Żeńskie ma imię

Rafał Kerger
opublikowano: 2007-09-06 00:00

reportaż Jeździ własnym willysem. Szkoli żołnierzy z misji. Niepełnosprawnych. Kierowców autobusów. Małgorzata Mandryk, właścicielka Babskiej Szkoły Jazdy.

Małgorzata Mandryk, właścicielka najbardziej niecodziennej szkoły nauki jazdy w Polsce, jest w swoim żywiole. Kiedyś zrobiła karierę w TVN. Teraz zbiera żniwo. Jej gliwicka Babska Szkoła Jazdy ma jedne z najdroższych kursów dla kierowców na Śląsku. O ile nie najdroższe. Mandryk uczy też kierowania ciężarówką polskich żołnierzy przed wyjazdem do Afganistanu. Jako jedyna na południu Polski szkoli również niepełnosprawnych kierowców.

Choć w jej firmie pracuje osiem innych instruktorek, pani Gosia zawsze jest na miejscu. Dlaczego? Bo najzwyczajniej lubi swoją robotę.

— Nie trzep tak tym lewarkiem, kochanie. To nic nie pomoże. Teraz jedziemy w prawo. No, nie trzep. W domu też tak trzepiesz? Biedny ten twój chłop — rzuca do przestraszonej uczennicy.

Pierwsza kursantka Babskiej Szkoły Jazdy, którą tego dnia poznałem, to rzeczywiście ciężki przypadek.

Co ma koła

Małgorzata Mandryk, matematyczka z wykształcenia, prawo jazdy zdobyła w wieku 16 lat. Dziś jeździ wszystkim, czym się da. Osobówką, ciężarówką, motorem, autobusem, z przyczepą lub bez, a nawet quadem.

— Tata był kierowcą. Chyba mam jego geny. Bo jazda daje mi niesamowity power. Zresztą zauważył to kiedyś Sobiesław Zasada. Gdy miałam 18 lat, brałam z tatą udział w biciu rekordu na 25 tysięcy kilometrów w rajdzie pod Wrocławiem, który on organizował. Wtedy powiedział mi: „Dziewczyno, ty masz dryg do kierowania, mogłabyś zostać rajdowcem”. Długo mi to w głowie siedziało, ale kierowcą wyścigowym nie zostałam, choć biorę udział w rajdach samochodami z napędem na cztery koła — opowiada Małgorzata Mandryk.

Wspólnie z mężem startują w zawodach offroadowych swoim nissanem patrolem. Niedawno nabyli też oryginalnego willysa z lat 50.

— To jedno z nielicznych tak dobrze odrestaurowanych aut tego typu w Polsce. Mój zaczynał karierę w armii hiszpańskiej — opowiada Małgorzata Mandryk, wskakując na fotel ciemnozielonego cacka. W nim chce się fotografować.

Nie było pracy dla baby

— Mówisz, że chciałabyś się przejechać taką trasą, jaką będziesz jeździła co dzień do pracy? OK.

Po zdjęciach i chwili swobodnej rozmowy znów jesteśmy w lekcyjnym aucie z kolejną kursantką.

— Nie! Wiesz, skąd się wzięło to auto naprzeciwko?

— No…

— Jedziesz pod prąd, złotko. Zjedź na prawy pas, ale już!

Kolejna kursantka gliwiczanki strasznie stresuje się obecnością w aucie pasażera. By stworzyć pozory, byłem zmuszony schować się za fotel.

Samochód znów gaśnie. Uff... Po jeszcze kilku drobniejszych wpadkach odwieźliśmy nauczycielkę pobliskiego gimnazjum pod dom.

— Takie chwile bardzo lubię. Gdy mogę choć na moment sama zasiąść za kółkiem. Jestem niespokojnym duchem i zajmowałam się w życiu różnymi rzeczami. Uczyłam w szkole, handlowałam jarzynami, rozwoziłam piwo do domów na zamówienie oraz studiowałam psychologię. Kiedy jednak pewnego razu zrobiłam rachunek sumienia, doszłam do wniosku, że mam dwie pasje — pedagogiczną i motoryzacyjną. Pomyślałam, że dobrze byłoby je połączyć. Za pożyczone od mamy pieniądze zapisałam się na kurs nauczyciela jazdy. Byłam tam jedyną kobietą. — opowiada o sobie Małgorzata Mandryk.

Babską Szkołę Jazdy założyła kilka miesięcy po skończeniu kursu, w 1996 r. Powód? Nie mogła znaleźć pracy w działających ośrodkach szkolenia kierowców. Nikt nie chciał baby.

— Jeden pan zapytał mnie nawet, czy mam zgodę męża — uśmiecha się instruktorka.

Na początku nie była pewna, czy podoła prowadzeniu własnego biznesu.

— Po prostu kursant zdaje egzamin na prawo jazdy albo nie zdaje — myślałam. Przez rok prowadziłam szkołę sama i miałam tylko dwa samochody. Szybko okazało się jednak, że zostałam pierwszą kobietą instruktorem jazdy w Europie. Ludzie zaczęli przychodzić do mnie na kurs z czystej ciekawości. A wszystko, co zarobiłam, wydawałam na reklamę. Moje powodzenie rosło. Zaczęły się mną interesować media, a rozgłos służył rozwojowi szkoły. Miałam coraz więcej klientów — opowiada Mandryk.

Telewizyjny kop

Na wyżyny w swoim fachu pozwolił Małgorzacie Mandryk wspiąć się program „Nauka jazdy” (2002-05) w TVN. Między innymi dzięki sła- wie tam zdobytej ma dziś 500 kursantów rocznie i obrót w okolicach 1,5 miliona złotych. Ma na stanie ciężarówkę kupioną na 10. urodziny szkoły, motor, a nawet autobus. Może spokojnie myśleć o przyszłości — kiedyś chciałaby szkołę przekazać przyszłej synowej, żeby zawsze była „babska”.

Realizatorzy z TVN nazywali Mandryk babą z jajami.

— Trafiłam do TVN przypadkowo. Producenci wcale nie chcieli kobiety instruktora. Ale gdzieś przeczytali wywiad ze mną i tak im się spodobał, że przyjechali do Gliwic na zdjęcia próbne. Kiedy je kręcili, to tak się śmiali, że nie mogli kamery utrzymać. Moje poczucie humoru im się spodobało — opowiada Małgorzata Mandryk i przyznaje, że nie bała się kamery. Raczej reakcji kursantów na nią.

— Posadzili w samochodzie nieznanych mi ludzi i kazali jechać. A ja zawsze wcześniej chcę wiedzieć, co uczeń potrafi. Ale potem mi się spodobało — wspomina.

Stop. Telefon.

— Jak mogłabym cię nie pamiętać, Joasiu. Tylko na nowe samochody dla niepełnosprawnych jest dofinansowanie? Chcesz nowy? Musisz liczyć się z kosztem około 45 tysięcy złotych. Ale warto poczekać do końca roku. Wtedy są w salonach promocje kończącego się rocznika — wyjaśnia przez telefon Małgorzata Mandryk.

Rozkaz, kur…

Do „elki” wchodzi kolejny kursant. 18-letni licealista z zadatkami na Roberta Kubicę gliwickich szos. Kozak. Ma pieniądz — to widać.

— Nie podoba mi się, że tak daleko odsunąłeś fotel. Ledwo dosięgasz pedałów — pani Małgosia od razu zbija młodego adepta z pantałyku.

Jedziemy.

— Najbardziej lubię nietypowe przypadki, kiedy i ja, i kursant mamy sobie coś do udowodnienia — kontynuuje instruktorka.

I przytacza historię niepełnosprawnego Maćka, którego największym marzeniem było zdobyć prawo jazdy. Chłopak w ogóle nie miał jednej ręki, miast drugiej — jedynie kikut.

— Początkowo się wahałam, czy przyjąć go na kurs. Nalegał. Po czasie okazało się, że słusznie. To, co ten chłopak guma wyprawiał, by prowadzić bezpiecznie samochód, było niesamowite. I został kierowcą. Zdał za pierwszym razem, a egzaminator obiecał, że od dziś tylko Maciek będzie jego mistrzem — wspomina Małgorzata Mandryk.

Niecodzienne są też kursy dla armii.

— To są kursy na ciężarówki. Czasami jednak zdarzają się mi takie chłopaki, którzy mimo że mają zwykłe prawo jazdy, nigdy po egzaminie nie siedzieli za kółkiem. Uczę ich więc prawie od podstaw. Mam nawet wypracowany sposób. Do nich nie dociera tłumaczenie, prośby. Gdy się wkurzę, krzyczę: Nigdy więcej nie hamuj tak ostro! To jest rozkaz, kur…!

Jedziemy 110 km/godz.

— Kochany. Czy widziałeś policję, jak jechaliśmy w drugą stronę? No, to zwolnij z łaski swojej. Bo tu można tylko 70.

— Tak podsumowując, to trzeba jednak przyznać, że ta moja praca to też stresujące zajęcie. Jeździ się coraz gorzej. Ulica stała się polem walki. Nie liczą się znaki ani reguły. Dlatego uwielbiam pracować z kobietami. Są bardziej odpowiedzialne i zdyscyplinowane — puszcza oko instruktorka.

18-latek się czerwieni. Wskazówka prędkościomierza wraca na właściwą pozycję. n

Niezastąpiony duet

Talent Małgorzaty Mandryk Polacy poznali w TVN-owskim cyklu pod tytułem „Nauka jazdy”. Serial fabularno-dokumentalny z odrobiną humoru bił rekordy popularności. Oprócz pani Małgosi instruktorem jazdy był też Grzegorz Stasiak. Bohaterami — ludzie marzący o prawie jazdy i rozpoczynający naukę kierowania autem. Pochodzący z Rudy Śląskiej Grzegorz Stasiak poszedł inną drogą niż Małgorzata Mandryk. W latach 2000-02 był członkiem Kabaretu Śląskiego, w 2002 r. założył Kabaret Mieszany. Ostatnio w Radiu eM prowadzi program „Obrazki śląskie”, a w Radiu Vanessa „Biesiadę Śląską”. Publikuje też felietony pisane w gwarze na łamach „Wieści Gliwickich”. Prowadzi imprezy okolicznościowe, np. śląskie biesiady piwne.

Ambasador US Army i Polski

Od willysa rozpoczęła się historia marki Jeep. Lekki samochód rozpoznawczy, klasy półtorej tony, z napędem na cztery koła zamówiła armia Stanów Zjednoczonych w 1940 r. Podczas wojny Willys-Overland i Ford wyprodukowali około 586 tys. aut. Założyciel firmy Willys-Overland, John North Willys, był ambasadorem USA w Polsce w latach 1930-32.

Z drogi śledzie, bo Doda jedzie

TVN w tym roku wrócił do formuły programów o nauce jazdy. Uczyła się Dorota „Doda” Rabczewska. Popiskiwała, przeklinała, skąpo się ubierała, rozmawiała nawet przez komórkę, prowadząc „elkę”. Oglądalności to nie pomogło. Co wolno na scenie czy w „Dzień dobry TVN”, w aucie nie uchodzi. Prawo jazdy zdobyła. Zdała egzamin za drugim razem.

Kobiety do autobusów

Budowlaniec, spawacz, operator wózka widłowego, kierowca autobusu czy ciężarówki — to zawody do niedawna zarezerwowane tylko dla mężczyzn. Eksperci od rynku pracy szacują, że w ostatnich trzech latach z Polski za chlebem wyjechało od 1,2 do 1,5 mln osób. Na własnej skórze odczuwają to firmy, które nie mogą znaleźć fachowców. W gdyńskiej stoczni brakuje około 800 spawaczy i 500 monterów, bo wykwalifikowani pracownicy wyjechali za granicę. Wielomiesięczne poszukiwania nowej kadry spełzły na niczym. W końcu władze stoczni wpadły na pomysł, by zatrudnić kobiety. Podobną akcję prowadzą Miejskie Zakłady Autobusowe w Warszawie (pod hasłem: „Kobieta jest stworzona do kierowania autobusem”).

Rafał Kerger

Możesz zainteresować się również: