To klasyczny produkt przedwyborczy, przewidywany do uchwalenia do końca kadencji. Władza nagle zauważyła, że „na terenie wielu dużych i małych miast, a także w gminach wiejskich znajdują się obszary zdegradowane, charakteryzujące się problemami społecznymi, zniszczoną, zaniedbaną infrastrukturą mieszkaniową, gorszą jakością przestrzeni publicznej, zapaścią gospodarczą itd.”. Dlatego wypadałoby podejmować „zintegrowane działania na rzecz lokalnej społeczności, przestrzeni i gospodarki, skoncentrowane terytorialnie, prowadzone przez interesariuszy na podstawie gminnego programu rewitalizacji”.

W jednostkach samorządu terytorialnego każda zapowiedź dorzucenia obowiązków otwiera przysłowiowy nóż w kieszeni. Władza centralna z zasady nie pamięta bowiem o dodatkowych pieniądzach, dlatego chcąc wykonać nowe ustawowe zadanie czy program, gmina musi ciąć rozwojowe inwestycje. W kwestii rewitalizacji „strategicznym dokumentem integrującym wszystkie działania” ma być gminny program. Powinien zawierać m.in. wskazanie publicznych i prywatnych źródeł finansowania. Zachętą ma być możliwość tworzenia, maksymalnie na dziesięć lat, specjalnych stref rewitalizacji (SSR), pomyślanych trochę jako mutacja specjalnych stref ekonomicznych (SSE).
Według sygnałów z samorządu, najbardziej optymistycznym elementem nowej ustawy jest jej… nieobligatoryjność. Rewitalizacja stanie się zadaniem własnym gminy, ale uchwalenie programu nie będzie obowiązkowe. Naturalnie realizowane od lat inicjatywy rewitalizacyjne, bez żadnej ustawy i sztucznego dokumentu, będą zatem przypominały sytuację z Moliera, którego bohater pan Jourdain mówił czterdzieści lat prozą, nic o tym nie wiedząc. Tak zwyczajnie.