Według wstępnych danych Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej stopa bezrobocia rejestrowanego wzrosła w styczniu do 6 proc. wobec 5,7 proc. w poprzednim miesiącu. Jest to dość istotny wzrost oznaczający, że przybyło prawie 50 tys. nowych bezrobotnych. Styczniowe dane są kontynuacją trendu, który trwa już od ośmiu miesięcy – rosnącej stopy bezrobocia, co w polskiej gospodarce jest pewnym novum.
Jest to obecnie jedno z najbardziej istotnych, a jednocześnie zagadkowych zjawisk makroekonomicznych. Na pierwszy rzut oka trudno stwierdzić, na ile jest to sygnał realnego pogorszenia kondycji rynku, a na ile jedynie szum związany ze zmianami regulacyjnymi.
Od 1 czerwca 2025 r. weszła w życie reforma, która pozwala rejestrować się w miejscu zamieszkania, a nie zameldowania. W rezultacie liczba bezrobotnych, szczególnie wśród osób młodych, drastycznie wzrosła w dużych aglomeracjach, takich jak Kraków, Wrocław czy Warszawa. Od tego momentu bezrobocie rejestrowane skoczyło z 5,1 proc. do 6,0 proc. Słowem: wiele wskazuje na to, że rosnąca stopa bezrobocia w dużej mierze bierze się ze zmiany przepisów. To czysty szum, niezależny od koniunktury, sytuacji finansowej firm czy decyzji o zwolnieniach. Sam wzrost w styczniu aż o 0,3 pkt proc. wynika również z sezonowości zatrudnienia.
Ale, ale. W danych widzimy również spadek wskaźnika nieobsadzonych miejsc pracy, czyli wakatów. Pokazuje on, jaki jest realny apetyt firm na zatrudnianie nowych pracowników. Wskaźnik ten zmniejszył się z 1,3 pkt pod koniec 2022 r. do 0,8 pkt w trzecim kwartale 2025 r. Jest to poziom porównywalny z obserwowanym w czasie pandemii, a nie licząc roku covidowego – najniższy od 2016 r. Idźmy dalej: zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw kurczy się w tempie 0,7 proc. r/r, co ostatni raz miało miejsce również podczas pandemii, a wcześniej w trakcie kryzysu zadłużeniowego w strefie euro w latach 2012-13.
Innymi słowy: jeżeli ktoś twierdzi, że sytuacja na polskim rynku pracy istotnie pogorszyła się w ostatnim czasie, ma na uzasadnienie tej tezy solidny arsenał danych.
Fundamentalnie jednak najbliższa rzeczywistości jest taka oto teza: popyt na pracę nieco osłabł, ale rynek wcale nie jest w złej kondycji. Stopa bezrobocia BAEL, tworzona na podstawie ankietowych badań ludności, wzrosła z 2,8 proc. do 3,2 proc. w ciągu ostatnich dwóch lat. Są to marginalne zmiany, niemal w granicach błędu statystycznego. Nie jest to zmiana, na podstawie której można wnioskować, że coś na rynku pracy pęka.
Najważniejszą i często niedocenianą miarą pozostaje wskaźnik zatrudnienia, który pokazuje relację osób pracujących do całkowitej dostępnej podaży pracy. Im wyższy wskaźnik, tym lepsze wykorzystanie zasobów siły roboczej. Według niektórych to właśnie on najlepiej pokazuje siłę gospodarki. Na przykład znany amerykański bloger Noah Smith często odwołuje się do niego, argumentując, że rynek pracy w USA ma się całkiem dobrze mimo obaw o losy białych kołnierzyków. Jest w tym sporo racji. Gdyby rynek pracy istotnie słabł, wskaźnik ten powinien spadać, jak miało to miejsce w Grecji czy Hiszpanii po światowym kryzysie finansowym. Tymczasem w Polsce jest on na rekordowym poziomie i według ostatnich danych wynosi 79,1 proc.
Podsumowując: paradoks rosnącego bezrobocia i spadającego zatrudnienia w firmach przy jednoczesnym rekordowym wskaźniku zatrudnienia dowodzi przede wszystkim, że polski rynek pracy nie tyle traci impet, co po prostu kurczy się pod dyktando demografii. Popyt na pracę jest nieco słabszy niż średnio w ostatnich latach, ale daleko nam do sygnałów kryzysu.
