1000 km na rowerze, czyli nietypowy sposób popularyzacji podróży do Polski

Marta Maj
opublikowano: 2023-12-08 14:30
zaktualizowano: 2023-12-07 18:06

Marcin Płachno, dyrektor Zagranicznego Ośrodka Polskiej Organizacji Turystycznej w Wiedniu, w czerwcu przejechał na rowerze 445 km z Wiednia do Krakowa, a we wrześniu 954 km z Zurychu do Wrocławia. Wszystko po to, by promować turystykę w Polsce i sprawdzić swoje możliwości.

Posłuchaj
Speaker icon
Zostań subskrybentem
i słuchaj tego oraz wielu innych artykułów w pb.pl
Subskrypcja

Rower od najmłodszych lat był jego ulubionym środkiem lokomocji. Odkąd pamięta, uwielbiał wiatr we włosach i wolność towarzyszącą przejażdżkom. Nigdy jednak nie należał do klubu czy stowarzyszenia rowerowego ani nie brał udziału w zawodach. Wyprawy, na które się porwał w tym roku, były więc najdłuższymi, na jakie dotychczas sobie pozwolił.

– Nigdy nie miałem roweru szosowego. Zawsze jeździłem na górskich albo miejskich. Dlatego na pierwszą wyprawę – z Wiednia do Krakowa – pojechałem na wypożyczonym rowerze. Przez to, że nigdy nie miałem styczności z tym rodzajem sprzętu ani ze specjalnymi butami dla kolarzy, podczas startu z Wiednia o 6.30 rano przewróciłem się po przejechaniu 200 metrów. Zastanawiałem się wtedy, czy to na pewno dobry pomysł – śmieje się Marcin Płachno, dyrektor Zagranicznego Ośrodka Polskiej Organizacji Turystycznej (ZOPOT) w Wiedniu.

Podążając za misją

Celem wiedeńskiego ZOPOT-u jest promowanie Polski jako atrakcyjnego kierunku turystycznego wśród mieszkańców Austrii i Szwajcarii. Według organizacji dzika przyroda, różnorodność krajobrazu, ekologiczne produkty i kuchnia regionów to tylko niektóre atuty, które mogą przyciągać do Polski turystów z całego świata. Marcin Płachno stara się pokazywać piękno kraju, z którego pochodzi, na kilka sposobów. Wspólnie ze współpracownikami i pozostałymi ZOPOT-ami na świecie dba o pozytywny wizerunek Polski i informuje obywateli i biznes turystyczny innych krajów o możliwościach, jakie są u nas.

– Naszą konkurencją jest cały świat, a Austriak i Szwajcar jako bogaty przedstawiciel Europy Zachodniej jest klientem pożądanym w każdym jego zakątku. Dlatego przebicie się z komunikatem marketingowym o turystyce w Polsce jest trudne. Mimo że nasz kraj jest różnorodny, wspaniały i gościnny, to trudno przełamywać obraz wytworzony w przestrzeni ogólnoświatowej. Robimy to jednak metodycznie, sukcesywnie i do przodu zgodnie z zasadą małych kroków. Jednym z niekonwencjonalnych pomysłów na przełamanie obrazu stereotypowego Polaka były moje rowerowe wyprawy. Chciałem też pokazać, że do Polski jest przede wszystkim niedaleko, co niejako wpisuje się w pocovidowe trendy bliskich podróży – podkreśla Marcin Płachno.

Na pierwszy przejazd wziął wolne, nie mówiąc współpracownikom, co zamierza zrobić. Obawiał się bowiem, że może nie ukończyć tak długiej trasy. Udało mu się jednak i przy drugiej wyprawie otrzymał pełne wsparcie z warszawskiej centrali.

Mobilizacja ciała i umysłu

Rowerzysta opowiada, że zanim zrealizował swój plan, odpowiednio się do niego przygotowywał. Przez pół roku przed startem dwa razy w tygodniu trenował na rowerach stacjonarnych. Kilka dni przed rozpoczęciem wyprawy opracował jej pełną logistykę.

– Planując przejazdy, używałem aplikacji do nawigowania Komoot, jednak założenia do trasy musiałem wyznaczyć sobie sam. Podczas drugiego przejazdu z Zurychu do Wrocławia było już łatwiej. Opierałem się bowiem na poprzednich doświadczeniach. Prawie 1000-kilometrową trasę podzieliłem na sześć dni, przy założeniu przejechania około 160 km dziennie. Znałem wtedy średnią prędkość i efektywność własnej jazdy. Obliczyłem, że przy 7–8 godzinach dziennie zmieszczę się w ustalonych datach. Moim głównym założeniem było wyruszanie o 7 i zjeżdżanie do bazy na odpoczynek około 17. Ostatnią zmienną w opracowaniu był profil trasy i przewyższenia oraz noclegi. Czasami bywało ciężko, ale piękno takiej wyprawy polega na walce ze sobą – mówi Marcin Płachno.

Pierwszą trasę Wiedeń–Kraków pokonał zupełnie sam. Do realizacji drugiej udało mu się zachęcić kolegę.

– Chociaż całe nasze życie jest mentalnym treningiem, sądzę, że afirmacja i pozytywne nastawienie podczas takiego wysiłku fizycznego na pewno są naszymi sprzymierzeńcami. To, jak reagujemy na sytuacje życiowe, zależy tylko od nas. W moim wypadku pojawił się także wątek prywatny. Pewna osoba była dla mnie świetną mobilizacją do pokonania tego dystansu. Wewnętrznie w jakiś sposób dedykuję jej tę trasę – mówi Marcin Płachno.

Odskocznia od codzienności

Rowerzysta wspomina, że obie wyprawy były dla niego niesamowitą przygodą. Wracając myślami do przejazdów, czuje wdzięczność, że los oszczędził mu nietypowych niespodzianek. Opowiada, że zdarzyły mu się jedynie dwa incydenty podczas tegorocznych tras. Pierwszy był związany z niebezpieczną sytuacją z udziałem kierowcy samochodu na drodze w Słowacji. Natomiast drugą było złapanie gumy w deszczowy dzień i konieczność zmiany dętki w trudnych warunkach w okolicach Regensburga.

– Rower jest dla mnie odskocznią od życia codziennego i od tego, czym się zajmuję w pracy. Wszystkie bodźce marketingowe, sprzedażowe i zachęcanie innych ludzi do działań to mój chleb powszedni. Natomiast rower zawsze był dla mnie przestrzenią, w której mogę się skupić na sobie i na celu bez konieczności wielozadaniowości czy kompulsywnego rozwiązywania problemów dnia codziennego. Co więcej, rower pozwala mi się wyciszyć. Telefon mam ustawiony na tryb samolotowy, nie docierają do mnie bodźce ze świata mediów. Oprócz nawigacji nie dochodzi do mnie nic poza tym, co widzę i słyszę wokół siebie. Raczej nie włączam muzyki, rzadko zdarza mi się słuchać podkastu czy audiobooka. Czas jazdy staram się wykorzystać na obcowanie z naturą i własną osobą – wskazuje Marcin Płachno.

Plany i zakończenia

Jeżeli plany zawodowe mu pozwolą, chciałby zakończyć tę część historii rowerowej trzecim przejazdem. Mówi o niej: trylogia rowerowa niemieckich rynków, bo ostatnia trasa ma prowadzić z Niemiec do Polski. W najdłuższy dzień następnego roku, czyli 20 czerwca, planuje przejechać z Berlina do Poznania. Założenie jest mocno sprinterskie, bo niemal 300-kilometrową trasę chciałby przejechać w dobę.

Natomiast prywatnie marzy o otworzeniu centrum redukcji stresu.

– To pomysł, który od kilku lat kiełkuje w mojej głowie. Ta enklawa miałaby być odpowiedzią na potrzeby zestresowanego i zmęczonego społeczeństwa. Będzie można w niej odpocząć od przebodźcowanego życia codziennego. Chciałbym, żeby znalazło się tam miejsce na aktywność fizyczną, rozwojową, jak i wyciszenie i medytację oraz by odbywały się koncerty mis i gongów, masaże, morsowanie, była dostępna sauna… Najlepiej gdzieś w zielonych górach, blisko tras pieszych, rowerowych i narciarskich. To będzie wspaniałe miejsce do aktywnego relaksu – konkluduje Marcin Płachno.