TRZEBA MÓWIĆ O MAMONIE

Surmacz Wojciech, Kowalczuk Wojciech
11-12-1998, 00:00

TRZEBA MÓWIĆ O MAMONIE

Z DALA OD BIZNESU: Nie czuję się na tyle wypalony artystycznie, by tym się zająć. Nie chcę być biznesmenem, który od czasu do czasu wychodzi na scenę.

Grzegorz Ciechowski, lider funkcjonującej od początku lat 80. grupy rockowej Republika z jednakowym powodzeniem zarabia dzisiaj na własnych produkcjach muzycznych i na promocji młodych artystów. Polski rynek fonograficzny ocenia krytycznie, nie myśli jednak o założeniu własnej wytwórni.

„Puls Biznesu”: Pierwsze pytanie musi być związane z „Mamoną”. Napisał Pan piosenkę, w której otwarcie przyznaje, że ma służyć tylko do zarabiania pieniędzy. Proszę się z tego wytłumaczyć. Jaki jest Pana stosunek do mamony?

Grzegorz Ciechowski: Im bardziej ktoś chce uchodzić za artystę, z tym większym wstrętem podchodzi do rozmów o pieniądzach. Zazwyczaj artyści uznają rozmowę na ten temat za coś wstydliwego. A ja uważam, że mamona jest tematem bardzo pożądanym w tym środowisku. Tacy ludzie jak ja tworzą piosenkę, piszą muzykę, aranżują, dopisują do niej tekst. Mówienie, że jest ona przeznaczona wyłącznie do celów artystycznych, byłoby dziwaczną kokieterią. Proceder, który uprawia muzyk nagrywając i wydając płytę wskazuje na to, że właściwie robi to dla mamony. Nie ma takich mechanizmów, które są w stanie go z tego podejrzenia oczyścić. On nie może powiedzieć wydawcy „Pragnę jedynie poinformować swoich fanów, że kocham panią Kasię. Chcę to zrobić jak najpiękniej i nie chcę z tego żadnych pieniędzy. Proszę więc sprzedać moją płytę w trzech tys. egzemplarzy”.

Oczywiście każdy chce zachować dziewictwo i jednocześnie mieć dużo przyjemności. A to jest niestety niemożliwe. Artysta liczy się z tym, że kiedy informuje ogół o miłości do pani Kasi, to trochę pieniędzy mu z tego spłynie. Im bardziej autentyczny jest komunikat zawarty w piosence, tym łatwiej jest je zarobić. Gorzej kiedy widzimy, że te emocje są sztuczne. Powstaje opis nieprawdziwej miłości tylko po to, żeby zarobić pieniądze. To już jest pewna nieudolność.

— Czyli „Mamona” jest raczej bolesną szczerością czterdziestolatka niż echem jakiejś kontestacji?

— Myślę, że tak. Jest to bolesna szczerość, ale nie obawiam się konsekwencji. To wiarygodna wypowiedź z mojej strony. Nie wiem, czy wyobrażacie sobie panowie, że typowo popowy artysta wychodzi z chórkami i śpiewa, iż jest to piosenka dla pieniędzy. Ludzie pogoniliby go ze sceny, bo poczuliby się obrażeni. A tymczasem Republika śpiewa to na koncertach i ludzie się cieszą, bo wiedzą, że tak jest naprawdę.

— Czy płyta „ojDADAna” była zrobiona z czystym wyrachowaniem? Wtedy akurat panował boom na muzykę etniczną. Czy to było zagranie czysto rynkowe?

— W pewnym sensie oczywiście to było zagranie rynkowe. Bardzo spieszyłem się z tym projektem. Krótko mówiąc, nie chciałem, żeby ktoś wcześniej zepsuł reputację tego rodzaju muzyki. Bardzo lubię tę płytę. Ale nie tylko dlatego udało mi się ją nagłośnić. Pomogli mi również przeciwnicy tej płyty. Byli tak mocno urażeni moim wtargnięciem w gatunek muzyki, którą sami uprawiali, że swym krzykiem i histerią spowodowali, że sporo osób zwróciło na nią uwagę. To było bardzo dobre posunięcie.

— A jak często stosowane są tego typu chwyty na rynku muzycznym?

— To jest kwestia wyczucia. Niestety, dopiero po wydaniu płyty można powiedzieć, czy to był trafiony pomysł. Dobrym przykładem jest pierwsza płyta Justyny Steczkowskiej. W tamtym przypadku udało się wytworzyć atmosferę artyzmu i wszystko było dobrze poukładane. To świetnie zadziałało. Natomiast później pracowałem nad płytą Krzysztofa Antkowiaka. Wydawało się, że wszystkie elementy układają się w dobrą sekwencję. Antkowiak to młody przystojny chłopak, a takich brakuje na rynku. Ma świetną barwę głosu, świetnie śpiewa i dobrze komponuje. Napisałem mu teksty, które moim zdaniem dawały mu sporo wiarygodności. Tymczasem nad płytą zapanowała kompletna zmowa milczenia i rynek nie zareagował. Pewnie to odpowiedź na błędy, jakie musieliśmy popełnić. Teraz je łatwiej przeanalizować, ale w trakcie pracy trudno było je przewidzieć.

— Wspomniał Pan o kryteriach doboru osób, w które Pan inwestuje. Liczy się głos, wygląd, artysta musi być akceptowany przez słuchaczy. Co jeszcze się bierze pod uwagę?

— To są nawet późniejsze elementy. Dla mnie najważniejsza jest tzw. identyfikowalność i charyzma. Ich nie da się zbudować. Często się mówi, że taki boysband czy girlsband to są rzeczy produkcyjne. Niektórzy twierdzą, że wystarczy wymyśleć repertuar, zorganizować parę castingów i sprawa załatwiona. To nieprawda. Uważam, że nawet te najbardziej popowe produkty wymagają oparcia się na kimś, kto ma dużą charyzmę i jest indywidualnie rozpoznawalny.

— Jak Pan już znalazł takiego człowieka z charyzmą, to ile trzeba w niego zainwestować?

— Z jednej strony, przede wszystkim występuję jako wolny strzelec. Z drugiej, staram się tak robić, żeby ta młoda osoba miała zaplecze w postaci wytwórni płytowej. W moim przypadku właściwie zawsze jest to Pomaton EMI. Mam z nimi wypracowane metody działania. Praktycznie biorę na siebie odpowiedzialność za całą stronę aranżacyjno-producencką. Nieraz bywa tak, że właściwie zaczynamy od zera. Teraz rozpoczynam pracę z Kasią Groniec nad jej debiutancką płytą. Według mnie, jest to świetna dziewczyna, z dużą charyzmą. Budujemy repertuar. Niekoniecznie jestem jego pomysłodawcą, natomiast muszę być przy jego doborze. Jak wygląda ta praca? Najpierw to seria spotkań, na których uzgadniamy z artystą główną drogę, którą mamy podążać. Nieraz doprowadzamy do tego, że z 20 piosenek powstaje 8. Potem zaczyna się robota polegająca na aranżacji. Jak już to jest dopięte, to wchodzimy do studia.

— A jakie są etapy finansowania i promowania płyty ?

— Najpierw trzeba mnie zatrudnić. Potem otrzymuję ustalony udział procentowy od wartości sprzedaży płyty. Ile? Mogę powiedzieć, że jest to standard europejski. Oczywiście na początku biorę jakąś zaliczkę. Im projekt wydaje mi się bardziej wątpliwy, tym jest wyższa. Ale ponieważ raczej zajmuję się rzeczami, w które wierzę, te zaliczki nie są duże. Produkcja płyty i sama promocja to czynności, które należą już do wytwórni. Promocja jest prowadzona dwutorowo. Z jednej strony — żeby promować tego typu projekt — staram się wykorzystać zainteresowanie mediów moją osobą. Z drugiej strony, firma prowadzi działania w prasie i innych mediach, produkując na przykład wideoklipy. Firmy mają określone budżety i im bardziej wierzą w projekt, tym bardziej są w stanie je powiększać. Ale ostatnio w wytwórniach panuje dość histeryczna atmosfera. Powodem jest piractwo. Budżety wideoklipów dramatycznie spadają. Mam nadzieję, że to się szybko wyjaśni, bo działania przeciw piractwu są podejmowane dosyć ostro. W tej właśnie sprawie pod koniec grudnia wraz z grupą wydawców i artystów złożymy wizytę premierowi Buzkowi.

— Z tym problemem wiąże się następne, trochę przewrotne pytanie. Czy cieszy się Pan, że Pańskie płyty są „piratowane”?

— Kiedyś rzeczywiście tak się mawiało. Pamiętam czasy, kiedy piractwo było właściwie prawnie dozwolone. Ale różnica między ceną w sklepie a piracką kopią była niewielka. Poza tym piraci odprowadzali opłaty do ZAiKSu. Ówczesny rynek nie był uporządkowany: stare molochy w rodzaju Polskich Nagrań powoli umierały, a duże, zachodnie firmy fonograficzne jeszcze nie weszły na rynek. Wtedy rzeczywiście cieszyłem się z tego „piratowania”. W tej chwili sytuacja jest zupełnie inna. Gdybym poznał przypadkowo Ormianina — głównego szefa piratów, a on powiedziałby, że właśnie kopiuje moją płytę, to starałbym się wypić z nim każdą ilość wódki tylko po to, by tego nie robił. Bo wydaje mi się, że w tej chwili to jedyna metoda zapobiegania piractwu.

— Wracając do tematu artystów, którym produkował Pan nagrania. Kto był takim strzałem w dziesiątkę?

— Muszę o tym mówić trochę ambiwalentnie. Pierwsza płyta Atrakcyjnego Kazimierza była strzałem w dziesiątkę. Potem się „rozmył” i roztrwonił wszystkie atuty, które zdobył na początku. Ciekawe, jak dalej będzie z Justyną Steczkowską. Bo już wiem, że następne płyty będzie chciała produkować sama. Prawdę mówiąc, jestem tym trochę zaniepokojony.

— A jakim stopniem ryzyka obarczony jest rynek muzyczny?

— Bardzo wysokim. Myślę, że wytwórnie muzyczne, które powstały na początku lat 90. i zostały wchłonięte przez duże zachodnie koncerny, nie są w stanie wygenerować z siebie sił, które fachowo oceniłyby ten stopień ryzyka. Brakuje im przede wszystkim doświadczenia i kompetencji. To wymaga po prostu czasu. Myślę, że za jakieś 15 lat firmy, które zostaną na rynku, będą charakteryzowały się dużo większą fachowością.

— Dlaczego, dysponując takim doświadczeniem, nie założył Pan własnej firmy?

— Nie czuję się na tyle wypalony artystycznie, by tym się zająć. Nie chcę być biznesmenem, który od czasu do czasu wychodzi na scenę.

„Gdybym poznał przypadkowo Ormianina — głównego szefa piratów, a on powiedziałby, że właśnie kopiuje moją płytę, to starałbym się wypić z nim każdą ilość wódki tylko po to, by tego nie robił. Bo wydaje mi się, że w tej chwili to jedyna metoda zapobiegania piractwu”.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Surmacz Wojciech, Kowalczuk Wojciech

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Gospodarka / TRZEBA MÓWIĆ O MAMONIE