Zabytki kontra Młode Miasto Gdańsk

22-04-2018, 22:00

Konserwator zaskoczył inwestorów, którzy mieli nadać nowy blask terenom po Stoczni Gdańskiej. Gra toczy się o miliony

Nowoczesne budynki mieszkalne, biura, hotele, restauracje, przestrzenie publiczne i ogólnodostępne nabrzeża — tak miały wyglądać tereny postoczniowe w Gdańsku, działające w nowym wydaniu pod nazwą Młode Miasto. Choć inwestorzy zapewniają, że wielofunkcyjna przestrzeń byłaby miejscem, w którym współczesna architektura przeplata się z historią, konserwator zabytków ma co do tego poważne wątpliwości.

Zobacz więcej

NABRZEŻE W NOWEJ ODSŁONIE: Przestrzeń Młodego Miasta czekała na tchnienie nowego życia od końca lat 90. XX w. To wtedy prywatni inwestorzy kupili postindustrialne tereny, na których niegdyś funkcjonował przemysł stoczniowy. Fot. ARC

Bieg z przeszkodami

Na terenie Młodego Miasta Gdańsk Grupa Cavatina miała wybudować kompleks siedmiu budynków, z których najwyższy miał mieć 97 metrów. Realizacja tego najwyższego obiektu stanęła jednak pod znakiem zapytania, ponieważ Agnieszka Kowalska, pomorska wojewódzka konserwator zabytków, w końcu 2017 r. wszczęła postępowanie administracyjne w sprawie wpisania terenu do rejestru zabytków.

— Na początku nie było żadnych przesłanek, które wskazywałyby na to, że teren, na którym powstanie kompleks, będzie podlegał opiece konserwatorskiej. Projektując obiekt, koncentrowaliśmy się na krajobrazie stoczniowym. Zarówno bryła budynku, jak też układ elewacji miały nawiązywać do specyficznej geometrii żurawi gdańskich. Wiele osób widzi w tym znak „victoria” z okresu protestów solidarnościowych, co w sumie nas cieszy — mówi Piotr Jasiński, dyrektor działu projektowania w Grupie Cavatina. Zapewnia, że spółka robiła analizy urbanistyczne dla bryły o takiej wysokości, badała osie widokowe z różnych ważnych miejsc w Gdańsku — placu Solidarności, ulicy Błędnik, Bramy Oliwskiej i Góry Gradowej. Choć przyszłość inwestycji wciąż jest niepewna, już kosztowała spółkę kilka milionów złotych.

— Przystąpiliśmy do przebudowy jednej z większych magistralnych sieci ciepłowniczych w Gdańsku. Do tego dochodzi koszt projektu budowlanego, który dla tak dużego obiektu jest niemały. Poza tym musieliśmy pozyskać na tę inwestycję fundusze z zewnątrz, co również ma odzwierciedlenie w kosztach — mówi Piotr Jasiński.

Na decyzje konserwatora narzeka także spółka Shipyard City Gdańsk, która jest użytkownikiem wieczystym nieruchomości na terenach postoczniowych od 1999 r.

— W grudniu 2017 r. otrzymaliśmy zawiadomienie o wszczęciu postępowania administracyjnego w sprawie wpisania części naszych terenów do rejestru zabytków. Mamy nadzieję, że podczas postępowania prowadzonego przez wojewódzkiego konserwatora zabytków dojdzie do rzeczowej dyskusji na temat poszczególnych budynków o wartościach historycznych i towarzyszących im terenów, w której oprócz głosu środowiska konserwatorskiego zostaną rzeczowo rozpoznane racje urbanistów i architektów, a także rozważona zostanie skala możliwych roszczeń odszkodowawczych dla wieczystych użytkowników gruntów i właścicieli budynków na terenie Młodego Miasta — mówi Krzysztof Sobolewski, prezes Shipyard City Gdańsk.

Pod znakiem zapytania stoi także koncepcja tzw. Drogi do Wolności. Odpowiedzialna za jej projekt Grupa 5 Architekci zaproponowała, by w miejscu obecnej ulicy Doki powstał sad jabłoni, który będzie prowadził od placu Solidarności przez Bramę nr 2 aż do dawnej sali BHP, miejsca podpisania porozumień sierpniowych.

Jak donoszą nasi rozmówcy, konserwator wyraziła wątpliwość, czy to na pewno najlepsza forma upamiętnienia dziedzictwa posolidarnościowego. — Droga do Wolności ma być kręgosłupem pozostającym w kontraście do życia stoczniowego. Wywalczona wolność wprowadziła na tereny poprzemysłowe nową rzeczywistość. Zieleń i sad są symbolem — mówi Michał Leszczyński, prezes Grupy 5 Architekci. Przypomina, że już w 2005 r. Urząd Miasta Gdańska zorganizował seminarium z okazji 25. rocznicy powstania NSZZ Solidarność. Zaproszono wówczas osiem pracowni architektonicznych do składania propozycji dotyczących sposobu przywrócenia życia terenom postoczniowym.

— Już wtedy zaczęto mówić o stworzeniu tzw. Drogi do Wolności. Podczas seminarium przedstawiliśmy koncepcję biegnącego wzdłuż promenady sadu jabłoni. Oficjalnie konkurs architektoniczny na projekt Drogi do Wolności ogłoszono w 2008 r. Wygraliśmy go, prezentując projekt zbieżny z naszą wizją z 2005 r. — mówi Michał Leszczyński.

Odbijanie piłeczki

Agnieszka Kowalska zapewnia, że powody dokładniejszego przyjrzenia się terenom postoczniowym były poważne. W lipcu 2017 r. pomorski wojewódzki konserwator zabytków otrzymał opinię Narodowego Instytutu Dziedzictwa wskazującą na wartości zabytkowe terenów położonych między Bramą nr 2 stoczni a tzw. salą BHP. Na konieczność ochrony konserwatorskiej tych terenów zwróciła w 2017 r. również uwagę Rada Ochrony Zabytków działająca przy ministrze kultury i dziedzictwa narodowego. Natomiast we wrześniu 2017 r.

Wojewódzka Rada Ochrony Zabytków działająca przy Wojewódzkim Urzędzie Ochrony Zabytków w Gdańsku przedstawiła swoje stanowisko, dotyczące objęcia wpisem do rejestru tzw. Stoczni nr 2 oraz Stoczni Schichaua, postulując objęcie ich ochroną konserwatorską.

— Podstawą wpisu do rejestru zabytków jest zawsze stwierdzenie występowania wartości zabytkowych w obiekcie. W przypadku terenów postoczniowych w ostatnich latach do Wojewódzkiego Urzędu Ochrony Zabytków w Gdańsku wpłynęły liczne opinie i opracowania wskazujące na ich wartości zabytkowe, co z jednej strony stanowi podstawę do podjęcia procedury wpisu, a z drugiej — wręcz obliguje pomorskiego wojewódzkiego konserwatora zabytków do podjęcia takich działań — mówi Agnieszka Kowalska.

Jej zdaniem, problematyka zagospodarowania Drogi do Wolności jest dużo bardziej złożona.

— Decyzja wpisu do rejestru jej terenu pozostaje w odwołaniu w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego. W przypadku utrzymania decyzji wpisu przez II instancję sprawa Drogi do Wolności trafi do miejskiego konserwatora zabytków w Gdańsku, który posiada kompetencje w odniesieniu do obiektów wpisanych do rejestru zabytków. W przypadku utrzymania wpisu ważne jednak byłoby utrzymanie bądź nawet odtworzenie historycznego charakteru drogi, która stanowiła po prostu drogę, którą codziennie pracownicy stoczni poruszali się od biura przepustek do stanowisk pracy i która stała się miejscem ważnych wydarzeń historycznych — miejscem strajków robotniczych w 1970 i 1980 r. — twierdzi Agnieszka Kowalska.

Ryzykowny ruch

Zdaniem prawników, inwestor musi liczyć się z ryzykiem wpisania do rejestru zabytków nieruchomości, którą zamierza nabyć.

— Samo wszczęcie postępowania w sprawie wpisu obszaru do rejestru zabytków powoduje, że właściciel musi liczyć się z ograniczeniami. Na tym etapie może jednak uczestniczyć w postępowaniu i kwestionować posiadanie przez dany obszar lub część obszaru, która go interesuje, walorów zabytku. Jeżeli decyzja o wpisie do rejestru zabytków została już wydana, może złożyć odwołanie. W przypadku, gdy decyzja zostanie utrzymana w mocy, inwestor może złożyć skargę do sądu administracyjnego — tłumaczy Andrzej Lulka, partner zarządzający w Kancelarii Prawnej Andrzej Lulka i Wspólnicy.

Dodaje jednak, że gdyby sąd administracyjny zgodził się z inwestorem, że wpis do rejestru zabytków nastąpił bez spełnienia ustawowych przesłanek, istnieje możliwość dochodzenia odszkodowania. Inwestorzy zapewniają, że są otwarci na dialog.

— Bierzemy pod uwagę to, że nasz projekt może ostatecznie nie przejść. Musimy być przygotowani na różne scenariusze. Może pojawić się np. żądanie obniżenia wysokości obiektu. Wtedy trzeba będzie dostosować się do nowych zasad. Chcieliśmy tą inwestycją dać impuls do rozwoju całej dzielnicy, która ma ogromny potencjał. Liczymy na to, że pani konserwator będzie chciała z nami rozmawiać i będziemy mogli przedstawić swoje argumenty — przekonuje Piotr Jasiński.

OKIEM EKSPERTA

Kiedyś trzeba zacząć

PROF. DR HAB. SŁAWOMIR GZELL, przewodniczący Komitetu Architektury i Urbanistyki Polskiej Akademii Nauk

Stoimy wszyscy przed próbą zrealizowania tego, co zwykle uważamy za niemożliwe, tzn. zjeść ciastko i mieć ciastko. W sytuacji Młodego Miasta wydaje się to jednak do zrealizowania. Mieć ciastko, czyli zachować wszystkie walory dziedzictwa historycznego, które znajduje się na terenie stoczni, i zjeść ciastko, czyli zrealizować projekt dla przyszłości. To nie jest praca na dwa czy kilka lat. Projekt być może będzie realizowany nawet przez kilka przyszłych pokoleń, ale kiedyś trzeba zacząć.

 

 

 

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Anna Gołasa

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Nieruchomości / Zabytki kontra Młode Miasto Gdańsk