Slainte!

Jacek Zalewski
opublikowano: 2007-03-16 00:00

Sláinte czyta się „sloncze” i w tych dniach jest to absolutnie najważniejsze słowo wypowiadane na Zielonej, a dokładniej Szmaragdowej Wyspie.

Święto narodowe Irlandii zyskało już wymiar globalny.

Parady świętego Patryka i folkowe koncerty odbywają się od Tokio przez Warszawę po San Francisco.

Sláinte czyta się „sloncze” i w tych dniach jest to absolutnie najważniejsze słowo wypowiadane na Zielonej, a dokładniej Szmaragdowej Wyspie.

Tytułowy irlandzki toast znaczy to samo co po bretońsku „Yehed mad!”, walijsku „Lechid da!”, amharsku „Desta!”, maorysku „Kia ora!”, w języku suahili „Hongera!”, wreszcie po polsku — „Na zdrowie!”.

Nieprzypadkowo przytoczyłem jego tłumaczenia w językach równie rzadkich co irlandzki, należący do grupy celtyckiej. Ze swoją skomplikowaną morfologią jest archaizmem, ale ma status jednego z dwóch języków oficjalnych (od 1 stycznia również w instytucjach Unii Europejskiej!). Uczy się go w szkołach i wymaga od wszelkich służb publicznych, zgodnie z dewizą „Tir gan teanga, tir gan anam” („Kraj bez języka jest jak kraj bez duszy”). Jednak realnie posługuje się nim dzisiaj może dwa procent ludności Irlandii, a powszechnie panuje angielski, czyli język znienawidzonych wielowiekowych okupantów. Ot, taki paradoks historii.

Patriotyczny folklor

Przed anglicyzacją obroniły się tylko nieliczne określenia, na przykład premier to „taoiseach”, a nie żaden tam „prime minister”, porządku zaś pilnuje rzucająca się w oczy na ulicach Dublina „garda”, a nie „police”. Generalnie jednak irlandzki jawi się dzisiaj jako patriotyczny folklor.

Okupanci pozostawili po sobie nie tylko język i lewostronny ruch samochodowy, ale także wiele wpływów kulturowych. Dlatego dla przeciwwagi na ulicach Dublina bez przerwy trafia się na coś reklamowane jako „tradycyjnie irlandzkie” — a to muzyka, a to jedzenie, a to sklep z tysiącami najróżniejszych gadżetów w zielonych barwach. Państwowym godłem Irlandii jest harfa, a narodowym symbolem — trójlistna koniczynka wiążąca się ze świętym Patrykiem.

Ten legendarny apostoł i duchowy ojciec narodu, ży- jący w IV-V wieku, swoim dzwonkiem przepędził z Zielonej Wyspy węże i pozostawił wiele anegdot. W 40 lat schrystianizował większą część Irlandii, zręcznie posługując się socjotechniką — do nowej religii w pierwszej kolejności przekonywał celtyckich władców, a do nauczania o Trójcy Przenajświętszej wykorzystywał powszechnie dostępny rekwizyt, czyli koniczynkę. Zmarł 17 marca 481 r. i ta data jest od wieków irlandzkim świętem narodowym, mającym obecnie wymiar globalny, od Tokio przez Warszawę po San Francisco.

Wszystkiego po trochu

Największa na świecie parada świętego Patryka odbywa się dzisiaj, 16 marca, na Piątej Alei w Nowym Jorku, gdzie z amerykańskim rozmachem defiluje co najmniej 150-tysięczna reprezentacja irlandzkiej diaspory. Ale najważniejsza pozostaje oczywiście ta w sercu Dublina, ruszająca jutro w samo południe. Jej kierunek obecnie podporządkowany jest wymogom transmisji telewizyjnej, aby słońce nie świeciło w kamery. Parada łączy elementy uroczystej defilady z tradycjami naszego Bożego Ciała, brazylijskiego karnawału oraz wątków Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy — czyli wszystkiego po trochu. W Rio de Janeiro wybudowano specjalny sambodrom, w Dublinie taką rolę pełnią główne arterie obstawiane barierkami i gromadzące wielotysięczną widownię.

Parada startuje na północnym brzegu rzeki Liffey — w Dublinie wszystko liczy się względem tej płynącej równoleżnikowo rzeki — na otoczonym muzeami Parnell Square i rusza O’Connell Street, czyli najbardziej reprezentacyjnym deptakiem miasta. Dalej przez O’Connell Bridge przechodzi na południową stronę Liffey i najchętniej... skręciłaby od razu w niepozorną Fleet Street i się rozwiązała (o powodach będzie dalej), ale dumnie kroczy dalej przez Dame Street, po drodze mijając najważniejsze obiekty — Trinity College, Bank of Ireland, City Hall, leżący nieco obok Dublin Castle, wspaniałą Christ Church Cathedral i wreszcie po skręcie w lewo dociera do Saint Patrick’s Cathedral. Tam wątek narodowo-religijny się kończy i można się rozchodzić, czyli wracać do kuszącego miejsca, o którym wspomniałem.

Igrzyska piwoszy

Imieniny Patryka to w Dublinie nie tylko parada, lecz pięciodniowy festiwal kulturalny, bogaty spektaklami i prezentacjami, służącymi jednemu celowi — umocnieniu patriotyzmu i narodowej dumy. Czynnikiem zaś absolutnie jednoczącym Irlandczyków jest wspólne picie ogromnych ilości piwa, czemu patronuje, któżby inny, jak święty Patryk. Nawet jego pastorał przypominał łopatkę do mieszania słodu używanego podczas preparowania piwa.

Wspomniana Fleet Street przechodzi w uliczkę Temple Bar, która dała nazwę całej dzielnicy — tętniącej życiem enklawie pubów, kawiarń, restauracji i teatrzyków. Nazwa pochodzi od właściciela tych terenów z XVII wieku sir Williama Temple. Znaczenie dzielnicy podupadło wraz z rozwojem doków na wschodzie miasta. Nie miała ona dobrej sławy. Ale kilkanaście lat temu irlandzki rząd wyłożył duże pieniądze na jej gruntowną renowację i dzięki temu wybrukowana Temple Bar stała się miejscem o niepowtarzalnej atmosferze.

Mieszkając w hoteliku przy samej Temple Bar, miałem wrażenie, że wszystko wokół jest jednym niekończącym się pubem, jedynie ze względów logistycznych podzielonym na dziesiątki odrębnych lokali. Już w zwyczajny wieczór trudno znaleźć w nich miejsce, a w obecnych dniach graniczy to z cudem, zwłaszcza że Guinness czy Kilkenny podawane są 17 marca z tradycyjnym świątecznym opustem. Kto z parady dotrze wcześniej, ma szanse, ale potem nie ma nawet miejsc stojących. Tak zwane „pub crawl”, czyli tradycyjne „czołganie się” od pubu do pubu jest mocno utrudnione. O ile samą paradę wielu ludzi ogląda tylko w telewizji, o tyle w przypadku wspólnego uczczenia świętego Patryka kuflem piwa transmisja nie zastąpi bytności osobistej.

Wzrost widać w dokach

Irlandia jest unijnym tygrysem i żeby nie stworzyć wrażenia, że jej gospodarczy boom przepijany jest w pubach, proponuję spacer z Temple Bar w stronę dublińskiego portu wzdłuż Liffey, rozszerzającej się ku ujściu. Dla otrząśnięcia się z pubowego zgiełku przeszedłem się wieczorem właśnie tam, na teren dawnych doków — i zaparło mi dech z wrażenia. Wzorem Londynu, Dublin dokonuje rewitalizacji miejsc zaniedbanych, a znakomitych pod względem biznesowym. Dopiero w Docklands Area widać wyraźnie skutki wzrostu gospodarczego. To tam lokują swoje wysoko zaawansowane technologicznie inwestycje Irlandczycy z USA, co wyprowadza z równowagi twarde jądro UE. W okolice doków dawniej lepiej było nie wchodzić bez noża, a dzisiaj dominują tam przeszklone centra finansowe i informatyczne, szczególnie efektownie prezentujące się w nocy. Ogromne dźwigi wyznaczają kolejne obiekty.

Jeden nie wyszedł jeszcze z ziemi, a już fascynuje. Nad samym brzegiem portowego Grand Canal rozpoczęła się budowa U2 Tower. To znakomity pomysł promocyjnego wykorzystania nazwy najpopularniejszej irlandzkiej grupy muzycznej. Wykop pod fundamenty tego potężnego wieżowca to nie dół, lecz wręcz ogromne dolisko. Jego dno leży znacznie poniżej poziomu morza, a od wody oddziela go nabrzeże szerokości może dwudziestu metrów. Oddanie U2 Tower, która będzie kolejną wizytówką Dublina, przewidziane jest na rok 2011. Co tam dużo mówić — sláinte!

Możesz zainteresować się również: