Zgodnie z ustawową zasadą rotacji, 22 października przewodzenie RDS na rok przejęła od związkowców strona pracodawców, a konkretnie BCC. Było to również pierwsze posiedzenie po pamiętnym incydencie z 12 października, gdy podczas spotkania prezydium RDS w Gdańsku Jelitkowie zatrzymany został Maciej Witucki, wiceprzewodniczący RDS, szef Konfederacji Lewiatan. Zasadność tamtej wyjątkowo nagłośnionej przez TVP ustawki pozostaje nierozstrzygnięta, dopiero 14 listopada sąd drugiej instancji rozpatrzy zażalenie prokuratury na niearesztowanie w pierwszej instancji zatrzymanych 12 października menedżerów Work Service.
Naturalnie trzeba odnotować także udział w posiedzeniu premiera Mateusza Morawieckiego. W podziale władzy sprawami RDS od jej utworzenia zajmuje się prezydent Andrzej Duda, ekipą rządową oddelegowaną na odcinek RDS nominalnie kieruje wicepremier Jacek Sasin, zaś formalną wiceprzewodniczącą obecnie jest minister Marlena Maląg. Nagłe osobiste zainteresowanie szefa rządu demonstracyjnie marginalizowanym organem dialogu jest sygnałem, że sytuacja społeczno-gospodarcza w kraju uznana została przez władców za poważną. Każdy wizerunkowy gest się liczy, chociaż realna niska wartość RDS się od niego nie poprawi.
Rada została w 2015 r. utworzona ustawowo w atmosferze wyjątkowej ponadpartyjnej zgody. Trwała wtedy ostra podwójna kampania wyborcza, ale akurat konstrukcja nowej RDS stała się symbolem równie wielkiej, co naiwnej nadziei. Niestety, w praktyce tzw. dobrej zmiany RDS została szybko sprowadzona przez PiS do poziomu dawnej Trójstronnej Komisji ds. Społeczno-Gospodarczych, która pod koniec była martwa i po prostu się rozleciała. RDS stała się karykaturą pierwotnej szczytnej idei, albowiem została całkowicie pozbawiona przez władców jakiegokolwiek realnego wpływu na akty prawne. Rząd PiS gra wybiórczo – i w perspektywie także wyborczo – tylko na jednego udziałowca RDS, czyli NSZZ Solidarność. Zaledwie 5 października Mateusz Morawiecki konferował z Piotrem Dudą, przewodniczącym związku, który samozwańczo pozycjonuje się na jedynego reprezentanta całej strony społecznej. Premier wcale nie ukrywa, że tylko ten samozwaniec się liczy, co niedawno potwierdziło się choćby przy ustalaniu wysokości przyszłorocznej płacy minimalnej.
Trudno się dziwić, że pozostali członkowie ustawowego organu nie chcą się z demonstracyjnym lekceważeniem pogodzić. 24-osobowy bok biznesowy trójkąta RDS zajmuje aż sześć organizacji (zdecydowanie za dużo, takie rozczłonkowanie ma skutki fatalne dla interesów przedsiębiorców), każda z nich wystawia czwórkę delegatów: Pracodawcy Rzeczypospolitej Polskiej, Konfederacja Lewiatan, Związek Rzemiosła Polskiego, Business Centre Club, Związek Przedsiębiorców i Pracodawców, Federacja Przedsiębiorców Polskich. Także 24-osobowy bok związkowy obsadzają trzy centrale, każda deleguje ósemkę reprezentantów: Solidarność, Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych, Forum Związków Zawodowych. Poniedziałkowe posiedzenie plenarne potwierdziło, że istnieje przełożenie konkretnych sił politycznych z Sejmu na organizacje reprezentowane w RDS. W związku z tym nie zmieni się – mimo ogólnikowej pojednawczej deklaracji premiera – karygodna sytuacja, że wiele bardzo ważnych projektów ustaw i innych aktów prawnych PiS forsuje błyskawicznie z całkowitym pominięciem RDS, ewentualnie z wyznaczeniem na konsultacje terminu absurdalnie krótkiego.

