Kupcy, przemysłowcy, ziemianie, grynderzy. Prawnicy, architekci, inżynierowie, dziennikarze. Wielu znamienitych i pamięci godnych. Groby wielu, choć okazałe, obrosłe mchem i zapomnieniem.
Za bramą Świętej Honoraty czas zastygł w kamieniu. Uliczny zgiełk cichnie. W kamiennym mieście, krainie zadumy i refleksji, zapach mokrych liści miesza się z zapachem tlących się świec. Jerzy Waldorff mówił: „Stary cmentarz warszawski jest jak olbrzymia księga opisująca w różnych warstwach — bardziej i mniej ważnych, tyczących się spraw publicznych i osobistych — dzieje dwustu lat trudnej sławy i chwały stolicy fatalnie usytuowanej na europejskim rozdrożu. Chodząc od grobu do grobu, jak gdyby się przerzucało karty owej wielkiej księgi do przodu, to znów wstecz. W przeddzień Wszystkich Świętych spacerujemy od grobu do grobu i rzeczywiście, jakbyśmy czytali w wielkim pamiętniku”.
Kocha on swój zakład
Oto postument niewielkich rozmiarów, Pawła Bitschana, kupca i przemysłowca, jak głosi inskrypcja. Rówieśnik Wokulskiego. Nieopodal inny, równie mchem zarosły, starosty ziemskiego, obok kamienny pomnik sędziego Sądu Apelacyjnego, którego rodzina żegnała w 1856 roku. Wiele tu podobnych. Na jednym epitafium: „Xawery Wieliński, zmarły w 1875, kupiec najlepszy i najukochańszy mąż”. Wśród nich, nieopodal bramy, prosty marmurowy nagrobek dyrektora Banku Handlowego Mieczysława Hofmana zmarłego w 1944 roku. Chwila refleksji. Za jego czasów Bank Handlowy (obecnie Citibank Handlowy) był największym prywatnym bankiem na ziemiach polskich i jednym z niewielu prowadzących obsługę finansową handlu z Rosją i Europą Zachodnią. Przetrwał dwie wojny światowe, nie przerywając działalności.
Im dalej ku katakumbom, tym las nagrobków większy. Groby bardziej okazałe, coraz bardziej dostojne się stają i zachwycające formą, rzemiosłem. Za kościołem, nieopodal dwóch sąsiadujących ze sobą kamiennych płyt, jedną — grobem rodziców Fryderyka Chopina — i drugą — Stanisława Moniuszki, rzuca się w oczy grobowiec niezwykły swoim pięknem i kunsztem wykonania. Metalowe kwiaty i liście oplatające krzyż opadają na grób, jakby nie były wykute w niewdzięcznym metalu, lecz stanowiły dzieło natury. Na kamiennej płycie wykute litery: Roman Szewczykowski. To ostatnie dzieło tego słynnego warszawskiego rzemieślnika, właściciela warsztatu artystycznego kowalstwa i ślusarstwa, nie bez powodu nazywanego „żelaznym kwiaciarzem” właśnie z racji niezwykłego kunsztu w odtwarzaniu motywów roślinnych. Zmarł w 1901 roku.
Kilka kwater dalej, wśród starych nagrobków porośniętych trawą, wyłania się grób szczególny, z czarnego marmuru, z obeliskiem i wkomponowanym weń białym popiersiem. Tu spoczywają Honorata i Antoni Blikle (1845-1912), warszawski król cukierników. Rodzina Blikle przybyła do Warszawy z Niemiec. Antoni pracował w cukierni Michalskiego na Nowym Świecie, którą po śmierci pryncypała odkupił w 1869 roku. Ówczesna prasa warszawska pisała o nim „Antoni Blikle — wielce sympatyczny typ przemysłowca, typ, który obecnie stopniowo zanika zarówno u nas, jak i za granicą. Kocha on swój zakład i swoją pracę, wkładając w prowadzony przez siebie interes całą duszę. Dziennikarze, palestra, malarze, artyści, studenci czują się tu jak w domu. Udało mu się stworzyć zakład na wskroś europejski”.
I nie było w tym krzty przesady, bo nawet Charles de Gaulle, wówczas jeszcze oficer misji francuskiej, mieszkający zresztą tuż nad cukiernią, był jej stałym gościem. Lata później wykorzystano nawet ten fakt jako chwyt reklamowy. „Firma Blikle istnieje od ponad stu lat w tym samym miejscu — i to jest cud” — pisze Olgierd Budrewicz w książce „Pięć pokoleń Bliklów”. Rzeczywiście, bo z cudem graniczy fakt, że po powstaniu warszawskim, podczas którego firma kompletnie spłonęła, następcom Bliklego udało się postawić ją na nogi, zwłaszcza że czasy ku temu nie sprzyjały. Cóż, cukiernia przy Nowym Świecie przez długi okres była jedyną wizytówką prywatnego, przedwojennego kapitalizmu w Warszawie. Już za sam fakt istnienia podejrzewano firmę za sympatyzowanie z partią. Niesłusznie, pączki pokonały socjalizm, choć tak naprawdę była to zasługa silnych osobowości Jerzego, a później Łukasza Blikle.
Jam jest winnicą
Kilka kroków dalej, nieopodal grobowca Antoniego Bliklego, tuż przy samych katakumbach, przykuwa wzrok nie mniej okazały grobowiec z wyjątkowym epitafium: „Jam jest winnicą, plon mego żywota napełni kiedyś inną tłocznię i jako młode wino będę przechowan w konwiach wieczystych”.
To grobowiec rodzinny Fukierów — kolejnej legendy starodawnej Warszawy. Tu spoczywa m.in. Florian Fukier (1772-1836), kupiec warszawski. Warszawska rodzina kupiecka Fukierów była boczną linią bankierów niemieckich Fuggerów i osiedliła się w stolicy w 1516 roku, występując pod spolszczonym nazwiskiem Fukierów. Wówczas zajmowała się głównie handlem zbożem i suknem. Z czasem zaczęła handlować winem. Winiarnia Fukiera słynęła zwłaszcza z tokaja. Artur Oppman, młodopolski poeta, pisał o niej w jednym z wierszy: „Tokaj — niczym ulep słodki; po maślaczu wigor wzbiera. Tedy wnijdźmy na te schodki, co prowadzą do Fukiera”.
Tradycją winiarni było dostarczanie wina na koronacyjne uczty królów polskich — ostatnim był Stanisław August Poniatowski. Ale już inne koronowane głowy musiały za fukierowskie wino płacić, i to słono, np. na koronację króla Jerzego VI kupiono od Fukiera aż 25 butelek tokaju. Przed wojną winiarnia Fukiera miała największą kolekcję tokajów na świecie. Jeszcze w sierpniu 1939 roku samego rocznika 1606 było u Fukiera 328 butelek.
Grób Fukierów sąsiaduje z grobowcem Franciszka Nowodworskiego, pierwszego sędziego Sądu Najwyższego Rzeczpospolitej, obok grobowiec kupca Jarockiego, a przy nim monumentalny grób Jerzego Waldorffa. Któż go nie zna, tego ostatniego wielkiego Sarmaty? Morze atramentu można by wylać, pisząc o jego pasjach i dokonaniach. Rzecz ciekawa, otwarcie przyznał kiedyś, że był niewierzący. Ponoć z tego powodu władze kościelne, władające cmentarzem na Powązkach, po wahaniach dopiero przystały na pochowanie Waldorffa na tym cmentarzu, według obrządku katolickiego. Po pogrzebie wystawiono rachunek na 10 tys. zł za miejsce na cmentarzu, na którego rzecz Jerzy Waldorff, wraz z założonym przez siebie w 1977 roku Społecznym Komitetem Opieki nad Starymi Powązkami, przez wiele lat zbierał fundusze. O tempora! o mores! — chciałoby się krzyknąć.
Kilka kroków dalej, niemal na początku alei zasłużonych, jest grób prosty w formie. Zawsze z białymi chryzantemami. Na kamiennej steli napis: Andrzej Woyciechowski. Poeta, dziennikarz, twórca i szef Radia Zet. Odszedł niedawno, w 1995 roku.
Trzy tygodnie przed śmiercią powiedział w jednym z wywiadów: „Radio było i jest moją największą miłością. Chyba od zawsze chciałem pracować w radiu wolnym i niezależnym od polityków, władzy, prezydenta”. W 1990 roku założył Radio Zet.
Zaskoczył wszystkich wywiadami politycznymi z cyklu „Gość Radia Zet”, które sam prowadził, i pierwszym w polskich mediach talk-show „Na każdy temat”. Zmarł, mając raptem 49 lat.
Czekoladki Fuchsa
Omińmy jednak aleję zasłużonych, rozświetloną od pamięci światłem setek zniczy, i zagubmy się w bocznych alejkach, prowadzących do jednego z najbardziej niezwykłych grobowców na Starych Powązkach — rodziny Lilpopów. Po drodze natrafimy na kilka innych, przy których może też warto zapalić światło pamięci. Pamięć to określenie adekwatne, bo o wielu niegdyś zacnych i znanych fabrykantach czy przemysłowcach dzisiaj mało kto pamięta. Choćby o Leopoldzie Julianie Kronenbergu, którego majestatyczny grobowiec wyłoni się po chwili, gdy przejdziemy główną aleją ku V bramie. Któż dzisiaj pamięta, że ten dostojny baron, finansista, przemysłowiec i ziemianin był jednym z założycieli Banku Handlowego w Warszawie, najstarszego banku komercyjnego w Polsce.
Nieco dalej, dosłownie przy samej głównej alei, jest grób, o którym milczą przewodniki. Dwie omszałe kamienne płyty piaskowca z wyrytym napisem ukrytym pod opadłymi liśćmi. Tysiące osób mija go w każde Zaduszki. Litery są ledwo czytelne: „Saml Gerlach”. Samuel Gerlach. O istnieniu jego grobu nie wiedzieli ani urzędnicy w zarządzie cmentarza, których pytaliśmy, ani nawet miejscowy konserwator zabytków.
W 1824 roku Samuel Gerlach uruchomił na Podwalu małą fabrykę noży. Były tak dobre, że sam car Mikołaj I zgodził się, aby warszawski fabrykant cechował je znakiem korony. W tamtych czasach była to rzadkość. Korona po dziś dzień jest znakiem firmowym, bo i firma Gerlach wciąż istnieje.
Dwie alejki dalej dwa grobowce dwóch innych znanych fabrykantów dawnej Warszawy: okazały czarny obelisk Alfonsa Manna (1920-1946) i jego brata Gustawa, właścicieli Fabryki Narzędzi Lekarskich, i nie mniej okazały Franciszka Ksawerego Fuchsa (1798-1885), założyciela słynnej przed wojną fabryki czekolady na Solcu, koło elektrowni. Któż nie znał wtedy czekoladek Fuchsa, które ostro rywalizowały z Wedlem.
Nieopodal zaś, w jednej z cichych alejek prowadzących ku Powązkowskiej, wśród starych pomników przedwojennej inteligencji, znajduje się okazały grobowiec rodziny Marconich. W nim spoczywa Henryk Marconi (1792-1863), architekt, jeden z najwybitniejszych w XIX wieku w Polsce. Z pochodzenia był Włochem. Przyjechał do Polski w 1822 roku jako architekt generała Ludwika Michała Paca. Oprócz pałacu swego pryncypała pozostawił po sobie mnóstwo mniej lub bardziej znanych budowli warszawskich, jak choćby Hotel Europejski, dworzec Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej w Warszawie, zespół budynków wodociągów czy pałac w Jabłonnie.
Kilka alejek dalej, przy jednym z grobowców niedaleko „wieży Lilpopów”, spotykam jegomościa, który fotografuje figurkę anioła. Czyni to niezwykle metodycznie. Po krótkiej rozmowie okazuje się, że to tutejszy konserwator.
— Inwentaryzuję. To kolosalne dzieło, poza Powązkami nikt czegoś podobnego nie robi. Każdy znaczniejszy grobowiec trzeba dokładnie opisać i sfotografować, niekiedy po kilka razy poszczególne elementy. Obecnie mamy zinwentaryzowanych 813 grobów, ale w tym roku będzie już 1250 — tłumaczy Tomasz Rogala.
— Ile pozostało?
— Jakieś 400-500 grobów. Mówimy o samych najważniejszych.
— Po co ta inwentaryzacja?
— Żeby za kilka lat wiadomo było, na jakiej podstawie rekonstruować te groby. One niszczeją w zastraszającym tempie, a nie wszystkie możemy zakonserwować od razu — dodaje Rogala.
Razem idziemy w stronę Lilpopów. Rozmawiamy o rzeźbach nagrobnych.
— To największa ekspozycja rzeźby plenerowej w Europie. Nie ma drugiego takiego cmentarza, na którym można podziwiać tyle znakomitych rzeźb, nawet Verano w Rzymie, Steliano w Genui czy cmentarz w Wiedniu nie ma ich w takiej ilości i tak pięknych — zapewnia Rogala.
Po chwili przystajemy przed grobowcem wyjątkowym. Wysmukła neogotycka wieża, niezwykle harmonijna, wspaniale skomponowana z różnymi detalami, których nie ma w nadmiarze. Ma w sobie tyle ażurów, że mimo swych niemałych rozmiarów wydaje się niezwykle lekka. Choć cała jest z żeliwa. Widać ślady niebieskiej polichromii. Stąd potoczna nazwa: niebieska wieża. Wewnątrz popiersie Stanisława Lilpopa (1817-1866).
— Szlachetna kompozycja. Proszę zwrócić uwagę na stosunek pionu do poziomu, idealnie zachowany. To się rzadko zdarzało; wiele podobnych wież, nawet na Powązkach, to nieporadne bryły — dodaje Rogala.
Rzeczywiście, rodzinny grobowiec Lilpopów robi wrażenie. Nie mniejsze niż osiągnięcia Stanisława Lilpopa za życia. Wielki przemysłowiec i konstruktor. Jeden z pionierów uprzemysłowienia w Królestwie Polskim. Typowy polski grynder.
W 1854 roku wraz z Wilhelmem Rauem przystąpił do spółki Braci Evansów. W roku 1866 Stanisław Lilpop i Wilhelm Rau, zarządcy Rządowej Fabryki Machin, zostali jedynymi udziałowcami fabryki Bracia Evans w Warszawie przy ul. Świętojerskiej. W 1868 roku, po śmierci Stanisława Lilpopa, do spółki dołączył baron Seweryn Loewenstein, wnosząc kapitał, który pozwolił na wykup Rządowej Fabryki Machin na Solcu. W 1872 roku powołano do życia Akcyjne Zakłady Mechaniczne Lilpop, Rau i Loewenstein, w 1873 roku przekształcone w Towarzystwo Przemysłowe Zakładów Mechanicznych Lilpop, Rau i Loewenstein Spółka Akcyjna. W fabrykach na Woli i Solcu powstawały lokomotywy, wagony kolejowe, wagony tramwajowe, nadwozia autobusów, podwozia samochodów ciężarowych (Chevrolet, Buick), silniki spalinowe.
— Gdyby nie miejski konserwator zabytków, większość tych pięknych grobowców na Starych Powązkach przypominałaby romantyczne ruiny. On finansuje mniej więcej w połowie koszty konserwacji. Reszta pochodzi od sponsorów i corocznej kwesty w czasie Zaduszek. Notabene, Waldorff wziął jej pomysł z „Lalki” Bolesława Prusa. Tam właśnie była taka kwesta. Kwesta każdego roku wypada znakomicie — mówi Rogala.
W liściach dębu
Pięć kwater dalej kolejny grób. Inżyniera, którego zna cała Warszawa. Przystajemy przed czarnym monumentem, z którego wyrasta nieduży obelisk. I napis: Stanisław Kierbedź (1810-1899).
— Piękny czarny granit. Ciekawa i nietypowa jak na Powązki forma. Takiej wyrzutni rakietowej nie widziałem na innych cmentarzach. Cokół jest masywny, dynamiczny, taki konstruktorski, a nie miękki i zaokrąglony jak inne. Emanuje z niego potęga i masywność — mówi Rogala.
Z niego wyrasta obelisk, jakby za krótki. Mógłby być dłuższy. W obelisku płaskorzeźba Stanisława Kierbedzia, w liściach dębu. To symbol męstwa, wierności zasadom.
— Trudno na razie stwierdzić, kto jest jej autorem, być może Bolesław Mazurek, on robił takie portrety. Był bardzo popularny w XIX wieku. A grobowiec wykonali, o, tu są inskrypcje: J. Norblin i Stanisław Bartmański. To bardzo dobra pracownia kamieniarska, w niej powstało wiele nagrobków, choćby rodzinna kaplica Kronenbergów — mówi Tomasz Rogala.
Ileż Polska i Rosja, a zwłaszcza Warszawa, zawdzięczają temu słynnemu inżynierowi, budowniczemu mostów i tuneli. Mając zaledwie 30 lat, zbudował pierwszy w Rosji, na Newie w Petersburgu, stalowy most ruchomy. Sensacja jak na owe czasy. Przedsięwzięcie było ryzykowne: głęboka na 12 metrów rzeka, silny prąd, kra w zimie, do tego rzeką muszą jakoś pływać statki. Decyzję o powierzeniu budowy mostu Stanisławowi Kierbedziowi podjął car Mikołaja I. Budowa trwała osiem lat. Powstał most z lanego żelaza o siedmiu przęsłach stałych i jednym zwodzonym. Potem kolejny, tym razem w Warszawie, kratownicowy, zwany mostem Aleksandryjskim, później dopiero Kierbedzia. Pierwszy stały most żelazny na Wiśle — wcześniej ruch odbywał się po moście łyżwowym pomiędzy ulicami Bednarską a Szeroką. Co ciekawe, wpierw miał być kolejowy, ale w trakcie budowy uznano, że powinien być drogowy i takim pozostał. Dzisiaj na jego filarach jest zbudowany most Śląsko-Dąbrowski.
Wracamy przez zasypane złotymi liśćmi alejki Starych Powązek. W melancholii i zadumie. Kiedyś Jerzy Waldorff napisał: „Za bramą wielkiej ciszy... trzeba ocalić świadectwa przeszłości dlatego, bo jakakolwiek była, stanowiła część historii narodu, naród zaś pozbawiony historii przemienia się w bezbronne stado”.
I Tomasz Mann w „Sagach warszawskich” Budrewicza mówi: „Nie bylibyśmy do pomyślenia, nie istnielibyśmy, gdyby nie długi szereg tych, którzy nas poprzedzili i utorowali drogę”.
Pamiętajmy o tym, odwiedzając groby nie tylko naszych bliskich.
