Czytasz dzięki

Banki mają taki problem jak producenci energii

  • Ignacy Morawski
opublikowano: 22-06-2020, 22:00

Niskie stopy procentowe są dla banków tym, czym ocieplenie klimatu dla sektora energetycznego

Banki — czyli ich właściciele i pracownicy — mogą być z przebiegu kryzysu epidemicznego zarówno zadowolone, jak i nim zdruzgotane. Zadowolone, bo sektor bankowy został odizolowany od kryzysu dzięki potężnym zastrzykom płynności od banków centralnych. Niedopuszczenie do powtórki kryzysu finansowego było jednym z głównych celów władz monetarnych na początku epidemii i ten cel na razie został osiągnięty. Banki mogą być jednocześnie zdruzgotane, bo ich zyski topnieją w ekspresowym tempie. Większość banków może nawet nie zanotować w tym roku żadnego zysku netto. Problemy płynnościowe firm zwiększają znacząco rezerwy na ryzyko, a niskie stopy procentowe pchają w dół marże odsetkowe. Z dwóch problemów banków, czyli rosnących kosztów ryzyka i topniejących marż odsetkowych, ten drugi jest prawdopodobnie poważniejszy, bo będzie się dłużej utrzymywał. Epidemia w końcu minie lub osłabnie, a wiele firm stanie na nogi.

Tymczasem niskie stopy procentowe mogą być zjawiskiem trwałym. Na Zachodzie stan zerowych lub lekko ujemnych stóp nominalnych trwa od ponad dekady,a teraz my dołączamy do tego trendu. Trudno zakładać, że potrwa on krótko. Banki kontratakują. Wielu menedżerów bankowych i ekonomistów związanych z bankami publicznie ostrzega, że niskie stopy procentowe i związane z nimi słabe wyniki finansowe banków zagrożą stabilności niektórych słabszych instytucji oraz ograniczą możliwość kreowania akcji kredytowej. Każdy kredyt musi być finansowany częściowo kapitałem, który pochodzi z zysków wygenerowanych na innych kredytach.

Dlatego im mniejsze zyski, tym zdolność kreowania akcji kredytowej może być niższa. Wsparciem dla takich opinii mogą być prace niektórych ekonomistów akademickich, m.in. Markusa Brunnermeiera z Uniwersytetu Princeton. Twierdzi, że każdy kraj ma „reversal rate”, poziom stopy procentowej, poniżej którego łagodzenie polityki pieniężnej powoduje efekty odwrotne do zamierzonych — zacieśnienie, a nie łagodzenie warunków monetarnych. Czy banki centralne mogłyby prowadzić inną politykę pieniężną? To może wydawać się dziwne, ale wcale nie jest pewne, że banki kontrolują stopy procentowe w dłuższym okresie. Jeżeli ich celem jest stabilizacja gospodarki, czyli głównie inflacji i bezrobocia, to muszą dostosowywać stopy procentowe do zmian w realnej gospodarce — a te są poza ich kontrolą. To jest trochę jak z policjantem kierującym ruchem na skrzyżowaniu bez świateł: kontroluje ruchy swoje i „lizaka”, ale tak naprawdę jest zmuszony dostosowywać swoje decyzje do natężenia ruchu na obu przecznicach. W ekonomii na ten problem są dwa spojrzenia. Pierwsza interpretacja jest taka, że głównymi odpowiedzialnymi za niskie stopy procentowe są największe banki centralne. Każdy kolejny cykl luzowania polityki pieniężnej sprowadza stopy procentowe niżej niż dołek poprzedniego cyklu. A pozytywnych efektów w postaci wyraźnie wyższego wzrostu gospodarczego nie widać. Władze monetarne uczyniły zatem koniunkturę zupełnie zależną od siebie.

Utrzymanie jako takiego wzrostu gospodarczego wymaga coraz większych dawek luzowania polityki pieniężnej. Ta interpretacja dominuje m.in. wśród ekonomistów związanych z Bankiem Rozliczeń Międzynarodowych. Ale patrząc szerzej, są w mniejszości, bo większość ekonomistów uważa, że banki centralne mają bardzo mały wpływ na realne stopy w długim okresie. Druga, dominująca, interpretacja źródeł spadających realnych stóp procentowych wskazuje na strukturalne zmiany w gospodarkach rozwiniętych. Banki centralne są tu tylko aktorem drugoplanowym, który koszt pieniądza dostosowuje do poziomu odpowiadającego strukturze gospodarki. Przede wszystkim wzrost gospodarczy jest coraz niższy wskutek wolniejszego postępu technologicznego i niższego przyrostu siły roboczej. Na to nakłada się trwały wzrost popytu na bezpieczne aktywa, takie jak obligacje rządowe, wynikający m.in. z rosnącego majątku najbogatszych ludzi świata lub z pokryzysowego wzrostu awersji do ryzyka.

Banki centralne mogłyby oczywiście znacząco podnieść stopy procentowe, ale wtedy świat wpadłby w recesję i… musiałyby je znów obniżać. Wiele więc wskazuje, że niskie stopy procentowe są dla banków tym, czym ocieplenie klimatu dla wytwórców energii — czynnikiem zewnętrznym wobec woli decydentów, który zmienia otoczenie gospodarcze i wymusza dostosowania w modelach biznesowych. A jeżeli tak, to presja na banki centralne, by nie luzowały dalej polityki pieniężnej, niewiele da. To raczej banki komercyjne będą musiały dostosować się do nowych warunków. Najprawdopodobniej wiele usług bankowych zacznie być dodatkowo płatnych. Zwiększone zostaną prowizje i różne opłaty. Wiele wskazuje również, że wystąpi w bankowości presja w dół na wynagrodzenia i silne bodźce do automatyzacji pracy. Bardzo możliwe, że era niskich stóp będzie katalizatorem, który uruchomi przełom technologiczny w finansach — cyfryzacja wyjdzie szerzej poza płatności, w których jest najbardziej zaawansowania, i zacznie obejmować oszczędzanie, inwestowanie, udzielanie kredytów itd. Zewnętrzna presja uruchomi postęp technologiczny tak samo, jak od 10–20 lat dzieje się to w energetyce.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Ignacy Morawski, dyrektor SpotData

Polecane