Trenerzy lepszego i gorszego sortu

Kariera i praca Unikaj szarlatanów i showmanów. Jeśli szkoleniowiec obiecuje zbyt wiele, w twojej głowie powinna zapalić się czerwona lampka

Jedno zgniłe jabłko może zepsuć całą beczkę zdrowych, dobrych jabłek — głosi stare, angielskie przysłowie, którym psycholog Tomasz Witkowski rozpoczyna swoją najnowszą książkę „Psychoterapia bez makijażu”. Dlaczego przytoczył akurat tę ludową mądrość? Autor od lat demaskuje różne nadużycia i mity psychologii — nie tylko popularnej, ale także tej wykładanej na renomowanych uczelniach. A ponieważ nie wszyscy jego koledzy po fachu dobrze znoszą krytykę, często jest posądzany o „wyciąganie takich właśnie zgniłych jabłek i epatowanie nimi, podczas gdy, jak wszyscy dobrze wiedzą, większość jabłek w beczce jest zdrowa”. Towarzyszy temu argumentacja w rodzaju: krzywda doznana od lekarza nie świadczy o tym, że medycyna jest z gruntu zła. Fuszerka, której dopuścił się mechanik samochodowy, nie oznacza, że jego branża jest do niczego. I jeśli komunista okazał się złym człowiekiem, nie oznacza to, że komunizm jest złym systemem… „Zaraz, zaraz. Czy aby na pewno? Czy zgniłe jabłko gnije wyłącznie od środka? Zawsze?” — docieka bezkompromisowy psycholog. Jego zdaniem, niekiedy zgnilizną przeżarta jest beczka, czyli problem tkwi jednak w systemie, a nie w poszczególnych jego przedstawicielach.

OSTRZEŻENIE:
Zobacz więcej

OSTRZEŻENIE:

W przypadku coachów niebezpieczeństwem jest to, że mogą od siebie uzależniać. Jeszcze łatwiej jest o to w terapii — mówi Tomasz Witkowski, psycholog, założyciel szkoły coachów Moderator i autor książki „Psychoterapia bez makijażu”. Fot. Marek Wiśniewski

Czy metafora zepsutych jabłek i beczki pasuje także do rynku szkoleń? — zapytaliśmy Tomasza Witkowskiego, zwłaszcza że we Wrocławiu prowadzi znaną szkołę Coachów, Moderator, i pisze podręczniki dla trenerów. Odpowiedział jednoznacznie, że nie można uogólniać — każdy zawód niesie z sobą inne pokusy.

— W coachingu częstym nadużyciem jest zapewnianie, że osiągniesz wszystko, jeśli się tylko postarasz. A jeżeli nie idzie ci w życiu, najwidoczniej brakuje ci motywacji. To ideologiczne założenie pomija ograniczenia fizyczne, psychologiczne i intelektualne, które w różnym stopniu dotyczą każdego z nas — uważa psycholog.

Optymizm jak narkotyk

Chcieć, znaczy móc — głoszą mówcy motywacyjni. A wiele historii sukcesu zdaje się to potwierdzać. Według eksperta, zmarnujemy swoje życie, jeśli spędzimy je w pogoni za mrzonkami. Pewne specjalności, zawody i osiągnięcia nie są dla nas. Wbrew słynnej teorii 10 tysięcy godzin,która mówi, że potrzebujemy co najmniej tyle czasu, by stać się mistrzem w dowolnej dziedzinie — czy jest to programowanie, czy taniec klasyczny, czy gra na fortepianie.

— Totalna bzdura. Jeśli nie mamy słuchu, to i 200 tysięcy godzin ciężkich ćwiczeń nie wystarczy, by zostać zawodowym muzykiem — ocenia nasz rozmówca.

Z niektórymi predyspozycjami przychodzimy na świat, z innymi nie? Większość geniuszy muzycznych — argumentuje autor „Psychoterapii bez makijażu” — to jednostki uzdolnione genetycznie, zaczęły się uczyć grać bardzo wcześnie, zwykle przed czwartym rokiem życia. A w ich rodzinach pielęgnowano tradycje muzyczne i — mówiąc współczesnym językiem — były coachowane przez ojca lub matkę.

— Zakrojone na szeroką skalę badania nad bliźniakami jednojajowymi, czyli mającymi ten sam garnitur genów, wskazują, że około połowa potencjału intelektualnego jest dziedziczona genetycznie — zwraca uwagę Tomasz Witkowski.

Swojego środowiska nie idealizuje również Cezary Kacprzak, szkoleniowiec, trener sztuk walki, coach i lektor. Przyznaje, że w niektórych sprawach powinni się podciągnąć zwłaszcza ci, którzy stawiają pierwsze kroki w zawodzie. Dobrego szkoleniowca — podkreśla — poznaje się po trzech rzeczach: umie dopasować się do prowadzonej osoby lub grupy, dąży do równowagi między wiedzą a umiejętnością jej przekazania, wreszcie wykazuje ciągłą gotowość uczenia się, próbowania nowych metod i otwartość na cudze rady.

Z dopasowaniem się jest jak z grą na skrzypcach. Można mieć dobrą technikę, wiedzieć, jak władać smyczkiem i układać palce na strunach, by wydobywać odpowiednie dźwięki. Jeśli jednak instrument nie jest nastrojony, słuchacze prawdopodobnie zatkają sobie uszy.

— Z początkującymi szkoleniowcami czasem bywa podobnie. Tak się skupiają na przekazywanych treściach, pilnowaniu czasu, obsłudze projektora, że zapominają o swoich kompetencjach miękkich: kontroli emocjonalnej, pracy głosem, aktywnym słuchaniu, doborze słów, podążaniu za celami pobocznymi osób szkolonych i wplataniu ich w szkolenie — opisuje Cezary Kacprzak.

Efekt? Między szkoleniowcem a szkolonymi powstaje mur, którego nie są w stanie zburzyć nawet atrakcyjne treści, świetnie dobrane slajdy i multimedialne fajerwerki.

— Czasami trenerzy nawet nie nawiązują kontaktu wzrokowego z grupą. Potem się dziwią, że na ich zajęciach jedni szeptali coś do drugich, inni zajmowali się swoimi smartfonami, jeszcze inni ziewali lub chrząkali ze zniecierpliwienia — ujawnia doradca.

Jako drugi problem młodych trenerów wskazuje rozbieżność między wiedzą a warsztatem i sztuką wystąpień publicznych.

— Wiedza merytoryczna bez umiejętności prezentacyjnych zwykle skutkuje nudnym wykładem. Natomiast umiejętności bez wiedzy, przygotowania, zgłębienia tematu to czyste showmeństwo. Sceniczna swoboda, żarty, anegdoty, a także zdolność porwania sali — to wszystko jest pożądane i świetne, gdy ułatwia uczestnikom zrozumienie trudnych niekiedy zagadnień, ale nie wtedy, kiedy zastępuje jakąkolwiek treść — mówi Cezary Kacprzak.

Trzecia słabość — szczególnie początkujących trenerów — to obsesyjne trzymanie się sprawdzonych patentów, odmowa rozwoju. — Często zderzam się z sytuacją, że szkoleniowiec nie chce się uczyć, słyszeć o swoich błędach, korzystać z rad innych. Gdy coś mu sugerujesz, podsuwasz mądrą książkę, proponujesz wypróbowanie nowej techniki, broni się niezmiennymi: „tak, ale…” lub „to brzmi świetnie, ale...” — opowiada Cezary Kacprzak.

Sława to nie wszystko

Jak odróżnić wartościowych szkoleniowców od byle jakich? Powstają stowarzyszenia firm szkoleniowych, które tworzą i rozpowszechniają standardy profesji. Dzięki nim rynek się trochę cywilizuje, ale z naciskiem na „trochę”. Zawód nie jest prawnie uregulowany — przypomina Tomasz Witkowski. Każdy może otworzyć swój gabinet i wydrukować wizytówki ze słowem „trener”, „coach” lub „konsultant” pod nazwiskiem.

— Najlepiej polegać na zdrowym rozsądku. Jeśli szkoleniowiec obiecuje zbyt wiele, powinna zapalić się w naszych głowach czerwona lampka — podpowiada szef szkoły Moderator.

A czy znane z mediów nazwisko, referencje od prestiżowych klientów i status autora bestsellerowych poradników to nie wystarczające przesłanki, by zatrudnić tego lub innego guru biznesu?

— Telewizyjna sława nie jest gwarancją jakości, a tylko gwarancją prestiżu. To jak założenie markowego garnituru i zegarka. Media nie dysponują żadnymi narzędziami do pomiaru lub oceny wartości szkoleniowca — uświadamia Tomasz Witkowski.

Rezygnację z trenerów stanowczo odradza. Uzasadnia to m.in. badaniami amerykańskiej agencji rządowej, które dotyczą zawodów przyszłości: w perspektywie najbliższych 10-15 lat najbardziej poszukiwany będzie monter instalacji fotowoltaicznych. Na piątym miejscu, czyli wysoko w rankingu, znalazł się osobisty doradca zawodowy. Nasi dziadkowie i ojcowie zmieniali pracę raz w życiu lub wcale — my robimy to kilka razy. Jak więc seniorzy mogliby nam przekazać umiejętności w tej dziedzinie?

Weź udział w V edycji kongresu "HR Summit", 12-13 września 2018 r., Warszawa >>

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Mirosław Konkel

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Puls Firmy / Trenerzy lepszego i gorszego sortu