Uprośćmy procedury, a znikną wszystkie bariery

Agnieszka Zielińska
opublikowano: 23-05-2006, 00:00

Budowa to dziś znikoma część inwestycji. Wielokrotnie dłużej trwa jej przygotowanie i walka z biurokracją — ostrzega Jacek Koziński.

„Puls Biznesu”: W 1981 r. na zlecenie Solidarności przygotowano raport dotyczący kondycji budownictwa. Jakie wnioski płyną z niego po latach?

Jacek Koziński: Lektura opracowania przygotowanego na zlecenie Regionu Mazowsze nawet po 25 latach jest pouczająca. Zwraca uwagę proste rozróżnienie: to, co zależało od rynku — przestało być problemem, a to, co związane było z postawą władz i zmianą prawa — jest nierozwiązane do dziś. Jeśli tego nie zmienimy, to za kolejne 25 lat sytuacja naszych dzieci będzie dokładnie taka sama, jak nasza dziś.

Co złego jest w obecnym prawie budowlanym, co przeszkadza w prowadzeniu inwestycji?

Niedawno zrobiliśmy symulację. Do naszych codziennych działań inwestycyjnych przymierzyliśmy prawo budowlane z 1927 r. Okazało się, że w świetle ówczesnych regulacji ponad 80 proc. naszych działań jest niepotrzebnych i bezproduktywnych.

Co przeszkadza najbardziej?

Obecnie sama budowa jest znikomą częścią inwestycji, to przygotowanie jej trwa wielokrotnie dłużej. Przyczyny tej sytuacji są głębokie, tkwią niemal w wymiarze ustrojowym. Wciąż pokutuje przekonanie, że władza musi być restrykcyjna i kontrolować wszystko, co robią obywatele. Najłatwiej sprawdzać papiery, więc sprawy formalne stały się ważniejsze niż samo budowanie. Zamiast rozstrzygać rzeczywiste problemy: inżynierskie i projektowe — walczymy z upiorną biurokracją. Skutki tej sytuacji są rozległe. Zajmujemy się działaniami, które nie mają żadnego sensu. To upokarzające i demoralizujące...

Na przykład?

Jeżeli porównamy załączniki, które dziś trzeba złożyć do projektu, z tymi, które składało się przed wojną czy nawet jeszcze 20 lat temu, okaże się, że obecnie potrzeba dziesięć razy tyle dokumentów. I to wcale nie oznacza, że są one niezbędne — większość to sprawy absurdalne. Konkretny przykład? Projekt stodoły, wieś pod Górą Kalwarią. Musieliśmy go uzgadniać w Wojewódzkim Sztabie Zarządzania Antykryzysowego... Może dlatego, że to była duża stodoła.

Więcej papierów to wydłużenie czasu inwestycji. W efekcie — wzrost kosztów. A obniżenie ich nie wymaga wcale nakładów z budżetu. Wystarczy uporządkować i uprościć — szkodliwe w obecnym kształcie — prawo budowlane, a także usprawnić działanie administracji publicznej w taki sposób, aby wspomagała budownictwo, a nie je torpedowała. Po pierwsze — nie szkodzić!

Pana zdaniem, zmiany, które nastąpiły w prawie budowlanym w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat, nie tylko nie uprościły przepisów, ale wręcz je skomplikowały?

Tak. Wyrywkowo porównaliśmy niektóre rozdziały prawa budowlanego z 1927 r. z obecnymi. W niektórych przypadkach doszliśmy do współczynnika 150.

Co to znaczy?

150 razy zwiększyła się objętość obecnego prawa budowlanego w stosunku do przedwojennego. Jednej stronie tamtej ustawy odpowiada dziś gruba książka. Tak obszerne prawo musi być złym prawem, nie tylko dlatego, że w takiej ilości przepisów siłą rzeczy pojawia się wiele sprzeczności. Moim zdaniem, tak głębokie wnikanie w prawa obywatelskie jest niezgodne z konstytucją. Skrajnym przejawem tego interwencjonizmu są drzwi do WC. To właśnie ich szerokość w pierwszej kolejności sprawdza dziś urzędnik. Nawet w prywatnym domku. To niestety nie jest żart! Przepisy techniczne, jakim podlegają budynki, są tak rozbudowane, że trudno jest w nich znaleźć to, co jest naprawdę istotne. Rezultat? Masa drobiazgów, które nieoczekiwanie mogą stać się barierą nie do pokonania.

Przed wojną popularna była koncepcja rozwoju budownictwa jednorodzinnego. Nawiązywał do niej program Tani Dom Własny. Dziś o tym się nie mówi. Czy powinien powstać program rozwijający budownictwo jednorodzinne?

Aktualnie całe budownictwo jest... chore. Buduje się u nas zaledwie 100 tys. mieszkań rocznie, podczas gdy potrzebujemy 1,5 miliona. I jeżeli wciąż będziemy w tym tempie budować, to liczba budynków wycofywanych z użytkowania będzie zbliżona do liczby budowanych. Tymczasem kondycja budownictwa wpływa na los wielu rodzin, także na demografię. Mówiąc wprost — niedobór mieszkań to niedobór dzieci. Ten dyskomfort rzutuje i na samopoczucie społeczeństwa, i na odbiór władzy.

Na Zachodzie stworzono programy wspierające budownictwo i upraszczające procedury. Rezultatem był rozwój budownictwa mieszkaniowego. Dlaczego u nas jest to niemożliwe?

Gdyby uproszczono prawo i ograniczono administrację, to takie modele funkcjonowałyby również u nas. Tymczasem działalność dewelopera w Polsce przypomina ruletkę. Z jednej strony — potencjalnie olbrzymie zyski, z drugiej — gigantyczne ryzyko inwestycyjne.

Ryzyko w sytuacji tak dużego popytu?

Niestety, tak. Wystarczy popatrzeć na olbrzymią rotację firm deweloperskich. Na rynku warszawskim tylko kilka z nich ma w dorobku więcej niż trzy osiedla. Powodem tej sytuacji jest fakt, że deweloperzy działają bez żadnego zabezpieczenia prawnego. Urząd może w każdej chwili wstrzymać inwestycję — co oznacza bankructwo całego przedsięwzięcia. I nikt za to nie odpowiada! Absolutną normą jest przeciąganie każdej, nawet drobnej sprawy miesiąc czy dwa. Nikt już nie próbuje się skarżyć. Gdyby w Polsce działał sprawny aparat sprawiedliwości, a przedsiębiorcy mogli skarżyć urzędy o skutki ich decyzji — szybko by się to skończyło. Dziś nie ma sposobu na administrację. Nie ponosi ona odpowiedzialności nawet za bezpodstawne działania.

A może to raczej problem deweloperów i braku ich odwagi? Nie chcą palić za sobą mostów, nie idą więc do sądu...

Jeśli podam kontrolujący mnie nadzór budowlany do sądu, a sprawa będzie się wlokła latami, to jak będę z nimi pracował? Ten organ działa od niedawna, ale już widać efekty... Częściowo, wzrost cen mieszkań w Warszawie w ciągu ostatniego roku jest właśnie skutkiem „usprawnienia” działania nadzoru budowlanego. Inwestycje nie są odbierane z powodu drobiazgów. Przykłady? Zatrzymano nam inwestycję na ponad pół roku z powodu niezgodności z projektem szprosów w oknach. Albo rynien w domku jednorodzinnym. Albo niezgodności z planem zagospodarowania działki — przy wspólnym pozwoleniu na budowę wzniesiono tylko dom, a budowę garażu odłożono na później. Więc komisja musiała sprawdzić, czy dom może funkcjonować samodzielnie, bez garażu. A ponieważ to dotyczyło wielu domów w osiedlu, więc dla każdego osobna komisja i osobna kontrola. Z takich powodów przez tyle miesięcy ludzie nie mogą wprowadzić się do własnego domu? Mam wrażenie, że nadzór budowlany w obecnym kształcie specjalizuje się... w prześladowaniu inwestorów.

Ten sam nadzór, gdy dostał zawiadomienie o budowie w nielegalnym miejscu, w parku krajobrazowym, odpowiedział, że sprawą się nie zajmie, bo nie ma kompetencji śledczych. Rozpocznie sprawę, gdy dostarczymy nazwisko i adres zamieszkania właściciela nielegalnej budowy... A przecież kontrole powinny odbywać się tylko tam, gdzie ma to sens. Dzisiejszy nadzór budowlany nie ma odpowiednio wykwalifikowanych kadr, które mogłyby wpływać na jakość budownictwa, w konsekwencji zajmuje się papierami. Pojawia się pytanie: jaki jest społeczny sens działania tej instytucji? I czy jest ona w ogóle potrzebna?

Z ostatnich raportów NIK wynika, że nadzór w Warszawie i okolicach działa źle. Zdaniem kontrolerów, istnieje podejrzenie korupcji. Czy pan się zetknął z podobnym zjawiskiem?

Choć wiele uregulowań w budownictwie jest wybitnie korupcjogennych, to opinie na temat powszechności tego zjawiska są przesadzone. Jeśli jednemu inwestorowi z powodu jakiegoś drobiazgu urząd wstrzyma budowę, a innemu, w podobnej sytuacji, nie robi problemów, to nasuwa się pokusa najprostszej odpowiedzi. Sądzę, że w większości przypadków nieprawdziwa. Moim zdaniem, myśli o korupcji w budownictwie w dużej mierze biorą się z bezradności i z rozpaczy. Pojawiają się nie dlatego, że ludzie są nieuczciwi, ale dlatego, że nie widzą innej drogi.

Nie tylko biurokracja utrudnia dziś rozwój budownictwa...

Olbrzymią barierą jest brak drożności arterii komunikacyjnych. Warszawa dusi się w swoich granicach. Z powodu komunikacji ludzie boją się wyprowadzić z miasta, podczas gdy obok stoją niewykorzystane tory kolejowe. Tysiące ludzi nie muszą stać w uciążliwych korkach, mogliby się przesiąść do wygodnej kolei. Sprawnie działające koleje podmiejskie, takie naziemne metro, wobec niedorozwoju sieci dróg mogą przestać być deficytowe. Tu nie trzeba wielkich inwestycji, ale gospodarza, który dostrzeże tę szansę.

Jacek Koziński, współwłaściciel firmy Dworek Polski

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Agnieszka Zielińska

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu