Wielkie rzeczy w małej czarnej

Adama Ringera i jego Green Caffé Nero nie da się nie zauważyć. Do pojedynku ze Starbucksem i resztą przystępuje z fantazją, planem i… potężnym partnerem. Lada kwartał liczba dopieszczonych przez niego kawiarni stanie się trzycyfrowa.

Fatalistycznie patrząc, Adam Ringer dostał od losu małą rolę do odegrania. Na kawiarnianym rynku, wyciągającym co roku jakieś dwa miliardy złotych z kieszeni Polaków, jego pomysł miał być najwyżej anegdotą dla znajomych. Ot, krótkim wspomnieniem po dobrym espresso znikającym w kalejdoskopie warszawskiej ulicy.

Adam Ringer
Zobacz więcej

Adam Ringer

Marek Wiśniewski

Było więc ciśnienie („w początkach wieku nie było w Warszawie dobrej kawy i kawiarni”), para („miałem swoją wizję, która nie była rentowna, ale zarabiałem na innych biznesach”) i wreszcie kilka szybkich łyków gorącego napitku o aromacie klęski („gdy zaczęła się ekspansja zagranicznych sieci, poczułem, że, mając co najwyżej kilka lokali, upadniemy w mgnieniu oka”). Dziś to jednak Adam Ringer wychodzi na swoje: facet wyraźnie po sześćdziesiątce szybko rozwija sieć uwielbianą przez dwudziestoi trzydziestolatków.

Niemal 50 przestrzennych kawiarni Green Caffè Nero powoduje, że w starciu ze Starbucksem i Costa Coffee rodzima sieć nie jest chłopcem do bicia. Ba, już zarabia miliony, a w kontrze do korporacyjnego ładunku gotówki konkurentów Ringer sprzymierzył się z Gerrym Fordem, najpotężniejszym prywatnym właścicielem kawiarni w Europie. Pod okiem Adama Ringera Green Caffè Nero cel ma teraz jeden: w największych miastach Polski udowodnić, że „sieciówka” to nie obelga. Obecny cel to Kraków, gdzie kawiarnie ze światowymi szyldami od lat mają pod górkę. No, ale jeśli rewolucja, to pełną gębą. Zresztą hasło biznesu Adama Ringera głosi, że cała nadzieja w kawie.

Energiczny, zagraniczny

Pierwsze ziarno sieciówki a lá Ringer wykiełkowało nieopodal jego mieszkania przy ul. Żurawiej w centrum Warszawy. Kilka kroków stamtąd — na rogu Nowogrodzkiej i Marszałkowskiej — z grupą przyjaciół otworzył w 2003 r. pierwszą kawiarnię, nasycony podróżami po Europie pachnącej espresso. Zupełnie egoistycznie: dla siebie, przyjaciół i przyszłych zysków. Szybko okazało się, że owszem kawę ma „perfetto”, jednak przyjaciół w Śródmieściu nieco za mało. Profitów w Excelu? Zero, null.

— W ogóle ta kawiarnia była za mała, żeby się utrzymać. Nawet kiedy była pełna, to przynosiła straty, ja i moi pierwsi wspólnicy wciąż musieliśmy do niej dopłacać. Niespecjalnie mi to doskwierało, miałem w końcu swoje kawowe miejsce w pustyni miasta, zarabiałem na kilkunastu innych spółkach, gdzie byłem kimś w rodzaju konsultanta wspólnika. Za to część biznesowych partnerów, gdy zwróciłem się do nich o kolejne dofinansowanie przy budowie ogródka przy lokalu, powiedziała: Basta! No to wraz z gotową do ryzyka wspólniczką Kingą Łozińską ich wykupiliśmy, płacąc nominalne wartości za udziały. Honorowo, bo biznes przynosił pokaźne straty — tłumaczy Adam Ringer, popijając kolejne espresso.

Gdzieś w tle kołacze się parafraza kilku wersów z „Męczennika” Juliana Tuwima: „O pierwszej, gdy najgwarniej, wszedł dureń do kawiarni. Siadł ważny, energiczny i chciał być zagraniczny” — ironizował skamandryta. Iluż to pomniejszych fascynatów kawy potraciło część majątku, próbując w stolicy odtworzyć sukces przedwojennej „Małej Ziemiańskiej” czy powojennej „Telimeny”? Adam Ringer, który szmat życia spędził w Szwecji, wyłamuje się ze schematu. Romantyzm, lewicową wrażliwość przecina chłodną kalkulacją.

— No niech pan zanurzy w tym dłonie, to jest mistyczne uczucie — mówi, podając skrzynię wypełnioną świeżo palonym ziarnem, i przypomina, że „Telimenę” przy Krakowskim Przedmieściu ma już w swoim portfolio. A do tego właśnie kupił sześć żyrandoli do nowego, flagowego, wielkiego lokalu przy Nowym Świecie. Rachunek za kryształowe cacka godny wielkomiejskich ambicji: równe 100 tys. zł. Sam lokal pochłonie niemal 1,5 mln zł. Ma zadawać szyku.

Para w dechę

Uderza u Adama Ringera absolutna fascynacja każdym elementem kawiarnianego biznesu, bezustanna, codzienna próba połączenia efektownej architektury, świetnego menu i wyraźnych marż. W te elementy Green Nero zainwestowało już kilkadziesiąt milionów złotych. Samo umeblowanie, przygotowanie jednego nowego lokalu, to minimum 700 tys. zł.

Tyle jest w ścianach kawiarni przy ul. Prostej, w biurowcu przy wyjściu z metra. Adam Ringer jest w nim właśnie pierwszy raz po otwarciu. Zachwyca się barem, misternie uwitym wokół opancerzenia starej maszyny parowej, wyszperanej gdzieś na złomie. Wypytuje obsługę (ta zarabia wyraźnie lepiej niż sieciowa konkurencja) o to, kto, gdzie i po co siada, jak działa strefowanie kawiarni, wsparte architekturą wnętrza.

— Jak się podobają krzesła z angielskiego demobilu? A muzyka z nowej generacji głośników? Zdjęcia okolicy sprzed wojny wyszperane w archiwach? Dechy z Podhala pocięte w fantazyjne pasy? Credo wypisane na ścianie? — dopytuje energiczny 67-latek.

I zaraz dodaje: — To jest cała sztuka, żeby nasze kawiarnie były różne, inspirujące, przytulne i nowoczesne zarazem. A jednocześnie, żeby we wszystkich naszych lokalach przewijała się wspólna nuta, dająca nam odrębną tożsamość na rynku.

Poeta mobilny

Jego polot i smak w lot wyczuł Gerry Ford z Nero, będący właśnie w trakcie inwestycyjnej światowej ofensywy. Jeśli zajdziemy do kawiarni Nero otwieranych w Bostonie, to możemy być zdziwieni, że studenci Harvardu siedzą przy stołach bliźniaczo podobnych do tych, przy których do egzaminów kują bystrzaki z Politechniki Warszawskiej. — Nero zaadaptował wiele naszych rozwiązań, nasi polscy kooperanci w dziedzinie wyposażenia wnętrz stali się całkiem dużymi eksporterami. A potężny w internetowym handlu Westwing będzie sprzedawał część naszych projektów mebli w swoim serwisie — przyznaje Adam Ringer. Oczywiście kawosze powiedzą, że i tak najważniejszy jest blend, czyli mieszanka ziaren kaw z kilku kontynentów. Tu decydujący głos ma Gerry Ford, który przyznaje, że wyrazisty blend musi współgrać z oczekiwaniami nowej fali konsumentów. Swoje trzy grosze dorzuca socjologia, mapa stolicy Polski usiana punktami Green Nero to obraz kół zębatych maszyny społecznych zmian, aspiracji młodszych pokoleń. Niewzdychających do kwaśnych wuzetek przy kawie po turecku. Teraz, dzięki kawiarnianej pustce lat 90., warszawskie sieci są w awangardzie. I nie chodzi bynajmniej o technologiczne nowinki. Adam Ringer, człowiek z przeszłością akademicką, lubi przywoływać teorię tzw. trzeciego miejsca, ukutą przez Raya Oldenburga jeszcze w latach 80. Po domu i pracy jest pub albo kawiarnia. Już nie dla piszących poezję, lecz dla piszących np. aplikacje mobilne. — Teraz kawiarnia to już jest raczej drugie — po domu — miejsce. Dla wolnych zawodów, przedsiębiorców ze start-upów staje się miejscem pracy. Dlatego nasze kawiarnie są tak rozległe i oprócz kanap, foteli mają wygodne stoły do pracy. Ludzie potrafią tu pracować godzinami, dzień w dzień — twierdzi Adam Ringer. Bo choć najbardziej opłacalny model kawiarniany to ten z małym lokalem i kawą głównie na wynos (vide amerykańska sieć Starbucksa), to polski kawosz raczej pielęgnuje tradycje wiedeńskie (posiadówki przy małej czarnej i torciku). I gdy Gerry Ford na Wyspach zamienia puby w kolejne kafejki Nero, a stare punkty z mozołem przerabia na podpatrzone w Warszawie, to Adam Ringer buduje rynek od podstaw według swojej wizji.

Zaciąg z raju

Trzeba przyznać, że dobrze sobie to wszystko przemyślał. Wsparcie Nero m.in. jako grupy zakupowej to jedno. Drugie — że to w Green Nero pracuje i doradza kilka najważniejszych osób, które jeszcze kilka lat temu działały na chwałę niegdysiejszego sieciowego ulubieńca Polaków — Coffeeheaven. Do tego dokłada zespół ludzi w m.in. Mufii, spółce dostarczającej ciasta i przekąski.

To właśnie Mufia ma być kolejnym biznesem, który wypali na skalę ogólnopolską. Już teraz kilkuset pracowników Deloitte w Warszawie ma w wieżowcu kawiarnię wyłącznie dla siebie i do tego wózkowy catering — w tym Mufia widzi swoją szansę. A Adam Ringer przyznaje, że kawa to tylko jedna z jego biznesowych aktywności i wcale nie największe — pod względem przychodów — biznesowe dziecko.

— Jakoś tak mam, że biznesy zawsze robię ze wspólnikami, z niektórymi od 20 lat. W ten sposób miałem udział w rozwoju kilkudziesięciu firm w Polsce — mówi przedsiębiorca. Na tapecie są teraz m.in. Paragona i Paracross, zajmujące się rekrutacją i kształceniem lekarzy specjalistów, ale też m.in. kierowców do całej Europy. Ich szkolenia odbywają się w ośrodku w Piasecznie pod Warszawą. Tu wspiera go Kinga Łozińska, jako prezes, ale też Martin Ratz, niegdysiejszy wiceprezes Education First, największego na świecie organizatora kursów językowych. Skąd się znają? Oczywiście ze Szwecji, gdzie Adam Ringer dość głęboko zapuścił korzenie.

Jak Ochab z Kaczyńskim

Twórca Green Caffè Nero do Szwecji wyjechał w 1968 r. Brutalne realia PRL dla młodzieńca z żydowskiej rodziny oznaczały rezygnację z polskiego obywatelstwa i wyjazd na izraelską wizę. A że przez Świnoujście? To już nikogo specjalnie nie interesowało.

— Nie byłem jakoś politycznie zaangażowany w wydarzenia marcowe. Owszem, jako świeżo upieczony student Wydziału Elektroniki na Politechnice Warszawskiej wiedziałem, jak się rzeczy mają. Poszedłem raz na wykład Bronisława Baczki w tzw. Klubie Michnika. Nic nie zrozumiałem, podobnie jak z górnolotnej dyskusji po wykładzie. To dałem sobie spokój — żartuje Adam Ringer.

Po drugiej stronie Bałtyku dał sobie spokój z elektroniką, tak praktyczną i forsowaną przez ojca. Zachęcony przez elastyczny szwedzki system edukacyjny, przeskoczył na wymarzoną ekonomię. To były najlepsze lata szwedzkiego modelu państwa opiekuńczego, w tym klimacie wykuwało swoją wrażliwość społeczną.

— Szwedzi przyjmowali emigrantów bardzo ciepło. Związałem swoje życie z uniwersytetem, robiłem doktorat z nauk politycznych o Solidarności. Runął mur berliński i miałem dwa wyjścia. Czytać właśnie otwarte źródła i pisać pracę na nowo, po czym wykładać historię polityczną, albo wracać do Polski, która nagle zaczęła się upominać o mnie z dużą intensywnością. Byłem aktywny w środowisku polonijnym — wspomina przedsiębiorca.

Pierwszy krok wykonali szwedzcy lokalni politycy, szukający łącznika ponad falami Bałtyku. Adam Ringer przygotował im spotkanie z politykami reprezentującymi Elbląg, znajdujący się w gdańskim okręgu wyborczym. Na malborskim zamku raut na część gości wydał m.in. Lech Kaczyński. — Sprawy potoczyły się szybko. Za politykami przyjechali szwedzcy przedsiębiorcy, szukający kooperantów i poddostawców. Zostałem konsultantem przy dziesiątkach projektów — opowiada Adam Ringer.

Za kilka dni pracy nad np. skupem cebulek tulipanów i eksportem ich do Skandynawii dostawał więcej niż za miesiąc pracy na uniwersytecie. Wybór był więc jasny, czas dzielił między Sztokholm a Polskę. W ten sposób stawiał struktury m.in. linii promowej Stena Line, sieci serwisowej ciężarówek Volvo, pilotował kontrakty budowlane Skanskiej, otwierał sklepy KappAhl.

— Była też sieć stu stacji benzynowych Preem, plany otwarcia własnego naftoportu w Gdyni. Potężna inwestycja finansowana przez Saudyjczyków. Zwyciężyły jednak interesy państwowych monopolistów — mówi Adam Ringer, który już się wyplątał z większości polsko-szwedzkich interesów. Głowę — oprócz Krakowa — zajmują mu teraz głównie warszawskie przedmieścia. Green Caffè Nero przejmuje tam miejsca m.in. po bankach, które jeszcze niedawno nie chciały w swych oddziałach wydzielić kawałka podłogi dla kawiarni. Teraz to bankowcy proszą się o stolik w kafejce.

— Jeśli model z przedmieściami wypali, wkrótce będziemy mieli sto lokali w Warszawie — zapewnia Adam Ringer. Niewykluczone są zresztą ruchy w każdą stronę, także akwizycyjną. Dość powiedzieć, że Gerry Ford z Nero właśnie przejął od Tesco niemal 50 lokali z szyldem Harris + Hole. Adam Ringer wspomina o potencjale rynku maszyn vendingowych (umożliwiających sprzedaż towarów — kawy, herbaty, posiłków itd.) i nowej marce kafejek w mniej prestiżowych miejscach. Mufia na serio myśli o inwazji na rynek biurowego cateringu i diety pudełkowej.

— Jest pełno nisz. Gdybym miał 20 lat mniej, rzuciłbym się w ich wir — mówi Adam Ringer i zaraz zaznacza, że z wiekiem docenia chwilę na zadumę nad filiżanką kawy. Zasmakował w coczwartkowym pochłanianiu „Economista” i uzupełnianiu braków w literaturze faktu. Teraz ma luz, udowodnił, że na małej czarnej można zrobić wielkie rzeczy. Umowa partnerska z Nero daje mu decydujący głos w najważniejszych sprawach: — Jak mawia znajomy Fin: zysk oznacza wolność. &

© Ⓟ

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: KAROL JEDLIŃSKI

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Wielkie rzeczy w małej czarnej