GABINET CIENI
Obecne działania resortu zdrowia przywodzą mi na myśl tasiemcowy serial pod tytułem „Mąż opatrznościowy w akcji”. W każdym kolejnym odcinku minister rusza na pomoc bankrutującym szpitalom i uspokaja pacjentów. Tyle że jest to tylko pomoc doraźna i następne odcinki serialu mamy jak w banku.
Trudno mi ocenić zaprezentowany obecnie przez rząd plan ratunkowy dla szpitali. Nie wiem nawet, jakim słowem go określić, czy to jest pomoc, czy to jest oddłużenie. 150 mln zł, które przeznaczono na ten cel do końca roku, na pewno nie wystarczy dla wszystkich. Minister Religa wspomina, że pomoc obejmie 8 szpitali, które na pewno nie mogą upaść. A co z pozostałymi?
Trochę mnie rozbraja szczerość ministra, który zapowiada bez zmrużenia oka, że niektóre szpitale będą musiały upaść. To pewnie prawda, ale chciałabym poznać kryteria, które zadecydują, że jedne placówki upadną, a innym rząd udzieli pomocy. To zresztą niejedyna niewiadoma. Nie znamy struktury zadłużenia szpitali — ile z tych długów przypada na dostawców, a ile np. na ZUS czy urzędy skarbowe, ba, nie wiemy nawet, ile te długi wynoszą. Jednego dnia minister zdrowia mówi o 4 mld zł, następnego dnia
minister finansów — o 6 mld zł. Nic nie wskazuje na to, by minister wiedział, ile pieniędzy potrzebuje, by szpitale się nie zadłużały. Wie tylko, że więcej. Dopóki będziemy tak błądzić po omacku, dopóty będziemy skazani na doraźne akcje ratunkowe, a nie na długotrwałą, ale skuteczną terapię.
Ewa Kopacz
posłanka PO, przewodnicząca sejmowej Komisji Zdrowia