Rząd nie nakarmi kiełbasą wyborczą

opublikowano: 12-06-2015, 00:00

Szastając pieniędzmi podatników, nie wygrywa się wyborów. Filozofią rządu była odpowiedzialna polityka budżetowa. I tak będzie także tym razem — mówi Mateusz Szczurek, minister finansów

„Puls Biznesu”: Jakiej skali popuszczania pasa należy się spodziewać przed wyborami?

Mateusz Szczurek, minister finansów, studzi zapał polityków rządzącej koalicji, podkreślając, że na wydawanie publicznej kasy można sobie pozwolić tylko w określonych ramach prawnych, a te nie pozwalają dziś na mocne popuszczenie pasa.
Wyświetl galerię [1/2]

STRAŻNIK KASY PAŃSTWA:

Mateusz Szczurek, minister finansów, studzi zapał polityków rządzącej koalicji, podkreślając, że na wydawanie publicznej kasy można sobie pozwolić tylko w określonych ramach prawnych, a te nie pozwalają dziś na mocne popuszczenie pasa. Grzegorz Kawecki

Mateusz Szczurek, minister finansów: Na pewno naszych planów obniżenia deficytu sektora finansów publicznych z 2,7 proc. PKB w tym roku do 2,3 proc. w roku przyszłym nie nazwałbym rozluźnieniem fiskalnym. Zmniejsza się tempo ograniczania deficytu w porównaniu z poprzednimi latami, ale kierunek cały czas jest utrzymywany. W sytuacji przyspieszającej gospodarki, rosnących płac, poprawiających się wyników przedsiębiorstw, wzrostu zatrudnienia i spadku bezrobocia nadszedł czas na stopniowe wycofywanie się państwa ze stymulowania gospodarki wydatkami publicznymi. W tym roku bezpośredni wpływ wydatków sektora publicznego na PKB będzie nadal pozytywny, ale też sporo mniejszy niż w poprzednich latach. To jest dobre rozwiązanie, ponieważ obserwujemy rosnący wkład we wzrost gospodarczy sektora prywatnego. Jesteśmy na bardzo wstępnym etapie planowania budżetowego, dlatego mówienie dzisiaj o zmianach, np. w podatkach, jest przedwczesne. Żadne decyzje nie zostały podjęte, jeśli chodzi o VAT czy podatki dochodowe.

Chyba nie powie pan, że przed wyborami nie będzie zwiększania wydatków?

Z roku na rok mamy do czynienia ze spadkiem wydatków publicznych w relacji do PKB i celujemy w 1 proc. deficytu strukturalnego w 2019 r. Mamy kwotę wydatków wynikającą ze stabilizującej reguły wydatkowej. Zgodnie z programem konwergencji, jej szacowany wzrost w 2016 r. wobec 2015 r. to 2,15 proc. Musimy ją pomniejszyć o to, na co rząd nie ma wpływu, czyli wydatki samorządów w części niefinansowanej przez dotacje i subwencje z budżetu centralnego czy NFZ, i dopiero wtedy zobaczymy przestrzeń, w której musimy się zmieścić, jeśli chodzi o wydatki budżetowe. Ta przestrzeń jest już obecnie zagospodarowywana przez działania z exposé czy inne zmiany, które nominalnie zwiększająwydatki. Należy też wziąć poprawkę na działania strukturalne, które z kolei zwiększają dochody. Oznacza to większe wpływy do kasy państwa w 2016 r. Dopiero to wszystko razem określi, co mogą przyjąć do realizacji finanse publiczne.

Czyli dość wstrzemięźliwie podchodzi pan do politycznego rozdawnictwa, które zazwyczaj kojarzy się z wyborami.

Dodatkowe wydatki nie wygrywają w Polsce wyborów, a szczególnie obietnice bez pokrycia. To można sprawdzić, śledząc, jak kolejne koalicje przegrywały,próbując się licytować w tym zakresie.

To jest myślenie ekonomisty, a nie polityka. Za chwilę rozpoczną się licytacje na obietnice z poszczególnych partii. Koalicja PO-PSL nie weźmie w tym udziału?

Wizytówką tego i poprzednich dwóch rządów było obiecywanie tylko tego, na co nas realnie stać, opierając się na aktualnym stanie gospodarki. Mam na myśli taką politykę fiskalną, która wspiera wzrost, szczególnie w okresach głębokiego kryzysu, a w perspektywie średniookresowej pozwala zredukować nadmierny deficyt, z którego skutecznie już wychodzimy. Czy to znaczy, że teraz można sobie pozwolić na wielki wzrost wydatków? Nie. Z jednej strony nominalny wzrost PKB zwiększa bazę podatkową i przy tym samym deficycie można wydać więcej. Z drugiej jednak to absolutnie nie oznacza, że deficyt budżetowy może rosnąć. Deficyt jest potrzebny w głębokim kryzysie, ale nie wtedy, gdy koniunktura się poprawia.

To z jakim przekazem do Polaków idzie dzisiaj rząd?

W 2014 r. byliśmy w trójce krajów UE, którym udało się zredukować nadmierny deficyt. Wszystko to w trudnym otoczeniu zewnętrznym i przy gospodarce, która wciąż pozostawia wiele do życzenia. Ten fakt nie zburzył, ale wręcz wspomógł tendencje, które poprawiają życie Polaków. Mamy najwyższą w historii liczbę pracujących, płace i dochody rozporządzalne w gospodarstwach domowych i rolników rosną, a z drugiej strony zmniejszają się dysproporcje dochodowe. Nie ulegliśmy pokusie budowania ideologii, która byłaby sprzeczna ze zdrowym rozsądkiem, czyli zaciskania pasa w tym samym czasie, kiedy robi to sektor prywatny. Wielokrotnie byliśmy krytykowani za deficyt, który był wyższy niż unijna średnia, ale posiadaliśmy zdolność spłaty tak generowanego długu, ponieważ dzięki takiej stymulacji gospodarka rosła. Od początku światowego kryzysu wzrost długu publicznego był trzecim najniższym w UE. Trzymać finanse w ryzach i nie przedobrzyć wydatkami w czasach złych to trudna do osiągnięcia równowaga. Teraz, kiedy poprawia się koniunktura, sytuacja ministra finansów nie jest wcale łatwiejsza. Aspiracje i oczekiwaniaobywateli są coraz większe, ale to jest moment, kiedy popuścić pasa nie wolno. W Ministerstwie Finansów nigdy nie ma spokoju pod tym względem, bo albo jest trudno i brakuje dochodów, albo pojawia się presja na wydatki, których nie powinno być przy poprawiającej się koniunkturze.

Na ile koledzy z rządu są świadomi takiej postawy ministra finansów?

Świadomość wzmacnia ustawa o finansach publicznych. Nie jest zgodne z prawem postępowanie wbrew temu, co mówi. Jakiekolwiek zmiany w polityce wydatkowej muszą mieścić się w ramach ustawowych, które określa m.in. reguła wydatkowa.

Politycy PO coraz częściej mówią jednak, że czas np. na wyższą kwotę wolną od podatku…

Warto to rozważać, analizować, dyskutować o tym, ale dzisiaj nie czas na ogłaszanie takich decyzji. To, co będzie możliwe do przyjęcia, zostanie ogłoszone pod koniec czerwca. Jeśli mówimy, że kwota wolna od podatku jest w Polsce niższa niż w innych krajach, to po pierwsze — musimy upewnić się, co porównujemy. W jednym kraju składki na ubezpieczenia zdrowotne są odejmowane od podatku, na ubezpieczenia społeczne od dochodu. My w Polsce mamy ponad sto zwolnień niektórych źródeł dochodu, a są kraje, gdzie tego nie ma. Wszystkie świadczenia pomocy społecznej nie są wcale opodatkowane, a to oznacza, że nasza kwota wolna jest czymś innym niż np. brytyjska. Nie mówię nawet o innych podatkach, np. VAT, który w Polsce jest niski. Efektywny VAT płacony przez polskie rodziny to nieco ponad 10 proc., a nie 23 proc. Także podatki majątkowe są bardzo niskie. Dlatego całość opodatkowania w Polsce nie może być określana tylko przez kwotę wolną od podatku.

Jak rząd zamierza rozdzielić dodatkowe 2 mld zł w funduszu płac dla budżetówki?

Jestem przeciwnikiem zarówno podwyżek kwotowych, jak i równych procentowo dla wszystkich. Jednolite podwyżki kwotowe dla wszystkich mogą zaprzepaścić to, co udało się przez ostatnie 8 lat. Przecież w sferze budżetowej nie były mrożone płace poszczególnych pracowników, lecz fundusz płac. To powodowało większą efektywność i optymalizację zatrudnienia. Moim zdaniem, to, jak mają wyglądać podwyżki, powinno należeć do pracodawców. Nie ma jeszcze decyzji, czy któraś grupa będzie z tych podwyżek wyłączona, ale uważam, że powinny dotyczyć przede wszystkim tych, którzy mieli zamrożony fundusz płac.

Za chwilę w kampanii pojawi się pewnie temat zadłużania Polski — większego niż za czasów PRL — i niedawania niczego obywatelom w zamian przez rząd.

Dług publiczny w relacji do PKB na pewno nieco wzrósł w ciągu ostatnich ośmiu lat, ale były tylko dwa kraje w UE, gdzie ten wzrost był mniejszy: Malta i Szwecja. Jednocześnie kiedy ma rosnąć dług, jak nie w sytuacji najgłębszej recesji w Europie od II wojny światowej i rekordowo niskich stóp procentowych? Jednak sam dług nie ma większego znaczenia, tylko to, co za sobą niesie, oraz to, ile kosztuje jego obsługa. Dług publiczny to tylko jeden z wymiarów zadłużenia, który z punktu widzenia stabilności gospodarki wcale nie musi być decydujący. Problemem większości krajów UE, które uległy głębokiemu kryzysowi, nie był przecież dług publiczny. Zadłużał się bowiem sektor prywatny, zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz kraju. Polska w ostatnich latach zachowywała się przeciwnie — eksportowaliśmy oszczędnościi inwestowaliśmy za granicą. Tak małej nierównowagi w bilansie płatniczym nie mieliśmy od połowy lat 90. Mamy nadwyżkę w bilansie handlowym. To są miary tego, czy zadłużamy się jako cały kraj nadmiernie, i widać, że tak nie jest. Dzisiaj gospodarka jest zbilansowana pod względem zewnętrznym.

Jaka jest rola w tym wszystkim polskich przedsiębiorców?

Sukcesu Polski nie mierzy się tylko wzrostem gospodarczym, ale też właśnie równowagą zewnętrzną. To z jednej strony wynik polityki fiskalnej i stabilizującej roli wydatków publicznych, kiedy to było potrzebne. Z drugiej zaś — postawy Polaków i wykorzystania ich większej wydajności, która pozwala na bezpieczny dla firm wzrost płac. Z punktu widzenia przedsiębiorców wzrost płac nie nadążał za wzrostem konkurencyjności. W pewnej mierze pomogło to w zachowaniu miejsc pracy oraz wyeliminowaniu nierównowagi na rachunku obrotów bieżących, jaka była w 2007 r. Wtedy mieliśmy do czynienia ze wzrostem, ale na kredyt.

Dzisiaj jednak nie ma już uzasadnienia sytuacja, w której wzrost płac miałby nie nadążać za wydajnością. Dlatego oczekujemy większego wzrostu przeciętnych płac w gospodarce, ale też sami pracodawcy tego oczekują. Wiem to z posiedzenia Komisji Trójstronnej. Rynek pracy przechyla się w stronę pracownika. Jesteśmy już poza okresem, kiedy walka toczyła się o miejsca pracy i o to, żeby bezrobocie nie rosło. Teraz, jeżeli myślimy o długookresowym rozwoju gospodarki, konkurowanie niskimi kosztami pracy nie jest żadnym rozwiązaniem. Możemy sobie mówić o wspieraniu podatkowym innowacji, ale po co firmy mają być innowacyjne, skoromają świetnych pracowników, którzy dostarczają im zysków za niewielkie pieniądze. Wyższe płace też są elementem polityki proinnowacyjnej.

Narodowy Bank Polski dosyć chłodno przyjął propozycje banków dotyczące kredytów frankowych. Jak pan to ocenia?

Moja opinia jest podobna do tej, którą prezentuje prezes Marek Belka. Jeśli banki oczekują rozwiązania problemu kredytów walutowych, to ich propozycja powinna wyglądać inaczej. Jestem natomiast przeciwnikiem hurtowego przewalutowania kredytów po kursie z dnia zaciągnięcia. To byłoby zagrożenie dla stabilności finansowej sektora, ale też zagrożenie dla wszystkich, którzy posiadają depozyty w bankach, czyli zdecydowanej większości Polaków.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Tomasz Siemieniec, Bartek Godusławski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy