Miniony weekend w naszym kręgu polityczno-medialno-społecznym był olimpijsko-walentynkowo-monachijski. Zupełnie inne znaczenie oczywiście miał dla tragicznie doświadczanej każdego dnia Ukrainy. Wobec takiej hierarchii spraw niemal bez echa minęła w niedzielę 35. rocznica utworzenia Grupy Wyszehradzkiej (z angielska V4). Deklarację o współpracy i wzajemnym wsparciu podpisali 15 lutego 1991 r. na zamku w Wyszehradzie — nawiązując do królewskich zjazdów z XIV w. — przywódcy Polski, Węgier i Czechosłowacji. Po jej bezbolesnym podziale od 1 stycznia 1993 r. na Czechy i Słowację oba państwa automatycznie podjęły wyszehradzką inicjatywę, zaś po przemianie składu z tercetu w kwartet ukształtował się skrót V4. Co bardzo istotne — grupa absolutnie nie jest podmiotem prawa międzynarodowego, lecz dobrowolnym bytem terytorialno-politycznym. W żadnym z państw członkowskich nie został ratyfikowany jakikolwiek akt prawny V4, wszystko opiera się na odnawianych deklaracjach przede wszystkim rządów, a także prezydentów.
Celem utworzenia V4 było jednoczesne wejście w pakiecie do Organizacji Traktatu Północnoatlantyckiego (NATO) oraz Unii Europejskiej (UE). Udziałowcy cel osiągnęli — zostali członkami NATO (trójka państw w 1999 r., zaś Słowacja z opóźnieniem dopiero w 2004 r.) oraz UE (wszyscy razem w 2004 r.). Niedługo potem zasadne stało się jednak pytanie, po co ów epizodyczny z definicji byt wciąż istnieje. Szybko bowiem okazało się, że tak naprawdę spoiwem V4 jest wyłącznie zwartość geograficzna. Interesy gospodarcze czterech państw w UE są w wielu sektorach całkowicie rozbieżne. Dlatego najbardziej uczciwym wyjściem byłoby samorozwiązanie się V4 z dniem 1 maja 2004 r., gdy wszyscy udziałowcy znaleźli się traktatowo w obu wspomnianych strukturach. Klasa polityczna z natury podtrzymuje jednak żywotność struktur, których realna pożyteczność się wypaliła.
Jedyną stałą platformą V4 jest Międzynarodowy Fundusz Wyszehradzki o niewielkich rozmiarach kwotowych. Wszelkie inne przedsięwzięcia opierają się na funduszach unijnych. Faktyczna działalność V4 zawęża się do organizowanych przez rotacyjną prezydencję szczytów głów państw, szefów rządów i niektórych ministrów. Prezydencja Węgier (od 1 lipca 2025 r. do 30 czerwca 2026 r.) ma przepojone chciejstwem motto „Konkurencyjny Wyszehrad”. Rząd hasłowo zapisał trzy priorytety: konkurencyjność, bezpieczeństwo i łączność. Ten drugi element w zestawieniu z realiami politycznymi brzmi jednak szyderczo. Węgiersko-słowacka para premierów Viktor Orbán i Robert Fico w kwestii napadu Rosji na Ukrainę zajmuje przecież stanowisko biegunowo rozbieżne w stosunku do Donalda Tuska. W Czechach po niedawnym objęciu premierostwa Andrej Babiš stara się lawirować, ale tak naprawdę obecny rząd Polski znajduje się w V4 już osamotniony 1:3. Ze względu na czołobitność Viktora Orbána wobec ściganego zbrodniarza wojennego Władimira Putina do końca prezydencji Węgier po prostu niewyobrażalny jest szczyt V4 w formacie premierowskim. No, chyba że po wyborach 12 kwietnia zaprosi do stolicy Węgier już Peter Magyar.
W tej ostatniej sprawie Budapeszt odwiedził 16 lutego Marco Rubio, amerykański sekretarz stanu. W imieniu Donalda Trumpa przekazał wyrazy bardzo silnego wsparcia wyborczego dla Viktora Orbána. Walczący o przedłużenie nieprzerwanej 16-letniej wszechwładzy premier uznał, że w relacjach rządów Węgier i USA nastał złoty wiek, zatem skopiował chwalebny termin, którym 47. prezydent USA sam określa własne rządy, według niego najbardziej świetlane w całych 250-letnich dziejach Stanów Zjednoczonych Ameryki. Marco Rubio natomiast stwierdził, że nieprawdą jest, jakoby Węgry były izolowane międzynarodowo. Faktycznie, zależy jak na to spojrzeć — Viktor Orbán interesownie oczywiście podpisał na forum w Davos akt założycielski tzw. Board of Peace (BoP) i w najbliższy czwartek będzie obecny jako pełnoprawny uczestnik inauguracyjnego posiedzenia w Waszyngtonie. Donald Trump absolutnie nie ukrywa, że Węgry — podobnie jak odwiedzona przez sekretarza Marca Rubio dzień wcześniej Słowacja — to bardzo użyteczny lądowy lotniskowiec polityczno-ideologiczny obecnej administracji amerykańskiej na niechętnym, a momentami wręcz wrogim morzu unijnym. Dlatego chce zrobić absolutnie wszystko, aby nie poszedł on na dno 12 kwietnia.

