Czwartkowy szczyt Rady Północnoatlantyckiej na poziomie prezydentów/premierów to posiedzenie najwyższego organu politycznego NATO. Odbędzie się w gigantycznej kwaterze głównej sojuszu w Brukseli, która prowadzi codzienne analizy przebiegu wojny na Ukrainie. W cieniu tragedii ludności cywilnej wątek działań stricte militarnych to przecież kopalnia wiedzy o współczesnych konfliktach. Generalnie jednak trudno uniknąć wrażenia, że opinie pionu wojskowego sojuszu mają bardzo ograniczone przełożenie na decyzje polityczne.

Front na Ukrainie się ustabilizował, walki w większości przypadków mają charakter pozycyjny i lokalny. Coraz większe znaczenie dla losów wojny będzie miało zabezpieczenie materiałowe i logistyczne. Rosja kontynuuje uderzenia lotniczo-rakietowe, także w zachodniej części Ukrainy, tuż pod granicą Polski i zarazem NATO – co jest czytelną formą ostrzeżenia naszej strony przed większym zaangażowaniem. Ale granicy nie przekroczyła i raczej tego nie zrobi.
Generalnym celem politycznym jej agresji jest obsadzenie w Kijowie wasalnego rządu na obraz Aleksandra Łukaszenki. Gdyby się to udało, wszystko inne byłoby już proste – odrzucenie NATO i UE, rozbrojenie Ukrainy i tzw. neutralność, ustępstwa terytorialne etc. Militarne cele cząstkowe były dobrze znane już w 2014 r., ale wtedy nie zostały osiągnięte i obecna napaść to przedłużenie tamtej. Najbardziej charakterystycznym przykładem jest parcie Kremla do opanowania brzegu Morza Azowskiego, którego broni tak tragicznie doświadczany Mariupol. Jeśli padnie, już pewne stanie się połączenie lądowe Rosji z Krymem. Notabene po otwarciu w 2018 r. zbudowanego za blisko 4 mld USD (budżet był nieograniczony) 18-kilometrowego mostu drogowo-kolejowego do Kerczu takie połączenie już istnieje, ale dopiero opanowanie wybrzeża przypieczętowałoby władztwo nad Krymem. Niestety, jest to zagrożenie w pełni realne. Chociaż dalsza ofensywa Rosji w kierunku Odessy i do połączenia z Naddniestrzem, czyli ruskim lotniskowcem wciśniętym między Ukrainą a Mołdawią, nie wydaje się możliwa.
Świat zadaje sobie zasadne pytanie, czemu wojenne szaleństwo Putina objawiło się właśnie teraz. Przecież w ostatnich miesiącach relacje między Rosją a Zachodem nie pogorszyły się żadnymi konkretami militarnymi o charakterze strategicznym, car Kremla nakręcał spiralę w sferze oświadczeń. Postawię tezę, że nie padło mu na głowę – po prostu zimno sobie wykalkulował, że otwiera się okno dla realizacji planów wstrzymywanych od lat. Katalizatorem tej zbrodniczej reakcji stała się gwałtowna ewakuacja, przechodząca w ucieczkę, Amerykanów i generalnie Zachodu z Afganistanu. Putin przyjął, że wywoła to w USA traumę jak po klęsce w Wietnamie i nastroje pacyfistyczne wzrosną do poziomu, który wykluczy skuteczną antyrosyjską reakcję. Z dotychczasowego postępowania Zachodu wynika, że ta prognoza cara była w znacznej części nietrafna, ale częściowo jednak się sprawdziła. Na pewno nie przewidział skali sankcji gospodarczych wobec Rosji oraz militarnej pomocy sprzętowej dla Ukrainy. Z drugiej strony trafnie przewidział, że potrząsanie przez NATO szabelką solidarnościowego art. 5 zarazem wykluczy w jakiejkolwiek formie przekroczenie granicznego Rubikonu. Trudno się spodziewać, by czwartkowy nadzwyczajny szczyt w Brukseli cokolwiek w tej filozofii zmienił.