Węgierska gospodarka tkwi w stagnacji, którą cechują niemal zerowy wzrost PKB, słabnąca produkcja przemysłowa oraz utrzymująca się presja wysokiej inflacji i deficytu budżetowego. W III kw. 2025 r. PKB wzrósł zaledwie o 0,6 proc. r/r. W 2024 r., spośród krajów UE — poza bogatszymi Niemcami i Estonią — Węgry rozwijały się najwolniej w regionie. Jednak zrzucanie winy wyłącznie na inflację, ceny energii czy zawirowania geopolityczne nie obrazuje wszystkich przyczyn spowolnienia węgierskiej gospodarki. W analizach MFW i OECD bardzo często pojawia się diagnoza, że Węgry mają bardzo niski dynamizm biznesowy. Problem jest strukturalny — sztywne struktury prawne, systemowo ograniczana konkurencja oraz polityka rządu Victora Orbána, która promowała zaprzyjaźnione firmy.
Węgry charakteryzują się niską konkurencyjnością. Dominacja kilku dużych firm (w tym spółek skarbu państwa), niskie wskaźniki wejść i wyjść firm z rynku w porównaniu z innymi krajami regionu oraz ograniczona przejrzystość przepisów administracyjnych i brak przewidywalności ram prawnych dla inwestorów sprawiają, że Węgry stały się jedną z najmniej konkurencyjnych struktur rynkowych w Europie.
Państwo rozdaje karty
Węgry wyróżniają się na tle innych krajów OECD wysokim uzależnieniem gospodarki od państwa. Zamówienia publiczne stanowią tam aż 33,8 proc. wydatków rządowych (przy średniej dla OECD 27,8 proc.). Ogromny strumień pieniędzy trafia na rynek pozbawiony realnej konkurencji. Odpowiedzialne za to jest w dużej mierze tzw. zjawisko pojedynczych ofert (single bidding), czyli sytuacji, w której do przetargu staje tylko jeden podmiot. W latach 2019–21 około 40 proc. przetargów publicznych kończyło się brakiem konkurencji. W konsekwencji węgierski sektor umów mierzy się z wyższymi cenami i niższą jakością — według szacunku OECD pojedyncze oferty podnoszą ceny kontraktów średnio o 9,6 proc. w porównaniu z procedurami konkurencyjnymi. Dodatkowo biorąc pod uwagę, że zamówienia publiczne generują aż 16,5 proc. węgierskiego PKB (przy średniej 12,9 proc. w krajach OECD), niska efektywność w tak potężnym sektorze może mieć duży negatywny wpływ na całą gospodarkę.
Sztywne struktury i rynek dla wybranych
System prawny w wielu obszarach nie sprzyja małym i średnim przedsiębiorcom. Bariery wejścia na rynek zamówień publicznych są na Węgrzech wyższe niż w większości krajów OECD, co szczególnie widać w sektorach telekomunikacyjnym i IT. W latach 2017–19 udział nowych firm wchodzących na ten rynek nie przekraczał 10 proc. Mimo lekkiej poprawy w 2020 r. (wzrost do około 15 proc.) bariery dla debiutantów i sektora MŚP pozostają trudne do przeskoczenia.
Nowe firmy rzadko przebijają ten mur, a wskaźnik ich przeżywalności w pierwszych pięciu latach utrzymuje się poniżej średniej dla krajów OECD. Równocześnie niesprawny system upadłościowy blokuje naturalny proces oczyszczania rynku. Gospodarkę obciążają firmy zombie — nieefektywne podmioty, które w normalnych warunkach by upadły, ale z powodu słabszych ram dotyczących niewypłacalności oraz braku możliwości restrukturyzacji z inicjatywy wierzycieli utrzymywane są przy życiu.
Wysoka koncentracja rynkowa
Tak skonstruowany system prowadzi do wysokiej koncentracji kapitału, co dobrze obrazuje rynek kapitałowy. Indeks giełdowy BUX jest zdominowany przez zaledwie trzy spółki: OTP (bank komercyjny), MOL (państwowy gigant naftowy) i Gedeon Richter (firma farmaceutyczna). Ich łączny udział w kapitalizacji indeksu przekracza 83 proc. Giełda w Budapeszcie nie odzwierciedla więc kondycji całej gospodarki, lecz jedynie kilku gigantów. Dla porównania: w Polsce, mimo silnej pozycji spółek skarbu państwa (PKO BP, ORLEN, PZU — łącznie około 27 proc. w WIG), struktura jest znacznie bardziej zrównoważona.
Co więcej, węgierska gospodarka rzadko generuje nowych liderów. W bieżącym roku liczba debiutów (IPO) była zerowa, a w ciągu ostatniej dekady zaledwie pięć nowych firm weszło na budapesztańską giełdę (w Polsce 66).
Oligarchizacja sukcesu
Ramy prawne systemowo faworyzują politycznych nominatów kosztem wolnej konkurencji. Węgierskie prawo zamówień publicznych, np. w branży budowlanej, przewiduje dla zamówień poniżej progów unijnych (i do kwoty 300 mln HUF) możliwość zastosowania procedury negocjacyjnej bez publikacji ogłoszenia. Pozwala to zamawiającym na bezpośrednie zapraszanie wybranych firm, co w praktyce eliminuje konkurencję i otwiera drogę dla koneksji politycznych.
Poczucie niesprawiedliwości jest powszechne — aż 36 proc. węgierskich firm uważa, że korupcja uniemożliwiła im wygranie przetargu w ciągu ostatnich trzech lat (według danych KE średnia unijna to 25 proc.).
Beneficjentami tego układu jest wąska elita finansowa ściśle powiązana z Viktorem Orbánem. Najlepszym przykładem jest Lőrinc Mészáros — przyjaciel premiera z dzieciństwa, niegdyś instalator gazowy, a dziś najbogatszy Węgier kontrolujący media, hotele i drugą elektrownię w kraju. Z kolei zięć premiera, István Tiborcz, zbudował majątek opaty na publicznych pieniądzach — jego firma wygrała większość przetargów na modernizację oświetlenia ulicznego finansowanych głównie z funduszy UE.
Węgry wpadły w pułapkę kapitalizmu politycznego, w którym władza ogranicza efektywność rynkową. Model oparty na eliminacji konkurencji, faworyzowaniu wybranych gigantów i oligarchizacji zamówień publicznych pozbawił gospodarkę innowacyjności i dynamiki. Bez głębokich reform strukturalnych, przywrócenia transparentności i otwarcia rynku na mniejsze podmioty powrót na ścieżkę szybkiego wzrostu może okazać się trudniejszy, niż przewidują to prognozy.
