Zemsta jest słodka, czyli ratingowy kanibalizm

  • Jacek Kowalczyk
opublikowano: 18-02-2013, 00:00

Moody’s obniżył ocenę wiarygodności swojego głównego konkurenta. To rewanż za podobny cios sprzed trzech lat?

Agencje ratingowe to branża wyjątkowa. Ich zadaniem jest m.in. to, by ostrzegać świat przed bankructwem swoich konkurentów. Kiedy więc tylko mają dogodny pretekst, publicznie alarmują, że przeciwnik traci wiarygodność finansową. Ostatnio często z tej możliwości korzystają. Najpierw do ataku przeszła agencja Fitch. Dwa tygodnie temu obniżyła o kilka stopni rating firmie McGraw-Hill, czyli właścicielowi innego ratingowego giganta, agencji Standard & Poor’s (S&P).

Jak uzasadnił Fitch, konkurent narażony jest na ryzyko wypłaty dużego odszkodowania w związku z procesem, jaki czeka ją z Departamentem Sprawiedliwości USA. Teraz tą samą drogą idzie trzeci gracz „wielkiej trójki”, czyli Moody’s. Również obniżył rating właścicielowi S&P— podając podobne argumenty — oraz ostrzega przed dalszymi cięciami (utrzymuje tzw. negatywną perspektywę ratingu). „Negatywny efekt postępowania sądowego może mieć znaczący negatywny wpływ na wiarygodność kredytową McGraw-Hill” — oceniają John Puchalla i John Diaz, analitycy Moody’s.

Zagrożenie jest rzeczywiście spore. Rząd USA pozwał 4 lutegoagencję S&P za przyczynienie się do wywołania kryzysu na rynkach finansowych. Departament Sprawiedliwości zarzuca agencji, że wystawiała wysokie oceny ratingowe instrumentom kredytowym wysokiego ryzyka, które po pęknięciu nieruchomościowej bańki gwałtownie straciły na wartość, co doprowadziło do zapaści systemu finansowego USA. Właściciel S&P może w ten sposób stracić nawet 5 mld USD, dlatego po zgłoszeniu pozwu kurs akcji firmy spadł o 23 proc. Jednak decyzja agencji Moody’s o obniżeniu ratingu konkurentowi odbierana jest na rynkach finansowych również w kategoriach zemsty. W 2010 r. S&P zadała Moody’s ten sam cios, obniżyła jej rating z A-2 do BBB+. Argumentowała swoją decyzję ówczesnymi zmianami w prawie wprowadzonymi przez rząd USA. Nowe przepisy ułatwiały pozywanie agencji ratingowych za ich błędne oceny. Według S&P, rodziło to ryzyko dla Moody’s, że będzie ona musiała wypłacać odszkodowania, co podniesie koszty operacyjne firmy i zmniejszy jej zyskowność.

— Wygląda na to, że agencje ratingowe zaczynają zjadać siebie nawzajem. Rodzi się pytanie, czy jest jeszcze sens istnienia tych organizacji — komentuje Ayako Sera, strateg Sumitomo Mitsu Trust Bank.

Po co nam ratingi

Na globalnym rynku agencji ratingowych panuje oligopol – rządzą trzy największe firmy (Moody’s, S&P i Fitch). Reputacja tej „wielkiej trójki” na rynkach finansowych w ostatnich latach mocno się zachwiała. Powszechnie nadawały najwyższe ratingi aktywom, które okazywały się wkrótce niemal bezwartościowe (chodzi głównie o instrumenty pochodne na rynku kredytów hipotecznych w USA). Agencje były krytykowane za to, że celowo zawyżały ratingi dla zwiększania przychodów. Oskarżano „wielką trójkę”, że klienci nie płaciliby za wystawianie ratingów, gdyby nie mieli pewności, że ocena będzie wysoka.

Mimo to, ratingi wystawiane przez agencje nadal mają znaczenie na rynkach finansowych. Instytucje finansowe na świecie nie mają dla nich alternatywy, a muszą opierać się na jakimś zewnętrzny systemie oceny ryzyka aktywów finansowych (np. procedury w bankach nakazują dilerom utrzymywanie w portfelu odpowiedniej części aktywów z najwyższymi ocenami). Tymczasem chińska agencja Dagong respektowana jest głównie w Azji, a próby Komisji Europejskiej powołania europejskiej agencji spaliły na panewce.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Kowalczyk, Bloomberg

Polecane