PB: Kariera operowa z zewnątrz wygląda jak pasmo blasków. Jak jest naprawdę?
Alicja Węgorzewska: Blask widać na scenie. Cień pojawia się poza nią: w samotnych decyzjach, w ryzyku freelancera, w chorobie, która oznacza brak dochodu, w ciągłym wyborze między artystyczną wolnością a bezpieczeństwem etatu. Opera to piękny świat, ale bezlitosny dla tych, którzy myślą kategoriami jednego sezonu. Tu liczy się horyzont rozpisany na lata, nie na kilka nadchodzących miesięcy.
Czy da się dziś żyć z opery bez światowego nazwiska?
Tak – choć to nie jest droga łatwa ani szybka. Wielu polskich artystów utrzymuje się z pracy na krajowych scenach. Kluczem do sukcesu są przemyślane decyzje: profilowanie kariery, cierpliwość, zgoda na ryzyko. Opera wymaga inwestycji – w edukację, języki, castingi. To długi dystans, nie bieg na sto metrów.
Dla pani wszystko zaczęło się w Szczecinie…
…w zwyczajnym domu, w którym nie rozmawiano o strategii kariery, ale była uważność. Główną rolą odegrał dziadek – to on pierwszy zobaczył, że muzyka jest dla mnie naturalnym językiem i skierował do ogniska, a następnie do szkoły muzycznej. Przy fortepianie zasiadłam już jako pięciolatka. Dziś widzę, że to te drobne impulsy – adapter Bambino, pocztówki dźwiękowe i domowe pianino – wyznaczyły kierunek na całe moje życie. Szczecin dał mi solidny fundament: nauczył systematyczności i wpoił przekonanie, że talent bez pracy pozostaje jedynie niespełnioną obietnicą.
Kolejny etap to eksperymentalne liceum muzyczne.
To była instytucja ambitna i jedyna w swoim rodzaju w skali kraju, choć paradoksalnie nigdy nie doczekała się własnej siedziby. Czas ten upłynął pod znakiem ogromnej dyscypliny i intensywnej nauki: od fortepianu po chór. Choć muzyka wypełniała każdą chwilę, nie myślałam jeszcze wtedy o śpiewie. Moje plany oscylowały wokół pianistyki, a przez moment kusiło mnie nawet aktorstwo. Równolegle dojrzewała we mnie miłość do humanistyki – rozważałam filologię polską, bo w świecie słów czułam się równie pewnie, jak wśród nut. Literacka pasja pozostała we mnie do dziś – wciąż chętnie sięgam po pióro, dzieląc się swoimi refleksjami na łamach magazynów.
Proszę dokończyć zdanie: Przełom przyniósł…
…trzymiesięczny pobyt w Operze w Szczecinie. Zapach kulis, kurz sceny, napięcie przed wyjściem na deski. Zrozumiałam, że to jest moje miejsce. Studia – najpierw w Gdańsku, potem w Warszawie – były już konsekwencją tej decyzji.
Co radzi pani młodym osobom, które marzą o karierze artystycznej na światową miarę?
Mówię im, że międzynarodowa kariera nie zaczyna się od braw, lecz od inwestycji. Pierwsze pieniądze zarobione za granicą wydawałam na kolejne lekcje – tak mnie nauczono. W Wiedniu trafiłam na mistrzów, którzy zamiast gotowych recept dali mi narzędzia. Kiedy usłyszałam, że na lekcje śpiewu chodzi się przez całe życie, bo drugie ucho słyszy to, czego sami nie potrafimy wyłapać, zrozumiałam istotę tego zawodu.
Podobno dyscyplina w pani profesji to przede wszystkim pokora wobec czasu. Jak to rozumieć?
Głos musi dojrzewać w swoim własnym, naturalnym rytmie: zaczynamy od Mozarta, by przez Verdiego dojść – być może – do Wagnera. Odwrócenie tej kolejności bywa dla artysty wyrokiem, przed którym nie ma ucieczki. Takiej mądrości nie znajdziemy w mediach – ona płynie z doświadczenia i spotkań z mistrzami, którzy na własnym przykładzie poznali gorzką cenę wokalnej brawury.
Jest pani artystką, ale też menedżerką po studiach z zarządzania. Jak odnajduje się pani w tej podwójnej roli?
Objęcie dyrekcji Warszawskiej Opery Kameralnej oznaczało wejście w zupełnie nowy wymiar odpowiedzialności. A chwilę później nadszedł COVID-19. Dla wielu instytucji był to czas paraliżu, dla nas sprawdzian dojrzałości. Scenę zamieniliśmy w studio nagrań. Artyści pracowali zdalnie. Powstał nagrodzony przez Instytut Teatralny projekt „Opera OK!” – cykl premierowych wideo-instalacji barokowych i klasycznych oper zrealizowanych w czasie izolacji związanej z pandemią.
To były trafne decyzje. Co – poza nimi – pozwoliło wam przejść przez ten czas bez strat?
Było to możliwe dzięki stabilnemu wsparciu Samorządu Województwa Mazowieckiego. Nawet w dobie pandemii i późniejszej inflacji udało się zapewnić pracownikom podwyżki oraz rozwijać programy dostępności, jak choćby „Kulturalna szkoła na Mazowszu”. To przykład mecenatu o realnym wymiarze – takiego, który nie kończy się na deklaracjach, lecz jest fundamentem codziennego funkcjonowania kultury.
Kto dziś podtrzymuje kulturę: państwo czy kapitał prywatny?
W Europie Zachodniej i w USA ciężar finansowania spoczywa głównie na mecenacie prywatnym, wspieranym przez profesjonalne, rozbudowane struktury pozyskiwania funduszy. W Polsce decydującą rolę odgrywają państwo i samorządy. W przypadku Warszawskiej Opery Kameralnej brak dużego sponsora biznesowego często argumentuje się kameralnością naszej widowni.
Pani repertuar imponuje rozpiętością: od ascetycznego baroku Glucka przez subtelności Ryszarda Straussa po ogień Bizeta. W której roli Alicja Węgorzewska odnalazła się najpełniej?
Najpiękniejszą rolą mojego życia jest rola matki. Nie zawsze byłam fizycznie obecna – zdarzały się sześciotygodniowe wyjazdy – ale zawsze starałam się być obecna emocjonalnie. Ogromnym wsparciem była moja mama, która przeprowadziła się do Warszawy. Oprócz babci Amelii wspierała mnie cała sieć ludzi. Dziś córka jest dorosła i studiuje aktorstwo. Wybrała sztukę, ale na własnych zasadach – i to cieszy mnie najbardziej. To nie był rodzinny automat czy chęć kontynuacji nazwiska, lecz jej własna, świadoma decyzja.
Nie żałuje pani chwil, które zamiast córce poświęciła scenie?
Dziecko bardziej potrzebuje spełnionego rodzica niż takiego, który zrezygnował z samego siebie. Prawdziwą sztuką jest łączenie ról. I szacunek dla wyborów innych – zwłaszcza dzieci, bo to one żyją swoim życiem. Scena łączy mnie i córkę, ale każda z nas musi przejść przez nią osobno.
Ceny kariery artystycznej nie widać w świetle reflektorów. Czy rozmawia pani o tym z córką?
Amelia rozumie, że rozwój artysty zaczyna się tam, gdzie kończy się komfort. Rozmawiamy o tym otwarcie – podobnie jak o braku prywatności. O tym, że w zawodach scenicznych nie ma wyraźnej granicy między ja zawodowym i ja prywatnym. Że kamera, telefon czy komentarz w sieci mogą przeniknąć wszędzie. To rozmowy nie tylko o mediach, lecz przede wszystkim o higienie psychicznej: jak nie uzależniać własnej wartości od lajków, recenzji i cudzych opinii, jak odróżniać konstruktywną krytykę od hejtu, wreszcie jak nie pomylić popularności z sensem.
Widoczność jest walutą współczesnej kultury …
…ale waluta ma kurs zmienny i wysoką prowizję. Jeśli zapomina się o granicach, płaci się sobą. Rozmawiają więc z córką także o prawie do milczenia. O tym, że nie wszystko trzeba opowiadać, tłumaczyć, wystawiać na widok publiczny. Że intymność nie jest brakiem odwagi, lecz formą ochrony – własnej tożsamości, relacji, emocjonalnego zdrowia.
Czym są dla pani święta Bożego Narodzenia?
Święta to znacznie więcej niż data w kalendarzu. Zaczynają się w Adwencie, a kończą dopiero 2 lutego, w dniu Matki Bożej Gromnicznej. To czas porządkowania znaczeń i spraw naprawdę ważnych. Święta uczą wdzięczności. Uczą mówienia „dziękuję” – ludziom, pracy, losowi. Przypominają, że sukces oderwany od miłości, przyjaźni, relacji jest tylko pozorem spełnienia.
A czy są święta, które szczególnie zapadły pani w pamięć?
Pamiętam Wigilię, gdy mama zaprosiła do domu kobietę spotkaną w tunelu na dworcu – wtedy po raz pierwszy naprawdę zrozumiałam sens pustego talerza. Pamiętam też Wigilię w Betlejem, kiedy polskie kolędy zabrzmiały w miejscu narodzenia Chrystusa. Ludzie słuchali nas ze wzruszeniem, a mi kręciła się łza w oku. I pamiętam święta najgorsze – spędzone w upale Seszeli: bez zimy, bez ciszy, bez sensu.
Czy właśnie tego – zimy, ciszy i sensu – życzy pani czytelnikom „Pulsu Biznesu” na święta?
A oprócz tego także miłości, która rodzi się ze spotkania z Bożym Dziecięciem.

