Poligonem staje się nowelizacja ustawy radiowo-telewizyjnej, która wisi nie tyle na włosku, ile na niewielkiej grupce sejmowych wolnych elektronów, których kręgosłupy są chwiejne bardziej od mimozy. Pierwszego seta 11 sierpnia w Sejmie – dzięki fatalnemu błędowi proceduralnemu marszałek Elżbiety Witek, którego ona sama wcale nie neguje – PiS wygrało. Przegranie drugiego seta w Senacie wydaje się oczywiste. Losy tzw. lex TVN rozstrzygną się zatem w tie-breaku, czyli starciu Sejmu o odrzucenie odrzucenia większością bezwzględną. Ważna będzie dosłownie każda piłka, znaczy głos, przy czym w odróżnieniu od tie-breaku tenisowego – ewentualny remis pośle ustawę do kosza. I żadnej reasumpcji już nie będzie.
W skali wydatków państwa sto razy większe znaczenie od lex TVN ma oczywiście podatkowy pakiet PŁ. Rząd prowadzi równie intensywną, co wybiórczą kampanię propagandową. Dotychczas koncentrowała się ona głównie na podatkach osobistych, wyliczanie, które grupy społeczne i zawodowe zyskają, a które stracą ugruntowało wyraźny podział ideologiczno-polityczny. Obecni władcy kraju doktrynalnie preferują najróżniejszych biorców, wszystko jedno czego – pensji, świadczeń emerytalno-rentowych, zasiłków etc. Ta właśnie grupa stanowi naturalną bazę społeczną i elektorat PiS. Zdecydowanie bardziej obcy władcom są wszyscy działający i zarabiający na własny rachunek. Takie doktrynalne podejście bardzo czytelnie przebija się z podatkowego pakietu PŁ.
W tym tygodniu na plan pierwszy wysuwa się jednak propagandowo inny wątek. Władcy, a szczególnie sam premier Mateusz Morawiecki, wszystkie siły rzucają na odcinek samorządowy. PŁ ma oznaczać skokowy wzrost dobrobytu jednostek samorządu terytorialnego, uzyskają one m.in. reguły stabilizacyjne, gwarancje udziałów w odpisach PIT i CIT, nowe subwencje rozwojowe, programy inwestycji strategicznych, promesy, etc. Wbrew oczekiwaniom rządu, wszystkie propozycje spotykają się z przyjęciem dość sceptycznym. Mają bowiem jedną wspólną, generalną wadę – zakładają uznaniowe rozdawnictwo pieniędzy przez centralę. Tymczasem samorząd z definicji potrzebuje pewności źródeł dochodowych, takiej zwykłej arytmetycznej, bez pierwiastka względności.

Podobnie jak przy podatkach osobistych, w obszarze finansów samorządowych istnieje sprzeczność interesów. Proste stawki i wyliczenia naturalnie sprzyjają jednostkom dużym, co najbardziej jaskrawie widać w budżetach gmin/miast w zależności od ich wielkości. Dlatego konstrukcja przepisów finansowych PŁ obejmuje regulowanie pieniędzy przez rząd, preferujące małych. Wypada przypomnieć, że spośród 107 tzw. miast prezydenckich, liczących co najmniej 50 tys. mieszkańców (poniżej tego progu na prezydenturę załapały się w 1999 r. dodatkowo zdegradowane stolice województw), podczas wyborów w 2018 r. mieszkańcy aż 101 nie wpuścili do ratuszy kandydatów PiS. W tamtym niepodległościowym roku był to symbol hurtowej samorządowej niezależności. Po ponownym wygraniu wyborów do Sejmu w 2019 r. i utworzeniu rządu władcy uznali, że tak niewdzięczne społeczności metropolii i innych dużych miast sobie poradzą, zatem wsparcie przewidziane w PŁ nie jest dla nich.