Tajlandia kupuje polską żywność

Tadeusz Deptuła
opublikowano: 20-05-1999, 00:00

Tajlandia kupuje polską żywność

Bangkok może być rajem nie tylko dla polskich turystów

SILNA EKIPA: Obecna ekipa rządowa to są absolwenci najlepszych uniwersytetów europejskich czy amerykańskich, którzy realizują bardzo rozsądną i wyważoną politykę — dowodzi Krzysztof Szumski, dyrektor Departamentu Azji, Australii i Ameryki Łacińskiej w Ministerstwie Spraw Zagranicznych.

Tajlandia kojarzy się głównie z turystycznym rajem. Tymczasem szanse zaistnienia na tym rynku mają nie tylko biura turystyczne, ale także polscy producenci przetworów spożywczych czy np. dostawcy samolotów rolniczych.

— Tajlandia to ponad 60-milionowy rynek, dysponujący znacznymi pieniędzmi, na którym konkurują znane firmy azjatyckie, amerykańskie, australijskie i europejskie. Jest więc to rynek trudny, ale warto o niego walczyć. Niestety, stan naszych kontaktów wyraźnie nie odpowiada potencjalnym możliwościom — zapewnia Krzysztof Szumski, dyrektor Departamentu Azji, Australii i Ameryki Łacińskiej w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, ambasador Rzeczypospolitej w Królestwie Tajlandii w latach 1993-97.

Kraj wielkich szans

Z Tajlandią Polska ma podpisany pełen komplet umów. Wymiana odbywa się na bazie wolnodewizowej umowy handlowej z 1980 roku wprowadzającej m.in. klauzulę najwyższego uprzywilejowania. W zasadzie nie ma tu żadnych ograniczeń, choć ostatnio sprawy trochę się skomplikowały ze względu na wprowadzenie przez Bangkok ceł antydumpingowych na polską stal, stanowiącą znaczącą część naszego eksportu.

Spadek kursu bahta sprawił, że towary tajskie stały się bardzo konkurencyjne i łatwo wchodzą na nasz rynek. Importujemy głównie obuwie, tekstylia, ubrania, sprzęt elektroniczny, konserwy rybne i przetwory z owoców tropikalnych. Nasze obroty z Tajlandią plasują ten kraj na 3-4 miejscu w regionie.

Trudna sztuka negocjacji

— Zachęcałbym wszystkich polskich eksporterów do działalności na tym rynku Jest wiele obiecujących nisz towarowych. Myślę, że mają tu szansę np. polskie firmy wędliniarskie, mleczarskie. Inna perspektywiczna dziedzina to produkcja energii. Rysują się też możliwości sprzedaży samolotów rolniczych i lekkich, np. Wilg do patrolowania dżungli. Jest to jednak rynek, o który trzeba walczyć. Pierwsze kroki należy stawiać przy pomocy dobrego agenta, który wskaże godne zaufania firmy. Najlepszą metodą jest tworzenie spółek joint venture. Potrzebna jest także skuteczna reklama, marketing, sieć przedstawicielstw i agentów — mówi Krzysztof Szumski.

Przykładem polskiej nieskuteczności były nieudolne próby sprzedaży śmigłowca Sokół. Gdy Tajowie zorientowali się, że wyłączność na Tajlandię ma aż trzech przedstawicieli Świdnika, to natychmiast wycofali się z transakcji.

Każdy, kto chciałby robić tam interesy, musi nauczyć się trudnej sztuki kontaktów z Tajami. Są to ludzie bardzo dumni, a jednocześnie zwracający uwagę na formy grzecznościowe. Nieraz ta grzeczność wprawia Europejczyków w zakłopotanie. Tajowie nigdy nie odpowiadają wprost — nie. Zawsze czynią to przez jakieś porównania, przenośnie, co oznacza, że nie do końca zgadzają się na nasze propozycje. Trudno zdobyć ich przyjaźń, a jeśli już się to uda, to trzeba umieć ją pielęgnować. Są bowiem bardzo wyczuleni, potrafią obrażać się z powodów, które dla nas, Europejczyków, są niezrozumiałe.

Różnice w sposobie robienia biznesu na Wschodzie i w Europie, to poważna bariera dla rozwoju współpracy gospodarczej, którą pokonać można jedynie dzięki długofalowemu programowi, a nie pojedynczym akcjom promocyjnym.

W 1997 roku Tajlandię odwiedziło 6,5 mln turystów, przy czym pobyt trwał średnio tydzień, a nie tak jak w Polsce — kilkadziesiąt godzin. Sam pobyt w Tajlandii jest bardzo tani. Załamanie gospodarcze, dewaluacja bahta i intensywna promocja na świecie spowodowały rozkwit turystyki — rośnie liczba gości, hotele są pełne. A trzeba przyznać, że nie mają sobie równych w tej klasie w Europie.

Mekka dla turystów

— Dotychczas ambasada Tajlandii w Warszawie wydawała kilkaset wiz miesięcznie. W ubiegłym roku wydaliśmy ich 6 tys. To jest swoisty rekord — cieszy się przedstawiciel ambasady.

Te 6 tys. stanowi tylko część ogólnej liczby rodaków odwiedzających Tajlandię.

— Całej zachodniej Polsce jest bliżej do Berlina niż do Warszawy, a niemieckie biura podróży mają ofertę tańszą niż polskie, dlatego też mieszkaniec np. Zielonej Góry wybiera podróż do Bangkoku z Berlina — tłumaczy Dariusz Pałęcki, dyrektor Narodowego Ośrodka Informacji Turystycznej Królestwa Tajlandii i Biura Podróży Polish Travel.

To samo dotyczy południa Polski, które próbują przejąć Czesi. Fischer, działające tu czeskie biuro podróży, oferuje dwutygodniowy pobyt w Tajlandii o 20-40 proc. taniej niż firmy krajowe.

— Nie wiem, z czego wynikają tak wysokie ceny polskich biur. Chyba nie z ceny przelotów, bo my też wysyłamy naszych klientów rejsowymi samolotami czeskich linii — zastanawia się Iwona Czechowa, szefowa Fischer Polska.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Tadeusz Deptuła

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Tajlandia kupuje polską żywność