Ruchy, szefie!

Wojciech Surmacz
opublikowano: 2005-10-28 00:00

Ćwiczyć, ćwiczyć i jeszcze raz ćwiczyć! Bo inaczej będziesz rozdrażnionym zrzędą — z tłustym brzuszkiem, niedomytymi włosami, niedoczyszczonymi zębami…

Biegnący facet z okładki — właściwie odkąd pamięta, budzi wśród podwładnych zdziwienie… Szczególnie gdy rano po pływaniu, krótko po ósmej, maszeruje do gabinetu w dresie (zwykle o 6.30 zaczyna trening). W jednej ręce worek z garniturem, w drugiej torba ze sprzętem na basen — tak paraduje przez cały biurowiec. Dopiero w swoim gabinecie przebiera się — przeistacza w bankowca. Jego ludzie widzą, że uprawia sport. Wyliczył sobie, że w ciągu roku trenuje jakieś 110 razy, co daje mu średnią dwa razy tygodniowo. Nie częściej, bo czasem jakaś podróż służbowa wypadnie, a i zdarzy się (nawet jemu!), że człowiek zachoruje — zwykła grypa. Głównie pływa — 4 kilometry pokonuje w godzinę dwadzieścia. I biega. Do zimy na specjalnych, długich nartach — jednorazowo jakieś 10 kilometrów. Na śniegu i już na normalnych biegówkach dystans powiększa do 30-50 km. To w zasadzie tyle. No i ma jeszcze w domu taką bardzo małą siłownię. Tam się trochę „powygłupia” — pół godziny, no, może godzinkę (też dwa razy w tygodniu). Gdy tylko nadarza się okazja, nie korzysta z windy. Jak wejdzie sobie na piąte piętro po schodach i tętno mu cyka spokojnie, to nie ma dla niego lepszego powodu do satysfakcji. Wystarczą jednak dwa tygodnie nicnierobienia i zaczyna się czuć fatalnie. Staje się drażliwym zrzędą. Wtedy krzyczy, że brak mu — dosłownie — „śmierdzącego potu”! Sven Torsten Kain, wiceprezes BRE Banku Hipotecznego. Niemiec. Pracuje w Polsce od wielu lat. Mówi o sobie: „Właściwie jestem tubylcem”. Pociesza:

— Wydaje się, że w ostatnich latach wśród polskich menedżerów wiele się zmieniło. Jeszcze 15 lat temu „na zdrowie” piło się tylko wódkę — i to ostro! Dzisiaj — szczególnie młodzi — biorą się za bardziej pożyteczne sporty...

Podnieceni

Najbogatsi raczej nie bywają w klubach rekreacyjnych. Basen, siłownia, sala fitness, sauna — to standard ich posiadłości. By poćwiczyć pod okiem profesjonalisty, zamawiają wizytę w domu. Najczęściej 1-2 godziny zajęć, najlepiej trzy razy w tygodniu. Stawka godzinowa od 200 zł w górę. Zawód trenera personalnego dopiero zaczyna być w Polsce popularny… Marcel Wieteska jest jednym z pionierów. Jego klienci to głównie właściciele dużych firm, osoby na wysokich stanowiskach:

— Niektórzy mają taki sprzęt, że najlepsze warszawskie fitnessy mogłyby od nich pożyczać. Ale i bez tego można trenować. Wszystko zależy od szczerych chęci.

— Załóżmy, że jestem 40-letnim prezesem z brzuszkiem. Od czego zaczynamy?

— Zero aktywności?

— Zero.

— Najpierw rozmawiamy. Naciskam na informacje o problemach zdrowotnych, formach spędzania wolnego czasu, zainteresowaniach — pod to wszystko trzeba ułożyć odpowiedni program treningu. Za każdym razem indywidualnie. Bez schematów. Analizuję cele, możliwości i — najważniejsze — czas. Takie osoby są bardzo ograniczone czasowo.

— Kiedy ludzie biznesu robią krok w kierunku fitness?

— Pierwszy sygnał to dla nich problemy zdrowotne. Wtedy zaczynają myśleć, że może coś warto zmienić w życiu. Czasem biorą przykład z przyjaciół. No i moda. Ale mam nadzieję, że to zdecydowana mniejszość, bo moda szybko przemija…

— Po czym rozpoznać dobrego instruktora?

— Wygląda jak ja. Ha, ha, ha… Poważnie: już po pierwszym treningu klient powinien wiedzieć, że dobrze trafił. Ćwiczenia nie mogą go wykończyć, ale musi poczuć, że trenował. Musi być zachowany balans.

— Nie trzeba się katować? Dostać ostro w kość?

— Na pewno nie. Klient powinien powiedzieć na koniec: „Dziękuję, było bardzo fajnie. Świetnie się czuję”. Ćwiczenia fizyczne dają nam — jeżeli chodzi o gospodarkę hormonalną i enzymatyczną — poczucie bycia w takim lekkim stanie podniecenia. Tak działają wszystkie endorfiny. Na zasadzie afrodyzjaku. Dlatego zawsze powtarzam: to nie może być zbyt ciężki trening. Ludzie pracujący intensywnie nie mogą sobie pozwolić na przeciążenia fizyczne, bo to jeszcze bardziej ich dobija. To musi być trening doładowujący, energetyzujący…

Słabi

Szefowa marketingu z kancelarii prawniczej Salans chodzi do „Interconti” (RiverView Welness Centre w warszawskim hotelu InterContinental). Stara się trzy razy w tygodniu. Na różne ćwiczenia — pilates, stretching, aqua aerobic, trochę popływa, potem pójdzie na saunę. Dla Doroty Hołubiec to sposób na odreagowanie stresu dnia codziennego. Wyrzuca z siebie złe emocje. Zauważa, że koledzy z pracy, jak mają zły dzień, idą na squash — „zbić piłkę”. Ale widzi też, że typowo męski trening to „wyciskanie” kilogramów na siłowni. Jej zdaniem, mężczyźni nie myślą — pakują na masę, nie na zdrowie. Opowiada, że nawet jak zauważy gdzieś w restauracji zadbanego, interesującego faceta, to z reguły jest gejem. A heterycy? To nie reguła, ale najczęściej prezentują: tłusty brzuszek, niedomyte włosy, niedoczyszczone zęby…

— Naszemu biznesmenowi wydaje się, że jak ma gruby portfel i dobry garnitur, to pod spodem może mieć obwisłe ciało i przysłowiowe slipy, które mu mama kupiła na stadionie od Ruskich. Przepraszam, nie chcę nikogo urazić, ale jestem zdania, że trzeba im zwracać uwagę. Może w końcu zaczną dbać o siebie? — mówi Dorota Hołubiec.

Jednak dla wielu z „nich” to nie takie proste… Zapalony tenisista Jan Maciejewicz, wiceprezes zarządu ds. zarządzania kosztami i informatyki w PKN Orlen, do niedawna prezes A. T. Kearney w Polsce, kaszle:

— Jak pan słyszy, jest słabo.

— To raczej jakaś grypa niż problemy z kondycją.

— Niech pan mnie pominie milczeniem. Bardzo mało trenuję — absolutne minimum. Jak się uda raz w niedzielę wieczorem zagrać, to wszystko. Poniżej krytyki, mówię panu…

— Dobrze, że cokolwiek…

— Gram incydentalnie, nie systematycznie. Nie jestem dobrym przykładem. Wcześniej udawało mi się choć raz w tygodniu potrenować i w jakimś turnieju wziąć udział — zagrać w sobotę, niedzielę. Teraz niestety wszystko odpada...

— Po tym jak pan przeszedł do Orlenu?

— Tak. Permanentny brak czasu.

Prezes Maciejewicz żartuje, że z tego punktu widzenia nikomu nie rekomenduje Orlenu — strasznie dużo roboty. Chyba że ktoś chce pracować w firmie, która nie daje szansy na rozwój fizyczny — proszę bardzo...

Odcięci

Najdroższe i najbardziej ekskluzywne kluby rekreacyjne stolicy: Club Oasis (w podziemiach hotelu Hyatt Regency Warsaw) i River-View Welness Centre (na 43. piętrze hotelu InterContinental). W RiverView karta platynowa kosztuje od 4,3 tys. zł na 6 miesięcy do 7,2 tys. za rok. W Oasis trzeba zapłacić od 145 euro za miesiąc do 1,8 tys. euro za rok. Konrad Jałowiec, menedżer klubu przy hotelu Hyatt, zaznacza, że w tych najdroższych abonamentach oprócz treningów zawierają się masaże, wejściówki dla gości, ręczniki, szlafroki, zniżki na ekskluzywne kosmetyki. Swoich klientów (uchyla rąbka tajemnicy — jednym z nich jest np. Janusz Palikot) dzieli na trzy grupy. Pierwsza: ludzie, którzy przychodzą się zrelaksować — popływać trochę, posiedzieć w jacuzzi, wygrzać ciało w saunie. Druga: osoby, które robią bardzo mocny trening na siłowni, połączony z lekkim bieganiem. I trzecia: młodzi menedżerowie, preferujący bardzo szybki trening na bieżni. Na nic więcej nie mają czasu.

— Wpadają do nas w porze lunchu, pobiegają godzinę i z powrotem do pracy. Zwykle mówią, że uciekają od rzeczywistości. Przez godzinę są odcięci od wszystkiego — relacjonuje Konrad Jałowiec.

Barbara Trala, koordynator River View Wellness Centre w Hotelu InterContinental Warszawa:

— Nasi klienci to ludzie w przedziale wiekowym 30-40 lat, czasami więcej. Znane nazwiska ze świata biznesu…

Kto? Nie może zdradzać. Woli ogólniki:

— Młodsi dobrze wiedzą, jak dbać o kondycję. Starsze pokolenie ma inne przyzwyczajenia, inne potrzeby, nie przywiązuje do tego zbytniej wagi... Ich przekonują dopiero lekarze, którzy mówią: „Musi pan ćwiczyć, żeby za kilka lat móc w ogóle chodzić”.

Co z tymi, którzy uważają, że są za starzy na fitness? Włącza się Marcel Wieteska, który prowadzi również treningi w RiverView:

— Nigdy się nie jest za starym. Ostatnio czytałem książkę — ze Stanów znajoma przywiozła — o kobietach na siłowni. Amerykanie zrobili badania. Wyszło im, że panie w wieku 70-80 lat, które zaczynają trenować, potrafią uzupełnić straty w organizmie do tego stopnia, że wracają do stanu zdrowia sprzed kilkunastu lat. Tak ćwiczenia siłowe działają na stawy, mięśnie, kości… Każdy wiek jest dobry i nigdy nie jest za późno!

— A snobizm dociera do fitnessów? Jest lans, czyli markowe ciuchy, modne fryzury?

Barbara Trala:

— Powiem tak: mimo że to osoby zamożne, nie przywiązują szczególnej uwagi do marek... Na pewno panie są bardziej zadbane.

— Makijaż na treningu obowiązuje?

— Nie. Każdy ćwiczy, jak chce. Niektóre panie mają… Nie wiem, czy to wynika z tego, że chcą dobrze wyglądać zawsze, czy po prostu nie mają czasu go zmyć?

Spoceni

W Andersen Business Consulting doskonalenie kultury fizycznej łączy się często z integracją. Organizowane są wspólne rozgrywki w piłkę nożną, badmintona… Jest squash firmowy.

— Oczywiście nie ma przymusu, kto chce, ćwiczy indywidualnie. Są refundowane (50 proc.) przez firmę karnety do klubu fitness. Wiem, że koledzy korzystają… No i zdradzę panu ciekawostkę — jest u nas grupa pracowników, która chodzi na zajęcia prowadzone przez Fundację Grom — wyjawia firmowe „sekrety” jedna z osób pracujących w Andersen Consulting (sama woli jogę, nie chodzi ani na siłownię, ani na fitness, bo nie lubi „tych wszystkich spoconych, solaryjnych panienek”).

— Wszystko to prawda. Nasza firma sponsoruje zajęcia siłowe. Jest też grupa trenująca z komandosami — potwierdza Urszula Ziółkowska, szef działu HR Andersen Business Consulting.

I choć sama jeszcze nie chodzi na żadne zajęcia, to obiecuje, że się zapisze…

— Na jogę albo tai-chi, jeszcze się zastanawiam. Ale daję słowo — zacznę chodzić — deklaruje.

Z kolei Magda Kochanowska, wicedyrektor ds. marketingu BRE Banku Hipotecznego, nie cierpi siłowni, bo wionie nudą i ta atmosfera…

— Robić brzuszki na jakiejś zapoconej macie, gdy nad głową jakiś facet z wielką klatą sapie? Mnie to przeszkadza. Wolę wziąć walkmana, założyć rolki i pojechać do parku. Sporadycznie pływam, częściej uprawiam jogging — stwierdza Kochanowska.

I dodaje:

— Zaobserwowałam w biurze dość dobrze zorganizowaną frakcję regularnych pakerów. Chodzą do Gymnasionu, bo tam firma kupiła kilka karnetów, które non stop są w użytku. Wniosek: nie jest źle z naszymi facetami.

Kochanowska szczególnie poleca rozmowę z jednym — wiceprezesem Kainem. W BRE Banku wszyscy go znają: bardzo aktywny, zawsze w świetnej formie, tryska dobrym humorem. Jarosz. Nie pali. I pije zieloną herbatę… Przykład płynie z góry?

— Coś płynie. Najpierw się dziwili, potem zaczęli próbować. Chyba doszli do wniosku, że warto, bo wszyscy wokół zaczęli pić zieloną herbatę, niektórzy trenować… Coś w tym chyba jest — zastanawia się zadowolony z siebie Sven Kain.

Możesz zainteresować się również: