Zaginiona wieś

Michał Książek
opublikowano: 2007-12-28 00:00

Tak jak cały Biebrzański Park Narodowy, na którego terenie leżą, Grzędy urzekają mozaiką zbiorowisk roślinnych — leśnych i bagiennych.

Na kresach podmokłych lasów Bagien Biebrzańskich mieszka się — pośród mokradeł — jak kurom na grzędzie.

Tak jak cały Biebrzański Park Narodowy, na którego terenie leżą, Grzędy urzekają mozaiką zbiorowisk roślinnych — leśnych i bagiennych.

Leśniczówka Grzędy to ostatni dom na skraju mokradeł środkowej części Bagien Biebrzańskich. Ich wschodnie rubieże noszą tę samą co leśniczówka nazwę: Grzędy. Mieszkający tam kiedyś ludzie nazywali je właśnie Grzędami, że niby mieszka się na nich, pośród rozległych moczarów, jak kurom na grzędzie. Stare olsy powoli wysychają, ale na bagnach wody aż nadto. Sucho jest tylko na mineralnych wzniesieniach porośniętych lasem.

— Ruszysz się za daleko i od razu woda — opowiada leśniczy Henryk Ziarko i radzi samemu się przekonać.

Znajdziemy tu wydmy i zalewane łąki, mineralne grądziki i rozległe turzycowiska, tkliwe brzeziny i mroczne olsy. Zimą można w nich spotkać wilki, sarny, łosie. A z ptaków skrytego jastrzębia i największego z polskich ptaków drapieżnych — orła bielika. Nic dziwnego, że przybywają na Grzędy zazwyczaj przyrodnicy. Łatwo jednak uwadze przybyszów umyka to, że do niedawna Grzędy były nie tylko schronieniem zwierząt, ale także ludzi. Do dziś pozostały po nich śródleśne kapliczki, resztki sadów, fundamentów i legenda o sztandarze powstańczym z 1863 r., ukrytym w jednym z sędziwych dębów.

Wojna na moczarach

Szlakiem, który obok leśniczówki wiedzie w samo serce Grzęd i jest jedyną drogą na moczary, w sierpniu 1943 roku wdarł się do wsi niemiecki oddział. Za pomoc okazywaną partyzantom z sąsiedniego Czerwonego Bagna Niemcy rozstrzelali wielu mieszkańców wioski, a około 150 wywieźli na roboty. Wieś nie zdołała się odbudować, ale przeżyli niektórzy z grzędzian, bo podczas pacyfikacji gościli w leżącym nad Biebrzą Kopytkowie czy Dolistowie. Kilku ostatnich mieszkańców Grzęd mieszka dziś w sąsiedniej Woźnejwsi i Kuligach. Są oni jedynymi świadkami życia, jakie tu niegdyś tętniło.

A że płynęło wartko, zapewnia leśniczy Ziarko.

— Na górze sadzono zboże, a niżej, gdzie bardziej mokro, ziemniaki — wspomina zasłyszane niegdyś opowieści.

— Łódkę musiał mieć każdy. Siano nawet zwozili łódkami. Ryby łowili w Kopytkówce, Kanale Woźnawiejskim i sprzedawali Żydom z Rajgrodu. Nie tylko ryby: masło, ser, miód. Ale mieszkańcy dawnych Grzęd byli nie tylko rolnikami i hodowcami bydła. Jako że okoliczne bagna i lasy do dziś obfitują w bobry, dziki czy sarny, polowano również na nie. Polowania na łosie ponoć rzadko się zdarzały, gdyż łosi było mało i kary za zabicie srogie. Grzędy słynęły też z pszczelich barci, które były tak duże, że można było w nich mieszkać.

Z kijem na wilka

Mieszkanie w miejscu niedo- stępnym, zewsząd otoczonym to nieprzebytym olsem, to trzęsawiskiem, dostarczało nie lada wrażeń. Mieszkańcy Grzęd musieli przyzwyczaić się do wycia wilków, a zimą nawet do ich wizyt.

— Zimą wilków było dużo — wspomina jedna z ocalałych, bohaterka scenariusza Joanny Wierzbickiej do filmu o Grzędach (choć powstał scenariusz, film nigdy nie został zrealizowany).

— Wychodzimy, taki duży pies lata po podwórzu. Długi taki, siwy. To ja wzięłam kij i tego psa kijem. I on odleciał. A to był wilk.

Nie mniejszym utrapieniem niż wilki musiały być ptaki drapieżne porywające kury, a także żmije zygzakowate. Te ostatnie żyją w sąsiedztwie miejsc podmokłych i lubią się wygrzewać na piaszczystych wzniesieniach. Grzędy spełniały wszystkie te warunki. Nic dziwnego, że ukąszenia się zdarzały. Grzędzianie radzili sobie z nimi domowymi sposobami. Jak wspomina inny bohater tekstu Wierzbickiej: „ta noga tak rozpuchła. To w ziemię zakopywali, w zsiadłem mleku trzymali. Są jeszcze takie przemyślenia: żeby żabę łapać i na to miejsce przykładać. Żabę przyniosłem, to ona zimna ta żaba, no i siostra wyżyła”.

Przemytnik Łuba

Tak jak dramatyczny był koniec wsi Grzędy, tak też ciekawe i zajmujące było jej powstanie. Otóż w połowie XIX wieku carskie władze osadzały skazańców na tych bezludnych terenach. Na wzniesieniach grzędach Solistowska Góra, Dębowa Góra, Pojedynek, Nowy Świat. Tam właśnie powstały późniejsze Grzędy. Pierwszy zesłaniec na Grzędach, szlachcic Łuba z Piątnicy pod Łomżą, został skazany nie za udział w ruchu narodowowyzwoleńczym, ale za przemyt nielegalnych towarów z pobliskich Prus. Sprytny przemytnik umiał uniknąć zesłania na Syberię — w zamian zesłano go na bezludne bagna. A kilkanaście lat później — wraz z dwoma synami — wziął udział w powstaniu styczniowym. Jeden z synów zginął, drugi został zesłany. Tym razem na Syberię.

Warto znać historię zaginionej wioski, wędrując po Grzędach zimą. Spacer może utrudniać co najwyżej śnieg, ale przecież nie woda. Tej nawet wiosną nie ma już tak dużo jak przed wojną, kiedy to ścieżki i drogi ginęły w błocie. Jadąc furmanką, trzeba było podkładać to wiklinę, to słomę. Jak trudna była to praca i jak łatwo można było utopić konia z wozem, przypominają nazwy niektórych miejsc: Piekielne Wrota, Matnia. O innych można usłyszeć w leśniczówce Grzędy, gdzie warto zatrzymać się na nocleg.

Dziś starymi duktami wiodą szlaki turystyczne: czerwony, czarny i zielony. Są to w większości dobre dla marszu drogi i ścieżki. Zimą warto przemierzyć je na biegówkach, choć można i pieszo. Idąc szlakiem czerwonym, który bierze swój początek w leśniczówce Grzędy (5 km z Woźnejwsi), zwiedzimy właściwie całe stare Grzędy. O tej porze roku spotkać tam można co najwyżej lisa. Szlak pętlą długości aż 25 km obiega miejsca, w których niegdyś mieszkali ludzie. Są też dwa krótsze szlaki łącznikowe: czarny, biegnący przez Kapli Dołek, i zielony, prowadzący na Solistowską Górę. Niestety, nie znajdziemy tam już żadnych zagród. Zaledwie krzyż na mogile rozstrzelanych mieszkańców Solistowkiej Góry czy wiszące na drzewach, przysypane śniegiem, kapliczki. Dawną obecność ludzi zdradzają też stare jabłonie, wiśnie i bzy. Sadzone przed laty przez dawnych gospodarzy bagien, przeżyły ich samych.

Michał Książek