Babska manufaktura

Jacek Konikowski
opublikowano: 2007-04-13 00:00

Jedni wydają na ciuchy i drobiazgi. Barbara Komorowska woli ratować przeszłość. Dlatego ocaliła nietypową fabryczkę.

Kiedy jechaliśmy do Kietrza, aż pod granicę z Czechami, nie wiedzieliśmy, czy tego dnia akurat kogoś zastaniemy w fabryce, którą włada kilku pracowników, bo sami decydują, kiedy pracować. Czasem przerywają robotę nawet na tydzień, jak zimą, gdy mrozy sięgały 20 stopni. Ogrzewanie pochłonęłoby majątek, więc zatrzymali krosna.

Muszą utrzymać fabrykę i zarobić na siebie. Taką mają umowę z właścicielem. Nie to nas jednak zaintrygowało najbardziej, lecz kobierce. Słowo brzmi równie passé jak manufaktura czy majster. Powstające w Kietrzu dywany są nietypowe w dwójnasób.

W miasteczku nieopodal Głubczyc od 1539 r. istniało bractwo czeladników tkackich. W 1569 powstał porządek cechowy dla tkaczy. W 1784 r. mieszkało tu 46 płócienników i trzech sukienników, a w 1840 r. tkano w 350 warsztatach len i bawełnę, zaś wełnę w 36. W 1935 r. pracowało w Kietrzu pięć fabryk pluszu i dywanów, obecnie — jedna.

Łazienki albo złom

Fabryki miało nie być. Choć przetrwała dwie wojny, nie dała rady nowej gospodarce. Komornik z delikatnością młota pneumatycznego przypieczętował jej los. Ludzie na bruk, maszyny pod płot. Maszyny nie byle jakie, bo prawie dwustuletnie krosna. Próżno ich szukać gdziekolwiek na świecie. Jedno od razu trafiło do muzeum w Nowym Jorku.

— Zadzwonił profesor Marek Kwiatkowski z lamentem: „Kochana, piękne stare krosna lada chwila trafią na śmietnik. Uratujmy choćby jedno, postawmy w Łazienkach, niech przynajmniej cieszy oko”. Pomyślałam, właściwie dlaczego nie, za jakieś nieduże pieniądze. Warto spróbować — mówi właścicielka fabryki Barbara Komorowska.

Wysłała do Kietrza swego pełnomocnika. Okazało się, że na przetargu był jedynym kupującym. Reszta to wierzyciele. W końcu stanęło na tym, że z jednego krosna zrobiło się osiem, bo komornik pojedynczego nie chciał sprzedać, tylko wszystkie. I raczej nie krosna, lecz krośniska.

— Wyobrażałam sobie, że to niewielkie drewniane krosna, jakie często widzi się na ilustracjach w książkach o folklorze. Do tego syndyk dorzucił nam jeszcze wielką przędzarkę, której miejscowy dźwig nie potrafił unieść. Słowem, mieliśmy niemal w całości linię do tkania dywanów — wspomina Barbara Komorowska.

Artystyczna dusza. W biurach Bakomy, w której jest dyrektorem ds. ekonomicznych i członkiem zarządu spółki, na ścianach wiszą jej pejzaże.

Na jednym ze zlicytowanych krosien wisiał jeszcze niedokończony dywan. Wyobraźnia ledwo nadążała za rzeczywistością. Proza życia wymuszała dalsze kroki. Kupione maszyny gdzieś trzeba było przechować. O produkcji Komorowska nawet nie myślała.

— Budynki fabryki poszły pod młotek. Zostaliśmy z maszynami pod chmurką. Jakimś cudem wynajęliśmy w miejscowym kombinacie rolnym pomieszczenie po dawnej stolarni. Tam wpakowaliśmy nowy nabytek — opowiada Komorowska.

Kiedy kilka dni później Zbigniew Komorowski zobaczył, w co zainwestowała jego małżonka, chwycił się za głowę.

— Zasugerował, żeby, póki jeszcze czas, wywieźć wszystko na złom, bo z tego nic się nie da zrobić. Typowo męskie podejście — kwituje z uśmiechem Barbara Komorowska.

Zdecydowała, że na przekór losowi krosna znowu zaczną klekotać. I zaczęły. Po wielkich trudach, bardziej biurokratycznych niż technicznych. W dniu otwarcia fabryczki oprócz księdza pojawił się inspektor pracy. Żeby skontrolować.

Wilk szarpak

„Nasze muzeum” — mówią o zakładzie przypominającym manufakturę ci, co tu pracują. Układ z Komorowską jest jasny: dałam wam warsztat, wy go prowadźcie jak najlepiej umiecie. Liczą koszty, kombinują, jakby taniej tkać. Sami się rządzą. Szefowa rzadko zagląda do Kietrza.

Przy maszynach uwija się kilka osób. Widać pasję i serce, które wprawiły stare krosna w ruch. Znają każdą śrubkę, każdy zakamarek, każdy nit. Nie patrzą na krosno, lecz go słuchają. Wystarczy, żeby wiedzieć, kiedy czółenko wyskoczyło albo nić się zerwała. Ryszard Franczyk i Czesław Lach mają takie ucho. Śmieją się, kiedy mówią, że o krosnach wiedzą więcej niż o własnych żonach.

— Są wyjątkowe. Jedyne na świecie zachowane krosna do wyrobu dywanów węzełkowych. Dzisiaj nikt takich dywanów nie robi, szkoda zachodu. Chyba że artyści — zachwala Ryszard Franczyk.

— Nie wyglądają na zabytki, co najwyżej na wczesnego Gierka — zauważam, spoglądając na nie tak znowu stare maszyny.

— Starsze od pana. W przygotowalni maszyny pamiętają co najwyżej czasy Bieruta, Gomułki i wczesnego Rakowskiego. Krosna stoją gdzie indziej. Tu przygotowuje się przędzę, żeby krosna miały z czego tkać — tłumaczy Franczyk.

Żeby utkać barwny kobierzec, trzeba się zdrowo narobić. Proces jest żmudny, trudny i nie zawsze tak fascynujący jak na ludowych obrazkach. Ryczące maszyny, równie romantyczne jak kapela heavymetalowa, zastąpiły prządki i kołowrotki. Wpierw z wełny, zwanej fachowo runem, robi się przędzę. Wprost z owcy, skołtuniona i zmechacona, pełna trawy i przeróżnych śmieci, trafia do wilka.

— Do wilka szarpaka. On ją czyści i rozszarpuje. Potem idzie do zespołu przędzalniczego, który dalej ją szarpie i rozluźnia — aż powstanie z niej bardzo cienka woalka, cięta następnie w paski, które trafiają pod rząd wałków, zwanych kolebami — opisuje Franczyk.

Co dzisiaj z wełną wyczyniają wałki koleby, drzewiej prządka przędła palcami, skręcając nić. Powstawała nieporadnie cienka, delikatna nitka zwana niedoprzędem — początek nici. Taką włóczkę góralki sprzedają na Krupówkach. Z niej, co najwyżej, da się zrobić sweter na drutach. Żeby powstał dywan, trzeba ją skręcać w procesie przędzenia. Kiedyś wystarczała kądziel i wrzeciono. Potem kołowrotek. Dzisiaj zastąpiła go przędzarka. Skręca cztery nitki w jedną, a motak tworzy z nich motki. Potem są one barwione, a następnie po przewinięciu na małe drewniane szpulki wędrują na krosno.

Wełna na krosno gotowa. Brakuje podstawy.

— Osnowy, fundamentu dywanu, czyli kilkudziesięciu, a nawet kilku tysięcy nitek biegnących wzdłuż tkaniny, prostopadle do wątku. Wątek stanowi kwintesencję kobierca. Nadaje mu wygląd, kolor i urok, słowem, cieszy oko — uśmiecha się Franczyk.

Osnowa powstaje z bawełny w procesie snucia. Wcale nie trwa to krótko. Znowu: skręcanie, łączenie nitek, klejenie i snowarka, która kończy dzieło.

Wątek z kolei powstaje z juty i z wełny. Jedną nitkę wełny łączy się z nitką juty, skręca i cewi (nawija na specjalne cewki). Cewka trafia do krosna, do czółenka przeplatającego wątek z osnową.

Stuki, puki

Plątanina dźwięków, szumów i łoskotów cichnie, ustępując miejsca miarowemu jednostajnemu klekotowi. Kle-kle, przerwa, kle-kle, przerwa. Jakby mechaniczny bocian kręcił kółka nad gniazdem. Kwintesencja tkactwa. Krosna. Stoją w rzędzie, pod ścianą. Stare, nieco nieporadne, trochę zdezelowane, w części drewniane, w części metalowe. Rzemieślnicza robota.

— Krosna węzełkowe. Jedyne takie na świecie. Pamiętają czasy Franciszka Józefa. Zabytki po prostu — mówi Czesław Lach.

Przed każdym drewniana konstrukcja z kolorowymi szpulkami runa, którego nitki znikają w krośnie. To wątek. Poniżej, z wielkiego wałka krosno wkręca niezliczoną liczbę białych nitek osnowy.

— Tkanina powstaje dzięki wielokrotnemu przeplataniu za pomocą czółenka nitek wątku i osnowy. Nasze babki tkały na warsztatach tkackich. Z czasem warsztaty przeszły do lamusa. Ich miejsce zajęły krosna — opowiada Czesław Lach.

Charakterystyczny monotonny klekot wydają dźwignie nicielnicowe. Co chwilę przeszywa go ostry dźwięk, jakby wystrzał.

— To czółenko magazynujące wątek. Proszę spojrzeć, tu chwytaki wiążą węzły na osnowie. Tym się nasze dywany różnią od pozostałych, bo normalnie wątek jest tylko przeciągany przez osnowę, a nie jeszcze wiązany — pokazuje Franczyk.

Dywany z Kietrza są jedynymi wykonywanymi w technice węzła smyrneńskiego, takiej samej, w jakiej powstawały przed wiekami wschodnie kobierce. Duży kobierzec kilkanaście kobiet wykonywało nawet przez kilka lat.

Zerkam w głąb maszyny. Nagle Franczyk mnie łapie i energicznym ruchem odciąga na bok, niemal przewracając. Słyszę tylko strzał i świst przelatującego obok mnie czółenka. Mało brakowało, a miałbym w brzuchu dziurę wielkości mandarynki.

Wśród klekotu dźwigni i wystrzałów wątku nie słychać szumu silnika.

— Większość krosien napędzają oryginalne silniki mające prawie 200 lat, jeszcze na ślizgowych panewkach — tłumaczy Franczyk.

W godzinę powstaje 25 cm dywanu. Skąd maszyna wie, jaki wzór ma tkać? Franczyk wskazuje na plastikowe płytki przesuwające się u góry krosna. Na każdej seria dziurek. Wyglądają jak perforowane taśmy z przedpotopowych komputerów. Swoją nowoczesnością tworzą dysonans wobec starych krosien.

— To oryginalna maszynka Jacquarda. Te karty perforowane to nic innego jak system zerojedynkowy.

— W maszynie z końca XVIII wieku?

— Joseph Marie Jacquard był tkaczem i wynalazcą. Skonstruował maszynę do wiązania sieci, a w 1805 r. udoskonalił krosno dzięki skonstruowaniu nowego urządzenia przesmykowego, zwanego dziś maszyną Jacquarda. Umożliwia ona uzyskanie na tkaninie praktycznie dowolnego wzoru, tkanie barwnych obrazów. Jacquard nanosił wzory na karty perforowane, sterujące podnoszeniem nitek osnowy i two- rzeniem przesmyku. To pierwsze programowe sterowanie w dziejach techniki. My tworzymy wzory dokładnie tak samo na takie płytki. Każdy otwór to jeden pęczek runa. Mówiłem panu, że to muzeum, a nie fabryka — opowiada Czesław Lach.

Czy coś mnie jeszcze zaskoczy? Może ręczne wiązanie frędzli, może to, że każdy dywan jest inny, choćby wzór był podobny, a może to, że węzły są smyrneńskie, nietypowe i wyjątkowe.

Na pewno, że dywany nie są klejone, jedynie parowane. Na pewno to, że wzory sami wymyślają, kreślą je na papierze milimetrowym, malują plakatówkami. I to, że kobiety cerujące dywan siedzą po obu jego stronach i nie widzą się cały dzień, jedynie podają sobie szpikulec. Monotonnia taka, że facet nie dałby rady. A może to, że sami sobie są majstrami, sami ustawiają robotę, choć nikt tu uniwersytetu nie kończył. Na pewno pasja, z jaką tworzą kobierce.

Przyjemne z pożytecznym

Manufaktura wskrzeszona do życia. Kaprys bogatej biz- neswoman? Barbara Komorowska poprawia: inwestycja w coś, co jej przynosi głównie przyjemność, a innym pracę. Jedni kupują sobie drogie ciuchy i samochody, a ona stworzyła sobie manufakturę dywanów.

— Mam z tego mizerne zyski, za to wielką satysfakcję, że udało się uratować od zapomnienia coś wartościowego i dać ludziom pasję tworzenia. Ta fabryczka właściwie jest dla nich. Tkanie dywanów jest ich pasją. Tylko oni znają ten fach. Kiedy ich zabraknie, fabryka po prostu upadnie, bo kto ich zastąpi? — zastanawia się Barbara Komorowska.

Biznes? Niewątpliwie, za to stylowy. 2 mln złotych nakładu zwrócić się musi. Przynajmniej powinno. Barbara Komorowska jest jednak liberalna i powie: zysk, chętnie, choć wystarczy, że bilans wyjdzie na zero. I wychodzi. Do interesu nie dokłada. Produkcja idzie na bieżąco, sprzedaje się, choć tirami po dywany nikt do Kietrza nie przyjeżdża.

— Taka „manufaktura babska”, moja przyjemność, wyrosła z moich marzeń i zachwytów. Jedni wydają na ciuchy i drobiazgi, ja na ratowanie przeszłości — dodaje Barbara Komorowska.

Teraz uparła się, że odbuduje stary młyn nad Brdą. I choć pruski mur ledwo trzyma się pionu, niedługo powstanie tam mały hotel. Babski, bo z duszą. n

Możesz zainteresować się również: