku prawnym — ich dług nie mógł być wyższy niż 60 proc. dochodów. Samorządy tej zasady się trzymały, więc rząd może mieć pretensje tylko do siebie, że w odpowiednim czasie nie ustalił bardziej restrykcyjnych reguł — tłumaczy Stanisław Gomułka.

2 proc. zysku to za słaba zachęta, żeby samorządowcy oddali ministrowi finansów nadwyżki

Lokalne władze nie będą musiały włączać się w reformę płynności. I raczej nie zechcą.

Samorządowcy mogą odetchnąć z ulgą — nie sprawdziła się plotka, że rząd zamierza zmusić samorządy do lokowania nadwyżek na rachunku resortu finansów w Banku Gospodarstwa Krajowego (BGK). Minister finansów zdecydował, że przymusu nie ma. Zapowiadana przez rząd reforma płynności sektora finansów publicznych (eliminująca zjawisko, że jedne instytucje publiczne muszą się zapożyczać, a inne w tym czasie trzymają pieniądze na depozytach banków komercyjnych) nie obejmie więc samorządów.

Słaba motywacja

— Czasem w kuluarowych rozmowach padały sugestie, że rząd myśli o zmuszeniu samorządów do włączenia się w reformę. Zgłaszaliśmy wtedy swój sprzeciw na spotkaniach z kierownictwem Ministerstwa Finansów, bo uderzałoby to w ideę samorządności. Dobrze, że ten pomysł nie jest realizowany — mówi Stanisław Lipiński, skarbnik Szczecina.

Rząd zostawił jednak samorządom furtkę — kto chce ratować finanse publiczne i ograniczyć przyrost długu (udostępniając za pośrednictwem rachunku w BGK innym instytucjom publicznym swoje nadwyżki), może to zrobić. Taki paragraf znalazł się w projekcie nowelizacji ustawy o finansach publicznych. Czy samorządy z tej furtki skorzystają? Wątpliwe. Oferowane przez rząd 2 proc. (stopa depozytowa Narodowego Banku Polskiego) z depozytów w BGK to o wiele za mało, by skusić samorządowców.

— W sektorze prywatnym jesteśmy w stanie założyć lokatę oprocentowaną na 5-6 proc. Co ma nas przekonać do zadowolenia się 2 proc. w BGK? Naszym ustawowym celem jest dobre gospodarowanie finansami publicznymi, a zaproponowane przez rząd rozwiązanie bynajmniej tego nie gwarantuje — mówi Marek Miesztalski, skarbnik województwa mazowieckiego.

Samorządy tłumaczą, że chętnie skorzystałyby z propozycji, ale zaproponowane warunki są nie do przyjęcia. Depozyt w BGK prawdopodobnie nie ochroniłby kapitału nawet przed inflacją.

— Gdyby rząd dał nam oprocentowanie przynajmniej zbliżone do rynkowego, nie byłoby problemu. Zdajemy sobie sprawę z problemu narastania długu publicznego. Proponowaliśmy rządowi wypracowanie wspólnych rozwiązań, żeby temu zjawisku zaradzić. W projekcie ustawy nasze propozycje nie zostały jednak uwzględnione — mówi Danuta Kamińska, skarbniczka Katowic, przewodnicząca Komisji Skarbników w Unii Metropolii Polskich.

Linia podziału

Jedyne, na co samorządowcy są w stanie przystać w kwestii ograniczania przyrostu długu to propozycja resortu finansów sprzed kilku miesięcy, żeby zamiast zakładać lokatę w bankach, kupowały obligacje skarbu państwa. Jeśli bowiem ministrowi finansów pożycza pieniądze inny podmiot sektora finansów publicznych (czyli samorząd), zadłużenie sektora nie rośnie. Ale nawet tu do entuzjazmu daleko.

— Od początku sygnalizowaliśmy ministrowi finansów, że oprocentowanie, jakie otrzymujemy na rynku, jest o wiele atrakcyjniejsze niż oprocentowanie obligacji. Teraz proponuje się nam jeszcze gorsze warunki depozytu w BGK. Oczekujemy specjalnej oferty obligacji dla samorządów, z oprocentowaniem, jakie zdobywamy na rynku. Wtedy byłaby to uczciwa oferta — my nie tracimy dochodów, a rząd osiąga cel — tłumaczy Danuta Kamińska.

Inni mają gorzej

Samorządy nie są jedynymi instytucjami, którym minister finansów dał wolną rękę w sprawie lokowania nadwyżek w BGK. Podobną furtkę mają uczelnie wyższe, państwowe zakłady opieki zdrowotnej, Polska Akademia Nauk i publiczne instytucje kultury.

Obligatoryjne udostępnianie nadwyżek dotyczyć będzie natomiast funduszy celowych i Lasów Państwowych (które na tym w ogóle nie zarobią) oraz agencji wykonawczych i Narodowego Funduszu Zdrowia.

Zadłużenie największych polskich miast

Warszawa

5318,7

mln zł

prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz

Wrocław

1862,9

mln zł

prezydent Rafał Dutkiewicz

Kraków

1816,9

mln zł

prezydent Jacek Majchrowski Poznań

1282,7

mln zł

prezydent Ryszard Grobelny

Łódź

1219,1

mln zł

p.o. prezydenta Tomasz Sadzyński

Gdańsk

923,5

mln zł

prezydent Paweł Adamowicz

Lublin

677,6

mln zł

prezydent Adam Wasilewski

Katowice

301,5

mln zł

prezydent

Piotr Uszok

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Kowalczyk

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu